Palden Gjaco i Cering Szakja: Ogień pod śniegiem

Opowieść Paldena Gjaco to jedna z najbardziej niezwykłych historii cierpienia i wytrzymałości. Ten mnich aresztowany w wieku dwudziestu ośmiu lat, w początkowym okresie chińskiej okupacji Tybetu, został zwolniony dopiero w 1992 roku, w wieku lat sześćdziesięciu.

W ciągu trzydziestu jeden lat, które spędził w więzieniu, Palden Gjaco był torturowany, głodzony i bez końca poddawany „reformie myśli”. Nie ugiął się jednak przed oprawcami. To, że znalazł potrzebną do tego odwagę, a nawet wybaczył tym, którzy go torturowali, przypisać trzeba nie tylko naturalnej sile charakteru Tybetańczyków. Uważam, że postawa taka wyrasta również z nauk buddyjskich, które mówią o miłości, dobroci i tolerancji oraz wyjaśniają wzajemne powiązania wszystkich rzeczy i zjawisk, dając wewnętrzny spokój i nadzieję.

„Ogień pod śniegiem” pomaga zrozumieć współczesną historię Tybetu po inwazji 1949 roku. Palden Gjaco opowiada z głębokim współczuciem dla tych, którzy cierpieli wraz z nim, o koszmarze rewolucji kulturalnej. Najbardziej przerażał go nie strach przed egzekucją, lecz nieludzkie okrucieństwo, którego musiał być świadkiem.

Jego świadectwo pomoże Czytelnikowi zrozumieć zagładę pradawnych tradycji i struktur cywilizacji buddyjskiej. Zniszczenie klasztorów i świątyń, z ich księgami i sztuką, jest nie tylko tragedią dla Tybetu, ale i ogromną stratą dla kulturowego dziedzictwa ludzkości. Jeszcze większe zagrożenie wiąże się z restrykcjami nakładanymi na instytucje religijne, które zostały później odbudowane. Mnichom i mniszkom nie wolno praktykować i studiować w nich tak, jak robiono to w czasach, gdy Tybet był niepodległy. Dzięki Paldenowi Gjaco i jemu podobnym wiemy jednak, że wartości, takie jak współczucie, cierpliwość i poczucie odpowiedzialności za własne czyny, owe wartości, będące fundamentem praktyki duchowej, są nadal żywe. Jego opowieść może być inspiracją dla nas wszystkich.

Podobnie jak on, tysiące Tybetańczyków ucieka z ojczyzny. Znalazłszy bezpieczeństwo na wygnaniu, Palden Gjaco nie poddał się. Poczucie słuszności naszej sprawy i oburzenie tym, co spotyka tak wielu Tybetańczyków, nie pozwoliły mu spocząć. Opierając się przez tyle lat chińskim komunistom, którzy próbują ją ukryć lub wypaczyć, postanowił wykorzystać szansę i powiedzieć światu prawdę o Tybecie.

Czytając historię Paldena Gjaco, nie sposób chyba pozostać obojętnym na jego los, nieustępliwość i poświęcenie. Podobnie jak Palden Gjaco, i ja jestem optymistą. Czekam na dzień, gdy Tybet znów stanie się oazą pokoju, w której ludzie będą mogli żyć w harmonii. Nie uzyskamy tego sami, ale jeśli Paldenowi Gjaco udało się coś osiągnąć – to właśnie przekonać nas, że nie jesteśmy bezradni nawet jako jednostki. Mam więc nadzieję, że jego przykład sprawi, iż Czytelnicy tej książki okażą sprawie Tybetu sympatię i pomoc.

 

 

Dalajlama

Dharamsala, maj 1997 roku

Spis treści

Wstęp Dalajlamy …

Podziękowania …

Dedykacja …

Przedmowa …

Prolog …

Rozdział I: Pod tęczą …

Rozdział II: Zrywanie więzów ze światem …

Rozdział III: Powstanie …

Rozdział IV: Aresztowanie …

Rozdział V: Ucieczka …

Rozdział VI: Nie ma ucieczki między niebem a ziemią …

Rozdział VII: Mistrz tkacki …

Rozdział VIII: Rewolucja kulturalna …

Rozdział IX: Reforma przez pracę …

Rozdział X: Śmierć Sternika …

Rozdział XI: Wśród ruin …

Rozdział XII: Nowe pokolenie „separatystów”…

Rozdział XIII: Konfrontacja z wrogiem …

Podziękowania

Mam dług wobec wielu ludzi, którzy okazali mi dobroć i pomoc. Przede wszystkim muszę z całego serca podziękować moim rodakom, którzy kontynuują naszą walkę w Tybecie i ryzykując własnym życiem, dopomogli mi w ucieczce. Co oczywiste, niestety, muszą jednak pozostać anonimowi.

Kiedy znalazłem się na wygnaniu, wielu ludzi zachęcało mnie do napisania tej książki: Jestem im wdzięczny za wszystkie rady i sugestie. Gjen Łangczen-la z Khamcenu Phara w Drepung Loseling oraz Gjalcen Gjaltag-la ze Szwajcarii wspierali mnie nie tylko radami. Pragnę podziękować również Kalsangowi Takla i Cetenowi Samdupowi z Office of Tibet w Londynie.

Dziękuję także Kate Saunders, Lhamo Szakja, Dała Ceringowi (Bobi), Timowi Nunnowi, Robbie’mu Barnettowi z Tibet Information Network, Francisce van Holthoon, Margaret Hanbury i Deczen Pembie za okazaną mi pomoc, a Williamowi Fiennesowi za jego pracę na tym tekstem. I wreszcie podziękować muszę Christopherowi MacLehose, Katharinie Bielenberg, Rachael Kerr i wszystkim z Harvill Press.

Palden Gjaco, 1997

Dedykacja

Temu, który uosabia i ucieleśnia wszystkich Buddów,

Temu, który jest emanacją opiekuńczego bóstwa ludu Krainy Śniegów,

Jedynemu schronieniu i jedynej pociesze ludzkości cierpiącej w wieku Kaljugi –

Moje serce przepełnia wdzięczność za Twą dobroć i błogosławieństwo.

Czerwone hordy barbarzyńskich Chińczyków, wcielone zło,

Zalały Krainę Śniegów, gwałcąc wszelkie prawa.

Bezkarni, niepohamowani deptali nasze ciała, umysły i ducha.

Czy nawet w osiemnastym kręgu piekła ktoś tak cierpiał, tyle stracił i wypłakał tyle łez?

I do was, mieszkańcy świata, którzy wierzą w prawdę, sprawiedliwość i zwykłą przyzwoitość,

Stańcie za nami murem, niech wasz potężny głos

Popłynie drogą prawdy, sprawiedliwości i uczciwości.

Pomóżcie nam odzyskać wolność i niepodległość.

Pomóżcie nam robić to, co wybierzemy – w naszym własnym kraju.

 

 

Palden Gjaco

Z tybetańskiego przełożył Cering Dhundup

Przedmowa

Przez większą część tego stulecia, jeśli nie wcześniej, Tybet jawił się światu jako tajemnicza Shangri-la. Ukryty za dumnymi szczytami Himalajów, zachwycał i przyciągał badaczy, kolonialnych poszukiwaczy przygód, pisarzy, wspinaczy. Poświęcone Tybetowi książki, opatrzone romantycznymi tytułami, sprzedawały się w ogromnych nakładach, a uczeni zapisali tony papieru, badając ukryte tajemnice Krainy Śniegów. Przy tym potężnym, egzaltowanym chórze autentyczne głosy Tybetańczyków brzmiały do niedawna jak słabe echo.

Opowieść Paldena nie jest ani opracowaniem historycznym, ani wizją jogina ukrytego w skutej lodem jaskini. To opowieść człowieka, który stanął oko w oko z nieludzkim systemem, powołanym do życia w imię postępu i ideologii. Podobne koszmary przeżywały również inne kraje. To tylko kolejny przykład z długiej listy, wpisanej w historię naszej planety. I dziś, u progu nowego tysiąclecia, nic nie wskazuje na to, by cierpienie miało zniknąć z jej powierzchni.

