Xu Zhiyong: Zniknięcie

Kiedy siódmego czerwca zbiegałem rano po schodach, wyrosło przede mną kilku mężczyzn. Dwóch z nich pracowało w wydziale instytucji kulturalnych stołecznego Biura Bezpieczeństwa Publicznego, pozostałych widziałem po raz pierwszy. Porucznik Cao powiedział, że musimy porozmawiać i że wypada to zrobić w miejscu pozwalającym na protokółowanie.

Samochód – ze mną w środku – skręcił na północ, w kierunku dzielnicy Changping. Po kilku minutach wyjęli czarny worek i założyli mi go na głowę, mówiąc, że powinienem odpocząć. Znałem to z opowieści wielu znajomych, więc nie próbowałem stawiać oporu (co zresztą i tak nie miałoby sensu).

Na miejsce dojechaliśmy – najpierw ulicami, potem dziurawą drogą – jakieś pół godziny później. Bezwiednie sięgnąłem do kaptura, ale ktoś warknął „nie” i dwóch mężczyzn złapało mnie za ręce. Weszliśmy do środka i zostałem posadzony na czymś, co wydało mi się kątem kanapy. Słyszałem kroki wchodzących i wychodzących, a potem głos, który powiedział: „Przypomnij sobie teraz, co ostatnio robiłeś. Dobrze się zastanów, bo będziemy cię o to pytać wieczorem”. Siedziałem bez ruchu i bez słowa.

Przechodziło przez to wielu przyjaciół: Tang Jitian, Teng Biao, Li Xiongbing, Li Fangping, Jiang Tianyong. Spodziewałem się obelg, razów i kopniaków, które mogły spaść w każdej chwili. Czekałem.

Bodaj po godzinie rozległy się kroki i męski głos zapytał, czy już się zastanowiłem. Nie odpowiedziałem. Ktoś podszedł i odsłonił mi oczy. Okazało się, że siedzę na skraju łóżka w pokoju hotelowym.

Po chwili pojawił się porucznik Cao i powiedział, że to nic poważnego: zamierza tylko zadać kilka pytań o Obywatela i sporządzić protokół. Odparłem: „Nie musicie stosować takich metod, jeśli chcecie porozmawiać. Nie odpowiem na żadne pytanie na znak protestu przeciwko czarnemu workowi i bezprawnemu zatrzymaniu”. I poprosiłem o zrozumienie.

Od tej pory właściwie trwała cisza, przerywana jedynie krótkimi wymianami zdań. Dwie zasługują na przytoczenie.

W pewnym momencie poszedłem do toalety i trzydziestokilkuletni mężczyzna o nazwisku Wen, który pilnował też chyba Tenga Biao, uparł się, że drzwi zostaną otwarte. „Nie musicie się mną tak interesować”, powiedziałem wychodząc. „Nie interesuję się tobą – odpowiedział. – Takich jak wy trzeba pilnować szczególnie”. „»Takich jak wy«? Czy pan w ogóle wie, co pan robi?”, spytałem. „Nic mnie to nie obchodzi”, odparł.

Drugi nosił nazwisko Zhang, miał ponad pięćdziesiąt lat i był bardziej bezpośredni. Uważał, że „tacy jak ja” mają Chiny za nic i są ślepo zapatrzeni w zagranicę. Był przekonany, że nie oglądam wieczornych wiadomości w telewizji publicznej, więc wyjaśniłem, że robię to naprawdę często. „Skoro tak bardzo podoba ci się Zachód, czemu tam nie wyjedziesz?”, zapytał nagle. „To jest mój kraj, moja ojczyzna! – tym razem to ja podniosłem głos. – Oczywiście, że tu zostanę! Spoczywa też na mnie obowiązek zmieniania tego miejsca na lepsze. A już na pewno nie pozwolę, żeby zniszczył je jakiś obcy »izm«”. Zapytał, co mam na myśli, a ja w odpowiedzi spytałem, czy naprawdę nie wie, że komunizm przyszedł z Zachodu.