W październiku 1950 roku 40000 zahartowanych w bojach żołnierzy komunistycznych Chin przekroczyło rzekę Yangtze, miażdżąc, jak ujął to jeden z obserwatorów, „operetkową armię” Tybetu. Chińczycy ogłosili wyzwolenie Tybetu z kajdan imperializmu oraz feudalnego niewolnictwa i ostateczne zjednoczenie go z macierzą. „Wyzwolenie” i „zjednoczenie” były politycznymi eufemizmami, za którymi kryła się inwazja. Chińskiemu panowaniu nad Tybetem przyświecały dwie idee: dla chińskich nacjonalistów Tybet stanowił integralną część Chin, marksiści zaś kładli nacisk na postęp materialny. Poglądy Tybetańczyków nie miały tu żadnego znaczenia, nikt też nie był ich ciekaw. Owe dwie ideologie miały odtąd legitymizować chińskie rządy. Jak w wypadku każdego kolonializmu, na usprawiedliwienie podboju zawsze znajdzie się jakiś bóg, wzniosły ideał wolności czy dziejowa misja niesienia kaganka cywilizacji.

Naukowcy i prawnicy są w stanie przedstawić mniej lub bardziej przekonujące argumenty na to, że Tybet był zawsze niepodległy lub że od wieków stanowił część Chin, niemniej dla ludzi takich jak Palden, dla tysięcy prostych Tybetańczyków, meandry dyplomacji i przepisy prawa międzynarodowego nigdy nie miały większego znaczenia. Palden jest przekonany o odrębności i niepodległości Tybetu, bo wie to z doświadczenia. Dla niego te dwa kraje dzieli tradycja, kultura, język i historia. W jego oczach różnią się one od siebie jak mleko i woda.

Kiedy Palden był dzieckiem, wuj opowiadał mu, że na początku była mroczna pustka, z której wiatr wyczarował ocean, a następnie wielką górę. Tak narodził się wszechświat. Po uformowaniu się mórz, lądów i gór, w Cethangu, położonym na południe od miejsca, gdzie dziś jest Lhasa, pojawił się pierwszy człowiek. To właśnie takie opowieści o powstaniu Krainy Śniegów kształtowały całe pokolenia Tybetańczyków, dając im poczucie odrębności. I dziś młodzi demonstranci przekonani są, że Tybet jest stary jak wszechświat.

To jałowe pustkowia Tybetu, prażony jęczmień, mantry powtarzane w hołdzie Czenrezigowi, Buddzie Współczucia, jaki, ich masło, nasz śmiech i opowieści naszych matek – wszystko to oddziela Tybet od Chin. Dla Paldena jest to bardziej realne niż prawo międzynarodowe i gry wielkich mocarstw, które decydują o losie państw takich jak Tybet. Prosty człowiek wie instynktownie, co jest prawdziwe i sprawiedliwe.

Historyczne stosunki Tybetu z Chinami są bardzo złożone. Z jednej strony wszyscy współcześni władcy Chin rościli sobie prawa do Tybetu jako integralnej części Chin, z drugiej zaś Tybetańczycy równie stanowczo opierali się tym zakusom. Dla Paldena odrębna, unikalna tożsamość Tybetu dumnie świadczy o jego oddzieleniu od Chin. W Tybecie dyplomacja była zawsze przywilejem elity rządzącej, a prości ludzie nie poświęcali jej żadnej uwagi, dopóki nie burzyła ich życia.

Dla większości Tybetańczyków pierwszym spotkaniem z Chinami było wkroczenie Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. Z początku mogli nie widzieć nawet karabinów, ale przeczuwali, że za dudnieniem bębnów i brzękiem czyneli kryją się wystrzały. Na chińskich zdjęciach propagandowych z tego okresu widać uśmiechniętych żołnierzy AL-W wśród chłopów, oficerów ocierających pot z czoła po zebraniu plonów dla starego „niewolnika”. Rzeczywistość była jednak zupełnie inna. Wojsko musiało długo namawiać wieśniaków na opuszczenie kryjówek w górach i powrót na pola. Nie było to więc spotkanie szczęśliwe.

Po inwazji 1950 roku Chińczycy przewrócili świat Tybetańczyków do góry nogami. Partia komunistyczna ogłosiła, że niebo i ziemia zamieniły się miejscami i prawdziwości tego akurat twierdzenia nie zakwestionuje żaden Tybetańczyk. W ciągu jednej nocy narzucono ludziom nowe idee i nowy sposób życia, pogrążając pewny, znajomy tybetański świat w mroku zagrożeń i braku poczucia bezpieczeństwa. Bywało już, że pewne idee i wartości uznawano za wyższe od innych. „Zacofanym” ludom narzucano chrześcijaństwo, cywilizację zachodnią czy postęp, oni zaś uparcie chcieli trwać w ciemnocie, nieuchronnie stając się, niestety, ofiarami nowoczesności.

Chińczycy, podążając pewnie do socjalistycznego raju, widzieli w swych działaniach marsz ku postępowi. Po drodze odbierano jednak życie tysiącom ludzi i niszczono setki rodzin. Tysiące klasztorów zrównano z ziemią, a mnichów i mniszki posłano do obozów pracy, by stali się użyteczną „siłą produkcyjną”. Nie da się oszacować strat – tak w ludzkich istnieniach, jak i w dziedzictwie kulturowym – które poniósł Tybet przed i w trakcie rewolucji kulturalnej. To, co zrobili Chińczycy ponaddwutysiącletniej kwitnącej cywilizacji tybetańskiej, było tak okrutne jak zakopanie człowieka żywcem.

Dziś chińscy przywódcy chcieliby nas przekonać, że rewolucja kulturalna była wypaczeniem. Banda Czworga popełniła „błędy”, ale więźniów zwolniono i odbudowuje się zniszczone mury. Niemniej los Paldena najlepiej świadczy o tym, że rządy Denga nie były wiele lepsze od panowania Mao. Żołnierza na wieżyczce zastąpiła kamera wideo, a kij – pałka elektryczna. Zmieniły się środki, a nie istota opresji. Strażnicy w Drapczi mogli mieć lepszy sprzęt i przechodzić intensywniejsze szkolenia, niemniej świat zza krat wyglądał tak samo.

Starsze pokolenie dysydentów (czy raczej to, co z niego zostało) przekazało walkę o Tybet nowej generacji, która dumnie wkroczyła do więzień zawsze czujnej partii. Komunistom trudno uwierzyć, że Tybetańczycy nadal walczą o niepodległość. Partia jest urażona niewdzięcznością rozpieszczonych tubylców. Kolonialnym władcom trudno zrozumieć, że elektrownia, nowy stadion, dyskoteka i pięciogwiazdkowy hotel nie są w stanie przywrócić ludziom godności i ich kulturowego dziedzictwa.

Tybetańczycy nadal dumnie zwracają się ku cywilizacji, która rozkwitała na płaskowyżu himalajskim, i opłakują jej zagładę. Młodzi demonstranci nie zapomnieli ani o cierpieniach rodziców, ani o tym, co im skradziono. Nie robią tak dlatego, że znaleźli raj na ziemi, ani dlatego, iż sądzą – jak wielu popierających ich ludzi na świecie – że „stary” Tybet był idealny. Tybet nie był Shangri-lą, borykał się z wieloma problemami. W naszej historii są chwile chwały i wspaniałego rozkwitu, ale jest i głupota przywódców, korupcja klasy rządzącej i bieda prostych ludzi. Pod tym względem nasza historia nie różni się od historii świata.

Nie ma nic gorszego niż zniewolony naród. W ciągu dwóch tysięcy lat swojej historii Tybetańczycy dowiedli, że doskonale potrafią rządzić się sami i że mają wizję świata, który chcieliby wokół siebie stworzyć. Opowieść Paldena najlepiej pokazuje, na co nas stać.

* * *

Po raz pierwszy spotkałem Paldena w 1995 roku, kiedy to poproszono mnie, żebym był jego tłumaczem podczas różnych spotkań w Londynie. Przyjechał tu szukać pomocy dla swego kraju. W spłowiałym notesie miał już projekt swojej książki. Jak w większości tybetańskich świadectw z tego okresu, pełno w nim było dat i imion ludzi, którzy zginęli. Palden pisał po to, by dać głos tym, którzy nie dożyli szansy, by mówić. Potem pojechałem do Dharamsali w północnych Indiach, stolicy społeczności emigracyjnej, gdzie zaczęliśmy wspólnie pracować nad książką.

Wynająłem pokój, a Palden odwiedzał mnie codziennie przez następne trzy miesiące. Gdy tylko wchodził, włączałem magnetofon i nagrywałem każdą rozmowę. Po tych trzech miesiącach miałem 120 taśm zawierających 300 godzin wspomnień. Spisane nagrania zmieniły się później w tę książkę.

Najpierw poprosiłem Paldena, by opowiedział mi o swoim życiu, o najważniejszych faktach. Potem pytałem o każde wydarzenie, o jego myśli i uczucia. Mówił szczerze i otwarcie, choć do końca był zakłopotany i zawstydzony okazywaną mu uwagą, do której nie mógł się przyzwyczaić. Wzdragał się przed mówieniem o sobie.

Zmieniliśmy niektóre imiona i opisy pewnych wydarzeń, by chronić zaangażowanych w nie ludzi – zwłaszcza tych dzielnych Tybetańczyków, którzy dopomogli Paldenowi w ucieczce.

 

 

Cering Szakja

Londyn, 1997 rok

Prolog

Miałem wrażenie, że przygotowywałem się do tego spotkania przez całe życie. Najpierw czekałem przy bramie obok hinduskiego żołnierza odzianego w zielonkawy mundur, trzymającego u nogi stary karabin Lee Enfield i trzęsącego się z zimna z każdym podmuchem monsunowego wiatru. Następnie zrewidował mnie młody Tybetańczyk w niebieskim garniturze. W chwilę później stałem przed Dalajlamą. Owładnęło mną dziwne uczucie smutku i radości. Zdawałem sobie sprawę, że gdyby nie tragedia, jaką przeżył mój kraj, nie mógłbym nawet marzyć o spotkaniu z człowiekiem, którego my, Tybetańczycy, nazywamy Kjabgon, Wybawcą. Żałosny wartownik i tonący w gęstej mgle skromny budynek, będący rezydencją Dalajlamy na wychodźstwie, stanowiły smutny kontrast z blaskiem, jaki wciąż otacza moje wspomnienia o naszym kraju.

Od chwili opuszczenia Lhasy zastanawiałem się, co mam powiedzieć Dalajlamie. Czy zacząć od aresztowania? Czy opowiadać o wszystkich tych, którzy zmarli z głodu, i o więźniach, którzy uznali, że muszą odebrać sobie życie? A może mówić o Tybetańczykach posłusznie wykonujących wszystkie rozkazy Chińczyków, by zjednać sobie ich względy i zapewnić wygodne życie? Czy raczej o nowym pokoleniu moich rodaków organizujących protesty w więzieniach albo o tybetańskich oprawcach, którzy torturują swych ziomków i wymierzają im razy elektrycznymi pałkami? W końcu i oni są Tybetańczykami, i ich wydała Kraina Śniegów.

Kiedy jednak znalazłem się wreszcie przed obliczem Jego Świątobliwości, miałem w głowie zupełną pustkę. Na widok jego bordowych szat i przyjaznej, uśmiechniętej twarzy opuściłem głowę, podnosząc wzrok tylko wtedy, gdy zadawał kolejne pytania.

– Jak uciekłeś? Kiedy aresztowano cię po raz pierwszy? W jakim więzieniu odbywałeś wyrok? – zaczął.

Powinienem wiedzieć, że nie będę pierwszym więźniem, z którym rozmawiał. Od trzydziestu pięciu lat przez Himalaje przetacza się fala tybetańskich uciekinierów, którzy narażają się na ogromne niebezpieczeństwo tylko po to, by zobaczyć tego człowieka i wyszeptać słowa, układane w myślach tysiące razy. Każdy Tybetańczyk, który zdoła pokonać górskie szlaki, kończy wędrówkę w tym pokoju w Dharamsali.

Po dwudziestu minutach Dalajlama przerwał mi, mówiąc:

– Powinieneś to spisać.

Nie uświadomiłem sobie wówczas wagi tej rady. Postanowiłem opisać moje cierpienia i podać nazwiska wszystkich osób, które zginęły w więzieniu. Dokument trafi do archiwum Dalajlamy, by ludzie ci nie zostali zapomniani. Nie przyszło mi nawet do głowy, że przyjdzie mi pisać książkę.

W Tybecie mamy długą tradycję pisania biografii wielkich lamów i ludzi, którzy osiągnęli najwyższy poziom duchowego rozwoju. Księgi takie nazywają się namthar. Nie są to po prostu ciekawe historie, ale raczej duchowe nauki, przewodniki po życiu. Nikt nie kwestionuje ich mocy. „Czytając namthar króla Gesara, nawet żebrak chwyci za miecz – mówi tybetańskie przysłowie. – Przeczytawszy biografię wielkiego pustelnika Milarepy, i książę zapragnie wyrzec się tego świata”.

Kiedy namawiano mnie później do spisania tej historii, czułem się zakłopotany i zażenowany zainteresowaniem moją osobą. Nie dlatego, że nie chciałem opowiadać, wprost przeciwnie – możliwość mówienia była jednym z głównych powodów mojej ucieczki z Tybetu. Spędziłem w więzieniu trzydzieści lat i widziałem tam nieopisane tragedie i cierpienia. Każdy więzień żyje nadzieją, że gdy jakimś cudem świat dowie się o jego losie, wszyscy rzucą się na pomoc tym, którzy spadli na dno piekła.

W więzieniu często śpiewaliśmy: „Pewnego dnia wyjrzy słońce zza ciemnych chmur”. Przy życiu trzymała nas tylko wizja przebijających się przez chmury promieni słońca i duch, którego nie udało się w nas zabić. Opór stawiali nie tylko więźniowie, ale i zwykli ludzie, na których codzienne życie padał cień Komunistycznej Partii Chin. Nawet dziś młodzi chłopcy i dziewczęta, nie wiedzący nic o feudalnej przeszłości Tybetu, jak o nich mówią, synowie i córki Partii – nawet oni tęsknią za wolnością. Nasza wola oporu wobec niesprawiedliwości jest jak ogień, którego nie da się ugasić. Kiedy spoglądam wstecz, widzę, że miłość do wolności jest jak ogień tlący się pod śniegiem.

W kilka dni po spotkaniu z Dalajlamą wszedłem na dziedziniec nowej świątyni, którą zbudowano na pagórku przed pałacem Jego Świątobliwości. Tybetańczycy nazwali ją Dżokhangiem – od najbardziej czczonej świątyni w Lhasie. Znajdują się w niej posągi, uratowane przed zniszczeniem przez wiernych i przemycone przez Himalaje. W lhaskim Dżokhangu stoi posąg z brązu, przywieziony do Tybetu w VII wieku przez chińską księżniczkę, wydaną za wielkiego króla Tybetu Srongcena Gampo. Chińczycy przywiązują do tego wydarzenia wielką wagę. Pamiętam, jak opowiadano o nim w więzieniu, podkreślając, że zrękowiny księżniczki Wenchen dały Tybetowi kulturę i zjednoczyły go z macierzą. Z początku lubiliśmy pytać, czy oznacza to, że Tybet należy również do Nepalu, z którego pochodziła druga żona króla, ale szybko nauczono nas, że jest to pytanie kontrrewolucyjne, mogące znacznie przedłużyć nasze wyroki.