Wieczorem dali mi pudełko z przyniesionym z knajpy obiadem, a ja odparłem: „Przepraszam, ale nie jadam podczas nielegalnych zatrzymań”. Obiecałem to sobie przed rokiem: skoro nie pozwala mi się zrobić dla społeczeństwa nic więcej, mogę chociaż zaprotestować przeciwko bezprawnemu uwięzieniu głodówką.

Wtedy, w czerwcu, wywieźli mnie do uzdrowiska z gorącymi źródłami w związku z większą petycją o równe prawa w systemie oświaty. „Miałeś się dobrze bawić i odpocząć – powiedział mi ubek. – A to twoje niejedzenie psuje zabawę i nam”. I potem ciągle powtarzali: „Daj już sobie spokój. Chodźmy wszyscy coś przekąsić, gdzie tylko zechcesz”. Dla mnie taka „turystyka” była jednak nie do przyjęcia. „Jak zmienicie fach, pójdziemy razem, gdzie oczy poniosą, ale to jest bezprawie i jako wolny obywatel nie mogę się na nie zgodzić”.

O sprawie było głośno, więc odnosili się do mnie po ludzku, ale wielu, wielu innych w całych Chinach traktowano z niesłychaną brutalnością. W marcu 2009 roku w „czarnym więzieniu” w akademiku koło pekińskiego parku Tao Ran skatowali do nieprzytomności szesnastoletniego ucznia z Henanu. Tamtej jesieni „petentka” Li Shulain z Shandongu zmarła w piwnicy czarnego więzienia w Lungkou, a jej rodzina była nękana przez policję, bo próbowała dochodzić sprawiedliwości. W marcu 2012 roku w czarnym więzieniu założonym w Pekinie przez władze miasta Xiangfan w Hubei na czas dwóch posiedzeń rozchorował się starszy mężczyzna. Nie przyprowadzili lekarza i dziesięć dni później już nie żył. Bliskich, którzy domagali się odszkodowania, także zamknięto. Mówię tylko o sprawach, które znam z pierwszej ręki. Wiem też o wielu wierzących, których więziono bezprawnie całymi latami. Niektórych zamęczono na śmierć. W ostatniej dekadzie w najrozmaitszych czarnych więzieniach zginęło na skutek tortur tylu Chińczyków, że moje niewygody wyglądały przy tym jak żart.

W nocy źle spałem. Pilnowali mnie na zmianę, jedni rozmawiali o czymś, inni chrapali. O ósmej obudził mnie porucznik Cao, oznajmiając, że pomówi ze mną jego zwierzchnik. A więc czarny worek był po prostu częścią rytuału, mającego mnie zmiękczyć przed właściwym spotkaniem. Zły policjant, dobry policjant, psychologia syndromu sztokholmskiego, zaproszenie do otwarcia się przed tym miłym – stara sztuczka policji i dyktatur wszelkiej maści.

Zaraz potem wszedł kapitan Hao. Spotkaliśmy się już przed dwoma laty. „Tym razem zależy mi tylko na normalnej rozmowie”, powiedział. „Świetnie – odparłem. – Nie trzeba do tego idiotycznych kapturów”. Zaczął więc ze mną „rozmawiać” w obecności trójki podwładnych. Powiedział, że Obywatel wszedł na bardzo grząski grunt i że grozi mi oskarżenie z artykułu 105 [„podżeganie do obalenia rządu”]. „Tym razem nie będzie mowy o zaległościach podatkowych” [jak podczas rozprawy z Gongmengiem w 2009 roku].

„Jedynym celem naszych działań jest ochrona praw i swobód wszystkich Chińczyków, w tym także tu obecnych. Mam nadzieję, że rozumiemy i szanujemy swoje role i zadania. Nikt nie zawróci tej fali, więc proszę, nie przesadzajcie”. Zacząłem mówić o Wangu Lijunie, ale kapitan przerwał mi i wyszedł, każąc czekać „na koniec narady”.