Świątynia w Dharamsali tętniła życiem. Grupa staruszek podchodziła do ołtarzy, obracając młyny modlitewne i recytując modlitwy, które przywołały wspomnienie głosów starych pielgrzymów, powtarzających przed laty w Tybecie sześciosylabową mantrę Om mani padme hum. Otaczająca świątynię mgła zaczęła opadać i zza chmur wyłoniły się równiny Indii. Ten dziwaczny, niemal niestosowny obraz Tybetańczyków w obcym im zupełnie krajobrazie przekonał mnie ostatecznie do spisania mojej historii. Nie po to, by chwalić się cierpieniem, lecz dać świadectwo męczarniom mego kraju. Tylko tak mogłem przecież, dziś już wolny, przypomnieć, że moja ojczyzna jest wciąż okupowana.

Kiedy tak wpatrywałem się w spowite tumanami kurzu równiny Indii, ogarnął mnie smutek. Przypomniałem sobie nagle monotonię więziennego dnia, regularność sesji edukacyjnych i wieców, zwoływanych, by wymusić przyznanie się do winy, rozdzielić nagrody lub wymierzyć kary, które odmierzały moje życie przez ostatnie trzydzieści lat. Więzienie zostawia blizny, o których nie sposób zapomnieć.

W Dharamsali, pełnej zieleni i deszczu, tak odległej i innej od Tybetu, wielu z nas znalazło odpoczynek. Codziennie spotykam przyjaciół z więzienia, którym, jak mnie, udało się znaleźć po drugiej stronie Himalajów. Ich radość z odzyskania wolności łączy się bólem, jaki wywołują cierpienia innych. Gratulujemy sobie łutu szczęścia, który nam akurat pozwolił przetrwać.

Jestem wolny w obcym kraju, ale wciąż prześladują mnie koszmarne wspomnienia. Mieszkam w chatce zbitej z kawałków desek i blachy. Nie jest większa od więziennej izolatki. Tłukące o blaszany dach krople deszczu nie dają spać przez całą noc, odór pleśni i wilgoci wprost lepi się do ścian i podłogi, ale wszyscy mówią, że będzie lepiej, gdy tylko skończy się monsun. W sąsiedniej chatce mieszka kilku nastolatków, którzy też pokonali zdradzieckie góry. Słuchają Radia Lhasa i wesoło śpiewają ostatnie popowe przeboje. To dziwne, jak tęsknimy za wiadomościami z miejsca, z którego uciekliśmy, za dźwiękami znajomymi z domu, jak gdybyśmy chcieli się w ten sposób upewnić, że nadal żyjemy.

Dharamsala to miejsce szczególne nie dlatego, że tak wielu z nas znalazło w niej nowy dom, ale dlatego, że mieszka tu ten, który jest naszym duchowym schronieniem, Dalajlama, Budda Współczucia. W więzieniu wypowiadaliśmy nazwę tego miasteczka szeptem, z szacunkiem i czcią. Kiedy tu dotarłem, poproszono mnie o prowadzenie wywiadów z nowo przybywającymi uchodźcami i spisywanie ich świadectw. Trudno mi było uwierzyć, jak wielu z nas opowiada tę samą historię. Nie usłyszałem opowieści bez tragedii. Uciemiężeni i zniewoleni żyją rozbitym życiem pełnym ran, bólu i rozłąki.

Większość uciekinierów, którzy ruszają w ośnieżone góry, to dzieci. Niektóre wysyła się w drogę, kiedy kończą siedem, osiem lat. Rodzice mają nadzieję, że znajdą lepszą przyszłość w obcym kraju. Nie pochodzą z rodzin arystokratów czy zamożnych kupców, są dziećmi tych samych biednych wieśniaków, których komuniści wyzwolili jakoby z poddaństwa.

Dharamsala jest miasteczkiem kosmopolitycznym; na wąskich, błotnistych uliczkach McLod Ganju mijają się Japończycy, Amerykanie, Izraelczycy i Europejczycy. Poznałem wielu cudzoziemców z krajów, o których istnieniu nigdy nie słyszałem – między innymi Angielkę Emily i Franciscę z Holandii, które często zaglądały do mojej chatki. To właśnie z tych rozmów zaczęła się wyłaniać historia mego życia. Zrozumiałem wówczas, że szczęśliwy traf, dzięki któremu przetrwałem, zobowiązuje mnie do dania świadectwa cierpieniom innych.

Być może, mówiąc o sobie, uda mi się opowiedzieć historię mojej ojczyzny i wyrazić ból, który czuje każdy Tybetańczyk.

Rozdział I

Pod tęczą

Urodziłem się pod tęczą.

Ileż to razy babka opowiadała mi tę historię, zakrzywionym palcem kreśląc w powietrzu łuk, który przed laty wyrósł z rzeki na pola, okrywając tęczowym blaskiem całą wioskę. Potem wyliczała inne pomyślne znaki.

– Ngodup – mówiła – mogłeś być tulku z Riłocze!

Była to jej ulubiona opowieść i dzieliła się nią z każdym, kto gotów był słuchać. Brzmiała mniej więcej tak: Kilka dni po moich narodzinach przybyła do naszej wioski grupa wysokich lamów z oddalonego o dwa dni marszu klasztoru Drag Riłocze. Ogłosili, że jestem jednym z kandydatów na inkarnację zmarłego przed rokiem wielkiego lamy. Liczne znaki wskazywały na to, że mogę być szczególnym dzieckiem. Kruki, które zwykle gnieździły się na dachu klasztoru, przeniosły się na nasz dom. Jeden z asystentów zmarłego przypomniał sobie, że tuż przed śmiercią lama odwiedził nasze domostwo, by odprawić religijne rytuały. Powiedział przy tym, że czuje się tu jak w domu. Wychodząc, podszedł do mojej matki i położywszy jej ręce na głowie, powiedział:

– Wrócę do tego domu.

Według babki, kilka dni przed moimi narodzinami matka śniła, że jest pogrążona w głębokiej medytacji i trzyma w lewej dłoni dordże, przedmiot rytualny, symbolizujący niezniszczalność nauk Buddy. Wszystkie te znaki uznano za pomyślne, gdyż zwykle towarzyszą narodzinom inkarnowanego lamy.

Potem babka opowiadała z przejęciem, jak Czangdzo-la, główny zarządca zmarłego lamy, położył przede mną dwa różańce i jak moje małe rączki zdecydowanie chwyciły jeden z nich. Potrząsając głową i klepiąc się po kolanach, opisywała następnie radość lamy, który potwierdził, że wybrałem różaniec należący do zmarłego.

Babka uwielbiała mi to opowiadać, a ja uwielbiałem jej słuchać. Była drobną kobietą o maleńkiej twarzy. Ciasno spinała włosy i nacierała je masłem, nadającym im tłusty połysk. Kiedy imiona kandydatów przesłano do Lhasy z prośbą o decyzję, nie zostałem wybrany. Babka była przekonana, że sprawił to nasz brak „pleców” w stolicy. Choć byłem wówczas bardzo mały, wyraźnie słyszałem w jej głosie nutkę rozczarowania, kiedy dochodziła do punktu kulminacyjnego swojej opowieści.

Przyszedłem przecież na świat wśród pomyślnych znaków i wielkich oczekiwań. Lokalny astrolog zrobił dla mnie horoskop i powiedział ojcu, że przyniosę wielki pożytek rodzinie i innym istotom. Nie wyjaśnił jednak, w jaki sposób. Pewnie biedny wróżbita sprzedawał taką przepowiednię wszystkim zamożnym klientom. Myślę, że ucieszył nią ojca, który później miał mi o niej przypomnieć.

Nazwano mnie Ngodup. W Tybecie imion dla dzieci nie wybierali rodzice – zwykle proszono o to znanego lamę. Nie wiem, kto nadał mi imię, ale myślę, że był to opat pobliskiego klasztoru. Urodziłem się w 1933 roku – według tybetańskiego kalendarza, męskim roku wodnej małpy – w wiosce Panam, położonej o 125 mil na wschód od Lhasy, stolicy kraju, i 45 mil na zachód od Szigace, drugiego co do wielkości miasta Tybetu.

Panam było małą, pozbawioną znaczenia wioską z równiny Cang. Przez otoczoną górami dolinę wiła się rzeka Njangczu. Szeroką równinę pokrywały pola jęczmienia, grochu i gorczycy. Rzeka była zdradliwa. Raz płytka, leniwie sunęła w kierunku Szigace, gdzie wpadała do największej rzeki Tybetu, Jarlung Cangpo – można było wówczas przejść ją w bród i przeprowadzić na drugi brzeg stada – innym razem gwałtownie przybierała i jeśli nieostrożny pasterz nie wrócił do zagrody na czas, często musiał szukać brodu nawet przez trzy dni.

Wiosną, gdy topniały śniegi, marszczące powierzchnię fale zmieniały się w dziki nurt, a wieśniacy zaczynali patrzeć na rzekę ze strachem. Pamiętam, że zabraniano mi bawienia się na brzegu, ostrzegając, że prąd potrafi porwać nawet dorosłe jaki. Jedno z moich pierwszych wspomnień to właśnie obraz grupy mężczyzn wyciągających z wody rozdętego jaka. Stałem z innymi dziećmi, przyglądając się ćwiartowaniu nieszczęsnego zwierzęcia i układaniu mięsa na rozłożonej obok płachcie. Od tego czasu bałem się rzeki. Byliśmy jednak od niej uzależnieni. Pola, do których nie docierała woda, stawały się jałowe i suche. Spękana, martwa ziemia ciągle przypominała, że żyjemy dzięki Njangczu. Nie przypominam sobie, żeby w Panam kiedykolwiek padał deszcz. Tereny położone w pobliżu rzeki były zielone i żyzne. Z rzeki braliśmy wodę do picia i kopaliśmy wąskie kanały, nawadniające pola.

Po obu stronach doliny wyrastały ku nieskazitelnie błękitnemu niebu góry należące do łańcucha Himalajów. Gdy przychodziła odwilż i spod topniejącego lodu zaczynały wyzierać pierwsze zielone pędy, pędzono zwierzęta na strome zbocza, które służyły nam za pastwiska. Przez trzy zimowe miesiące owce, kozy, krowy, a nawet niektóre jaki, trzymano w domach. Były to jednopiętrowe budynki z glinianych cegieł, układanych na szerokim niemal na metr kamiennym fundamencie. Dzięki owym cegłom w zimie było nam ciepło, a latem chłodno.

Na piętrze mieszkali ludzie; pogrążony w mroku parter służył za zimowe schronisko zwierzętom. Pamiętam, że jako dziecko wyganiałem wiosną stado z tej zagrody. Zwierzęta bały się i nie chciały wychodzić na zewnątrz. W końcu, na chwiejnych nogach, jedno po drugim, wybiegały na dwór, mrużąc oślepione światłem oczy. Ludzie żartowali, że są jeszcze pijane od jedzenia resztek zacieru. Zimą, przed tybetańskim Nowym Rokiem, każda rodzina warzyła ogromne ilości czangu i rzucała sfermentowaną jęczmienną papkę krowom. Kiedy zwierzęta oswoiły się już ze światłem, starsze dzieci wyganiały je na wąską ścieżkę prowadzącą na pastwisko. Stado spędzało tam całe lato; pasterze od czasu do czasu pojawiali się w wiosce z serem, masłem i osiołkiem obładowanym nawozem, który wykorzystywano jako opał.

Panam żyło z rolnictwa. Zwierzęta dostarczały luksusów, takich jak mięso, masło i ser. Moja rodzina, jak na tybetańskie warunki stosunkowo bogata, miała sześćset owiec i kóz. Ojciec dzierżawił ziemię od rządu i oddawał ją później w dzierżawę chłopom. Byliśmy gerpa, „płatnikami rządu”, ponieważ płaciliśmy podatki bezpośrednio władzom w Lhasie, podczas gdy inni rolnicy płacili gospodarzom takim jak mój ojciec lub klasztorom. Zobowiązania podatkowe ojca były dość skomplikowane i nie do końca je rozumiałem. Pamiętam jednak dokładnie, że mieliśmy oddać pięciu ludzi do tybetańskiej armii. Nie musieli to być jednak członkowie rodziny. Z tego, co wiem, ojciec przeniósł ów obowiązek na naszych dzierżawców. Ustalenia z rolnikami były naszą sprawą – rząd nie wtrącał się w to, dopóki do wojska szło pięciu mężczyzn.

Ojciec był też przywódcą wioski i często proszono go o pomoc w rozstrzyganiu sporów między chłopami. Uważano go za uczciwego człowieka; nasi dzierżawcy zwracali się doń Bari Dżho-la, co świadczy, że darzono go sympatią i szacunkiem. Bronił mieszkańców wsi przed gospodarzami, którzy, mieszkając w Szigace lub Lhasie, próbowali ściągać wygórowane podatki. Moja rodzina nazywała się Bari Lhopa, co znaczy „Bari z południa”. W górnej części doliny mieszkała rodzina Bari Dziang, czyli „Bari z północy”. Kiedyś musieliśmy być spokrewnieni, nikt jednak nie pamiętał, w jaki sposób podzieliliśmy się na „północnych” i „południowych”.

* * *

W XVIII wieku Panam zasłynęło jako miejsce narodzin VII Panczenlamy, postaci numer dwa w religijnej hierarchii Tybetu. Mówi się, że kiedy zmarł VI Panczenlama, wyrocznie przepowiedziały, iż dziecko zostanie odnalezione „w szczęściu, siedząc na kolanach słońca”. W całym Tybecie rozpoczęły się poszukiwania nowej inkarnacji, a jedna z grup przybyła do Panam.

Na progu pierwszego domu lamowie zobaczyli kobietę trzymającą na kolanach niemowlę. Zapytali ją, jak się nazywa, a ona odparła: „Nima”, co znaczy „słońce”. Poszukiwania dobiegły końca. Nima trzymała w ramionach VII Panczenlamę.

Dom, w którym przyszedł na świat Panczenlama, sąsiadował z naszym. Żaden inny nie dorównywał mu bogactwem. Rodzinie nadano status arystokracji i obsypano przywilejami. Majątek ów nazywano we wsi trungzhi – „majątkiem z urodzenia”. Wszystkie rodziny w naszym regionie darzyły go najwyższym szacunkiem. Kiedy przyszedłem na świat, całą wieś ogarnęło podniecenie. Mówiono, że Panam jest błogosławionym miejscem, któremu dane będzie zobaczyć narodziny drugiego wielkiego lamy. Nie trwało to jednak długo.

Moja rodzina, jak większość rodzin w Tybecie, była bardzo religijna i traktowała z niezwykłą powagą swoje duchowe zobowiązania. Najważniejszą izbą w domu był Kangjur lhakang, w którym przechowywano 101 tomów Kangjuru, nauk Buddy. Nikt we wsi nie mógł się poszczycić taką kolekcją. Nie wiem, jak moja rodzina weszła w posiadanie tych bezcennych ksiąg, które musiały mieć setki lat. W lhakangu znajdowało się również wiele posągów buddów i bodhisattwów oraz thanegk – religijnych malowideł. Niektóre z nich były również bardzo stare. Na naszym dachu stał gjalcen, wielki mosiężny parasol – „chorągiew zwycięstwa”. Oznaczało się nim domy, w których znajdował się cały Kangjur. Ilekroć któraś z rodzin w wiosce organizowała ceremonię religijną, pożyczano od nas jeden z owych tomów.