Czułem, że popełniłem błąd. Kiedy wybrano mnie do dzielnicowego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych, pewien doświadczony towarzysz zwrócił mi uwagę, że krytykując innych, powinienem dołożyć starań, aby pomóc im zachować twarz. Powiedziałem więc porucznikowi Cao, że zachowałem się niewłaściwie i że chciałbym zamienić z kapitanem jeszcze kilka słów. Wrócił po półgodzinie. Powiedział, że nie jest urażony. „Cieszę się”, odrzekłem. Wyszliśmy porozmawiać na dziedziniec. Tylko we dwóch. Mówiliśmy o równouprawnieniu w oświacie, korupcji, o wszystkim. Przez cały czas ostrzegał mnie, że proszę się o kłopoty, radził miarkować się i współpracować. Podziękowałem i podkreśliłem, że nie chcę stwarzać im problemów. Kraj potrzebuje zmian, a ja jestem gotowy zapłacić cenę wolności. „Może mi pan nie wierzyć – powiedziałem – ale dla mnie życie jest bardzo proste i polega na używaniu danej nam mądrości dla pożytku społeczeństwa”.

Nowy ruch społeczny wzywa do szerzenia zasad demokracji i rządów prawa, przestrzegania kodeksu obywatelskiego, odrzucenia przywilejów i korupcji. Jego duchem jest propagowanie swobód, sprawiedliwości i miłości, a misją – przerwanie cyklu gwałtownych zmian panującego reżimu i zwrócenie wolności każdemu Chińczykowi. Z tego właśnie powodu na chwilę straciłem własną.

Porucznik Cao zaprosił mnie skinieniem ręki na kolejną rundę przesłuchania. „Przykro mi – odparłem – ale przekroczyliście granicę. Jestem zobowiązany do niegodzenia się na czarny kaptur i bezprawne zatrzymanie. Nie odpowiem na żadne pytanie i niczego nie podpiszę. I nie będę miał nic wspólnego z waszym protokółem”. Zapytał mnie o znaczek „Obywatela”. „Proszę nie pytać”, powiedziałem. Zapisał coś i wyszedł.

Potem weszła kolejna grupa. W sumie doliczyłem się dwunastu mężczyzn. Tych już znałem, jeden z nich niedomagał. „Interesuje się mną tyle osób – powiedziałem. – To straszne marnotrawstwo pieniędzy podatników”. Znowu posprzeczaliśmy się chwilę o równe prawa w systemie oświaty.

O piętnastej zaczęli się wyraźnie zbierać, na koniec oddali mi pasek i sznurówki. „Macie co robić dziś wieczorem?”, zapytał mnie porucznik Cao. „Oczywiście”, odparłem. „A co?”, chciał wiedzieć. „Jestem wolnym obywatelem, cokolwiek”.

Wyjął telefon, zadzwonił gdzieś i oświadczył, że odwiezie mnie do domu.

Tak też zrobili, ale nie rozstali się ze mną.

Wiem, że przez kilka lat moja wolność będzie ograniczana coraz bardziej, ale i takoż zbliżać się będą wolne Chiny z moich marzeń. Coraz więcej osób zostaje nowymi obywatelami, a ich postawa zwiastuje czekającą Chińczyków wspaniałą przyszłość. Jestem wdzięczny.

 

 

Obywatel Xu Zhiyong

10 czerwca 2012

 

 

Xu Zhiyong jest prawnikiem, „adwokatem praw”, jednym z założycieli niezależnego ośrodka badawczego Gongmeng („Otwarta Inicjatywa Konstytucyjna”), który władze kazały zamknąć w 2009 roku za opublikowanie raportu krytykującego politykę Chin w Tybecie i z którego wyłoniła się nowa inicjatywa Obywatel. Aresztowany w 2013 roku za „wywołanie zbiegowiska w celu zakłócenia porządku publicznego”, został skazany na cztery lata więzienia.