Każdego roku organizowano we wsi ważną ceremonię. W lipcu, kiedy pola nie wymagały już tyle pracy, wszyscy mogli się nieco odprężyć i uczcić – tak przez wszystkich oczekiwane – wspaniałe zbiory. Był to też czas na zjednanie sobie lokalnych duchów i poproszenie ich o ochronę zbiorów przed złymi siłami. Rozpoczynało się czoe-khor, „okrążanie nauk Buddy”.

Mnisi z lokalnego klasztoru schodzili do naszego domu po wszystkie tomy Kangjuru. Każdy z nich, owinięty w żółty jedwab, wynoszono wysoko nad głową. Przed domem mieszkańcy wsi i członkowie naszej rodziny staczali prawdziwą walkę o to, komu przypadnie zaszczyt niesienia na grzbiecie świętych ksiąg. Kiedy już wszystkie miały swoich tragarzy, mnisi prowadzili procesję wokół wioski.

Cała grupa zatrzymywała się w odludnym miejscu, które nazywaliśmy jul-lha, „siedzibą ducha wioski”. Mieszkał tu zły duch, a nasze powodzenie zależało od składanych mu ofiar. Wierzono, że na wioskę spadnie nieszczęście, jeśli duch nie będzie stale ugłaskiwany. Choć plony zapowiadały się dobrze, należało pomóc im, stosując takie metody. Nagła burza gradowa mogła przecież zniweczyć całe żniwa. Rolnicy w Tybecie bali się gradu tak jak inni suszy. W niektórych wioskach byli nawet specjalni „zaklinacze gradu”, którym przypisywano magiczne moce. Ofiary duchowi składaliśmy również, ilekroć zachorował ktoś z rodziny.

Wznosiła się tu wysoka góra kamieni i rogów, zagrzebanych pod siecią splątanych flag modlitewnych, symbolizujących pięć elementów: żółte – ziemię, czerwone – ogień, niebieskie – niebo, białe – chmury, zielone – wodę.

Co roku każda rodzina przynosiła tu nową flagę. Odór butwiejącego materiału potęgował atmosferę grozy. To miejsce przyprawiało mnie o zimne dreszcze. Wszyscy bali się jul-lha. Ceremonia czoe-khor miała potwierdzić naszą wierność owemu duchowi i stanowić symboliczne wytyczenie granic wioski. Po zakończeniu rytuału mieszkańcy czuli się bezpieczni i chronieni.

Po otoczeniu całej wioski procesja kierowała się na łąkę, rozciągającą się wzdłuż brzegu rzeki. Każda rodzina rozbijała tu swój namiot. Następne dni upływały nam na śpiewach i tańcach. Starsi mężczyźni poświęcali się hazardowi, młodsi rywalizowali w zawodach łuczniczych. Był to czas odpoczynku i rozkoszowania się letnim słońcem. Dwa-trzy miesiące później zaczynały się żniwa i każdy z dzierżawców ojca musiał wysłać kogoś do pracy na naszych polach. Wszyscy mieli wówczas coś do zrobienia, nikt nie siedział bezczynnie. Po zebraniu plonów przychodził czas na młócenie. Kiedy kobiety zajęte były oddzielaniem plew od ziarna, ojciec zapraszał do domu dziesięciu mnichów, którzy czytali na głos wszystkie tomy Kangjuru. Potrzebowali na to od pięciu od dziesięciu dni. Ojciec mawiał, że nasza rodzina fundowała ten rytuał od wieluset lat i że błogosławieństwo płynące z dobrych czynów przodków przynosiło szczęście naszemu domowi.

Ja jednak miałem wrażenie, że szczęście zapomniało o mnie. Matka zmarła wkrótce po wydaniu mnie na świat, zostawiając ojcu trzy córki i dwóch synów. Babka powiedziała mi kiedyś, że po połogu matka wyglądała na zdrową i szczęśliwą, ale pewnego wieczora zachorowała nagle i już nie wyzdrowiała. Tybetańczycy wierzą, że gdy do jakiejś rodziny uśmiecha się szczęście, spada na nią równocześnie cios. Być możej jest to wyjaśnienie – skoro uważano mnie za inkarnację wielkiego lamy, nieszczęście dotknęło moją matkę.

Nigdy nie dowiedziałem się, jak nazywała się matka – wszyscy mówili o niej po prostu Ama-la.W chwili śmierci miała zaledwie czterdzieści lat. Nie pamiętam jej. Nie mam też żadnego zdjęcia. W dawnym Tybecie nie było zwyczaju robienia zdjęć ani malowania portretów. Jedyna fotografia, jaką widziałem, przedstawiała XIII Dalajlamę i stała na naszym ołtarzu. Kiedyś zdjęła ją stamtąd ciotka i dotknęła nią mojej głowy. Bardzo chciałem to zdjęcie obejrzeć i dotknąć, ale fotografię uważano za taki skarb, że ciotka natychmiast odstawiła ją na miejsce. Zdjęcie to kupiono od nepalskiego kupca; było tak drogie, że na jego zakup stać było tylko dwie rodziny w całej wiosce. Myślę, że mojej matki nigdy nie sfotografowano. Kiedyś zapytałem jednego z krewnych, jak wyglądała, a on odparł, że była ładną kobietą. Ojciec nigdy o niej nie mówił, a ja nie zadawałem mu żadnych pytań. Myślę, że bardzo cierpiał z powodu jej śmierci. Rodzice wzięli ślub, gdy ojciec miał czternaście lat; matka była o rok młodsza. Jak wszystkie tybetańskie małżeństwa w tym czasie, i to zostało zaaranżowane przez rodziców.

Mojej siostry były jeszcze za małe, by się mną zająć, wysłano mnie więc do domu siostry ojca. Nazywała się Zangmo i mieszkała w wiosce Gjaco Szar, położonej o sześć godzin marszu od Panamu. Ciotkę wydano tam za mąż przed wielu laty. Jej rodzina nazywała się Namling; w moim nowym domu mieszkało ponad dwadzieścia osób.

Kiedy zacząłem u niej mieszkać, ciotka miała prawie czterdzieści lat. Jej dwóch synów nazywałem dżho-la, starszymi braćmi. Jeden z nich miał szesnaście lat i właśnie szukano mu żony. Ciotka była niezwykłą osobą i to ona pełniła rolę głowy domu. W ambie, fałdzie tradycyjnej sukni, trzymała pęk kluczy do wszystkich schowków. Jeśli służący potrzebowali czegoś z zapasów, musieli zwrócić się do niej. Ciotka miała szeroką, okrągłą twarz i nosiła kolczyki z lśniących korali. Długie włosy splatała w warkocze, którymi owijała głowę. Wysłano mnie do niej, ponieważ przed paroma miesiącami urodziła córkę, Łangmo, i mogła wykarmić nas oboje.

Gjaco Szar nie różniło się zbytnio od Panamu. Domy były takie same, a mieszkańcy – jak w całej dolinie Njangczu – zajmowali się rolnictwem. Rytm życia wyznaczały prace polowe. Uprawą zajmowano się tu od pokoleń. Nie było żadnych maszyn, wszystko robiono więc ręcznie. Kiedy dziś o tym myślę, dziwię się, że nie potrzebowaliśmy koła. Ten wielki wynalazek nie znalazł uznania w Krainie Śniegów.

Rodzina ciotki była również gerpa – płaciła podatki rządowi. Mówiło się, że zgromadzonym przez nich ziarnem można by spiętrzyć największą rzekę Tybetu, Jarlung Cangpo. Dorastałem, myśląc o ciotce jako o matce. Nazywałem ją Ama-la i jej dom był moim domem. Później, w więzieniu, gdy każde przesłuchanie zaczynało się od pytań o imię, wiek i imiona rodziców, musiałem zawsze przez ułamek sekundy zastanawiać się nad właściwą odpowiedzią. Ciotka troszczyły się o mnie. Często obejmowała mnie, szepcząc: „chłopczyk bez matki”.

Wszyscy w domu okazywali mi wiele dobroci i ciepła. Nie pamiętam, by kiedykolwiek przyszło mi do głowy, że mam jakiś inny dom lub że moja „rodzina” nie jest rodziną prawdziwą. Pamiętam, że kiedyś usłyszałem, jak ktoś mówi „o ojcu dziecka”. Pomyślałem, że chodzi o wujka, którego też nazywałem Pa-la i zawsze uważałem za ojca. Gdy więc zaczęto mówić, że „przyjedzie ojciec”, byłem zupełnie skonsternowany. Potem usłyszałem o „domu chłopca” i już zupełnie nie wiedziałem, o co chodzi. Dla mnie jedynym domem był ten, w którym mieszkałem. Z niepokojem oczekiwałem na dalszy rozwój wypadków.

Byłem szczęśliwy w Gjaco Szar. Życie toczyło się tu wokół spraw wioski i rodziny. To było bardzo proste dzieciństwo. Chłopców zostawiano ich własnym sprawom, a dziewczynki nie odstępowały na krok matek, pomagając im w pracy i ucząc się od nich tego, czego te nauczyły się w swoich domach. Jeśli rodzice pracowali w polu, pomagaliśmy im, naśladując ich gesty i ucząc się w ten sposób wszystkiego, co potrzebne w życiu. Przynosiłem i podawałem dorosłym różne narzędzia, pomagałem w pieleniu, otwieraniu i zamykaniu kanałów irygacyjnych.

Najbardziej lubiłem jednak słuchać opowieści. Mój wuj był mnichem w największym klasztorze w okolicy, w Taszilhunpo. Zimy spędzał zawsze w domu ciotki. Lubił dzieci; często wołał nas do siebie i snuł różne opowieści. Na przykład o dzigten czag-cul: stworzeniu świata. Z namaszczeniem opowiadał, że najpierw pokrywała go woda, która, wyparowawszy, odsłoniła lądy i góry. Wówczas Czenrezig, Budda Współczucia, odrodził się w ciele małpy, a jego partnerka, Dolma, jako olbrzymka. Z ich związku narodzili się pierwsi ludzie. Ich sześcioro dzieci odpowiadało sześciu typom istot żyjącym we wszechświecie: bogom, półbogom, ludziom, duchom, zwierzętom i mieszkańcom piekieł. Tybetańczycy byli, według wuja, ich potomkami.

Niektóre historie napawały nas przerażeniem. Wuj opowiadał nam o innych światach i o piekłach, w których ludzi gotowano żywcem lub morzono głodem. Mówił, że po śmierci nasze złe i dobre czyny ważone są na specjalnej wadze jako białe i czarne kamyki. Jeśli przeważały czarne, symbolizujące złe uczynki, zmarły szedł do piekła, jeśli białe – do nieba. Wuj pochylał się nagle i szeptał, patrząc nam prosto w oczy:

– Jeżeli nie chcecie iść do piekła, nie możecie zbierać czarnych kamyków.

Wuj cieszył się powszechnym szacunkiem i ludzie często zasięgali jego rady w najróżniejszych sprawach. Kiedyś zabrał mnie do swojego klasztoru w Szigace. Było to nie tyle doświadczenie duchowe, ile sympatyczne wprowadzenie w rytm monastycznego życia. Uświadomiło mi też, że poza naszą wioską, za górami, istnieje jakiś świat. Pamiętam, że wuj dzielił celę z mnichem z Ladakhu, który dał mi toffi w kształcie rybki. Powiedział, że przywieziono je z Indii. Tego samego dni zobaczyłem też po raz pierwszy latarkę. I ona, jak usłyszałem, pochodziła z Indii. Pomyślałem sobie, że Indie muszą być cudownym miejscem, skoro tyle tam czarodziejskich przedmiotów. Tybetańczycy żywią do Indii taki sam szacunek jak chrześcijanie do Jerozolimy. Mnie jednak historie o życiu Buddy w krainie „Pag-pa” wprawiały w lekkie zmieszanie. Słowo to brzmi bowiem identycznie jak tybetańskie określenie świni, często zastanawiałem się więc, dlaczego Indie nazywa się Krajem Świni, i wyobrażałem sobie ogromne stada tych zwierząt tratujące dżunglę. Kiedy zapytałem, czemu Indie są Krajem Świni, wuj i inni mnisi płakali ze śmiechu. Wuj uznał, że nadszedł czas, bym zaczął się uczyć czytać i pisać.

Cała moja wiedza o świecie pochodziła z opowieści wuja. Indie były najświętszym miejscem na Ziemi, wszystkiego innego należało się obawiać. Przerażający świat, zamieszkiwany przez ludzi pozbawionych kultury i współczucia, który wyłaniał się z opowieści wuja, miał chyba stanowić antidotum na naturalną ciekawość dziecka. Według wuja, my, Tybetańczycy, mieliśmy ogromne szczęście, rodząc się w Krainie Śniegów. Nie miałem żadnych powodów, by w to wątpić.

Kiedy myślę o tym dzisiaj, dochodzę do wniosku, że to właśnie te opowieści o Tybecie i pierwszych Tybetańczykach sprawiły, iż Tybet i Chiny były dla mnie odrębnymi krajami. Gdy przybyli Chińczycy i zaczęli nam tłumaczyć, że Tybet stanowił zawsze część Chin, nie mogliśmy ich zrozumieć. Mieliśmy zupełnie inne poczucie historii. Choć komuniści zbywali później te opowieści jako bajki, dla nas jednak nie straciły one ani odrobiny mocy i stanowiły integralną część naszej tożsamości.

* * *

W wiosce moim najbliższym przyjacielem była siostra cioteczna Łangmo. Ciotka nazywała nas „nierozdzielnymi”. Nie mieliśmy zabawek, ale robiliśmy je sobie ze wszystkiego, co wpadło nam w ręce. Patyk przemieniał się we włócznię, a klepisko w pole bitwy, na którym toczyliśmy niezliczone wojny. Choć, jak wszędzie na świecie, chłopcy lubili bawić się we własnym gronie, zawsze starałem się znaleźć miejsce dla Łangmo. Zresztą była twarda i potrafiła stawić czoło każdemu osiłkowi w wiosce.

Kiedy mieliśmy pięć, może sześć lat, Łangmo zachorowała. Ciotka robiła wszystko, co w jej mocy; do domu wezwano też lamów, by rytuałami odpędzili złe duchy, które sprowadziły chorobę. Pewnego ranka zobaczyłem w kuchni zanoszącą się płaczem ciotkę i zrozumiałem, co się stało. Potem przez wiele dni nie wstawała z łóżka. Nie umiałem jej pocieszyć.

Inni dorośli zachowywali się tak, jakby nic się nie stało. Myślę, że nie chcieli mi przypominać o Łangmo w nadziei, iż czas szybko zaleczy wszystkie rany. Często odnoszę wrażenie, że Tybetańczycy próbują unikać trudnych tematów, sądząc, że ból zniknie w końcu sam z siebie. Nawet dziś, kiedy wspominam ciotkę i Łangmo, napływają mi do oczu łzy. To były najszczęśliwsze dni mojego życia. Naszych zabaw nie zakłócała żadna troska. Najchętniej taplaliśmy się w kałużach, lepiąc z błota różne postacie. Ciotka zawsze wtedy krzyczała i kazała nas kąpać któremuś ze służących.

Wkrótce po śmierci Łangmo znów spotkałem członków mojej prawdziwej rodziny. Babka, siostry i brat przyjechali złożyć ciotce kondolencje. Podczas powitania wszyscy wybuchnęli płaczem. Ojciec przysłał mi nowe ubranie i parę skórzanych butów z Indii. Nie pamiętam spotkania z nim aż do dnia, kiedy ciotka zawołała mnie i otrzepała z kurzu przed wejściem do izby, w której stał ołtarz. Na podwyższeniu siedział mężczyzna i pił herbatę. Miał duże, przenikliwe oczy. Nosił długi turkusowy kolczyk, który opadał mu na ramię. Ciotka popchnęła mnie ku niemu, mówiąc:

– Poznaj swego ojca.

Zachowywałem się tak, jak każde dziecko przy spotkaniu z kimś obcym: byłem nieśmiały i zdenerwowany, ale i podniecony perspektywą dostania prezentu. Podszedłem. Mężczyzna sięgnął do kieszeni i wyjął z niej coś, co przypominało kawałek białego kryształu. Wyciągnąłem ręce, a on położył na moich dłoniach ów dziwny kamień.

Zaczął coś mówić, ale ja nie mogłem oderwać oczu od prezentu. Nazywaliśmy to szel kara, „słodkim szkłem”. Całymi dniami nosiłem je potem w kieszeni, wyjmując po to tylko, żeby rozkoszować się jego słodyczą.

Mimo długiej rozłąki, wciąż istniała naturalna więź między ojcem a synem. Któregoś dnia rzuciłem się na starszego chłopca, który powiedział, że ojciec wygląda jak gówno (nosił czubę, tradycyjną tybetańską szatę, koloru ziemi). Przegoniłem go przez cały dom, bezlitośnie tłukąc po plecach.

Widywałem się z ojcem, ilekroć przyjeżdżał do domu ciotki. Nasze rozmowy były zawsze krótkie i bardzo konkretne.

– Byłeś grzeczny? – pytał.

Przytakiwałem.

– Słuchaj ciotki i bądź grzeczny – mówił wtedy, sięgając do kieszeni po słodycze lub kawałek suszonego mięsa.

Pokazywałem te prezenty innym dzieciom, wiedząc, że wzbudzą zazdrość. Ojca otaczała aura tajemnicy i powagi, która budziła podziw innych dzieci. Kiedy przyjeżdżał, oddawano mu najlepszą izbę i traktowano go po królewsku.

Ciotka nigdy nie uporała się ze śmiercią Łangmo. Całkowicie poświęciła się pracy. Latem nie schodziła prawie z pola, zimą przędła wełnę, przez cały czas zajmując się przy tym domem. I okazywała mi jeszcze więcej uwagi i czułości.

Podczas kolejnej wizyty zobaczyłem zapłakaną ciotkę i zrozumiałem, że ojciec zamierza zabrać mnie ze sobą. Miałem dziewięć lat, kiedy uznał, że nadszedł czas, bym wrócił do Panam.

* * *

Pewnego letniego poranka ciotka obudziła mnie czarką herbaty i drel-sil, ryżem ze słodkimi ziemniakami i cukrem, który przyniosła w starym chińskim naczyniu, ozdobionym splecionymi smokami i stojącym zwykle na rodzinnym ołtarzu. Drel-sil podaje się, by uczcić ważny dzień. Potem wręczyła mi khata, ceremonialną szarfę, i kazała położyć ją na dywanie przykrywającym moje łóżko. Powiedziała, że oznacza to, iż wrócę do tego domu. Herbaty nalano po brzegi, co też miało zapowiadać rychły powrót. Poleciła mi włożyć nowe ubranie, uszyte specjalnie na tę okazję, i długo je na mnie poprawiała.

Miałem więc opuścić ten dom. Byłem przygnębiony, widziałem też smutek na twarzy ciotki. Traktowała mnie jak syna. Jej córka umarła, ale i mnie wykarmiła własną piersią. Robiła jednak wszystko, by nie okazać żalu. Ponaglała mnie, poprawiając fałdy szat, które dla mnie przygotowała.

Na podwórzu zebrała się cała rodzina. Ojciec wydawał polecenia ludziom, którzy siodłali sześć czy siedem kuców i ładowali na ich grzbiety drewniane skrzynie. Ja stałem z boku. Potem kolejno podchodzili do mnie wszyscy krewni, zarzucając mi na szyję khata. Po chwili miałem wrażenie, że tonę w górze białego jedwabiu. Ostatnia była ciotka, która niosła przed sobą najpiękniejszą jedwabną szarfę, jaką kiedykolwiek widziałem. Objęła mnie i jej łzy spłynęły po moich policzkach. Kiedy udało mi się oswobodzić ręce spod góry materiału i mocno do niej przytulić, z mojej piersi wyrwał się rozdzierający jęk. Mój płacz usłyszeli nawet sąsiedzi, którzy przybiegli zobaczyć, coś się dzieje. Niektórzy wręczali mi kolejne khata.

Ktoś krzyknął:

– Ngodup odjeżdża jak panna młoda – więc szybko wytarłem oczy rękawem i starałem się powstrzymać łzy.

Kiedy posadzono mnie na kucu i dzieci zaczęły biec za nami, skandując:

Nama, nama! („panna młoda”, „panna młoda”) – marzyłem tylko o tym, żeby znaleźć się jak najdalej stamtąd.

Po chwili okrzyki umilkły. Na czele naszej grupy jechali ojciec i babka. Khata, którymi mnie obwieszono, powiewały na wietrze jak flagi. Towarzysząca nam ciotka podjechała do mnie i zdjęła ze mnie wszystkie szarfy.

Od czasu do czasu ojciec odwracał się w siodle, żeby na mnie spojrzeć. Starałem się unikać jego wzroku. Kiedy dojechaliśmy do domu, czekali już na nas wszyscy krewni i sąsiedzi. Postawiono mnie na ziemi i znów wręczono khata. Ciotka została z nami na kilka dni. Płakała, wyjeżdżając do Gjaco Szar.

* * *

Moje nowe życie w Panamie było początkiem dorosłości. W tamtych czasach w Tybecie dorastało się bardzo szybko. Mój ojciec i brat musieli wziąć na siebie odpowiedzialność za rodzinę w wieku czternastu lat. W domu jednak nie miałem wielu zajęć. Wszystkim zajmowały się siostry i brat. Zacząłem się nudzić. Starałem się unikać ojca, który z wiekiem stawał się coraz bardziej dostojny i uroczysty. Pamiętam, jak niskim głosem recytował swoje modlitwy – dźwięk ten czynił go jeszcze bardziej niedostępnym.

Dziś wydaje mi się, że miłości, jaką darzył mnie ojciec, towarzyszyło mimowolne uczucie smutku, który budzą w nas osierocone dzieci. Zapewne unikał mnie tylko dlatego, że przywodziłem mu na myśl matkę. Nigdy o niej nie mówił, nigdy nawet nie wymienił jej imienia. Sądzę, że nie znaczyło to, iż o niej zapomniał – nie umiał stawić czoła temu, że odeszła.

Ojciec ożenił się ponownie rok po śmierci matki. Kiedy przyjechałem do Panamu, z ich związku narodziło się już dwoje dzieci, z których jedno zostało mnichem w klasztorze Gadong.

Moja macocha nie zaraziła się powściągliwością ojca. Była czuła i ciepła, często mnie przytulała i w niczym nie przypominała macochy z bajek. Kiedy umarł ojciec i mój starszy brat został głową domu, postanowili żyć ze sobą. Ona była nadal młoda i mogła dać mu dzieci, a moja rodzina czuła, że nowa pani domu przyniesie ze sobą tylko kłótnie i swary. Dzielenie żony przez kilku braci było na porządku dziennym, by uniknąć rozbicia rodzinnego majątku. Zdarzały się też przypadki takie jak mego brata.

Najlepszą rzeczą, z jaką wiązał się powrót do Panamu, był położony o godzinę marszu od naszego domu klasztor Gadong, w którym mnichami byli dwaj bracia mojego ojca. Czasami zabierano mnie do nich, a kiedy nie miałem nic do roboty, szedłem sam. Babka zauważyła, jak wiele czasu spędzam w klasztorze. Ponownie opowiedziała mi historię mojego przyjścia na świat i poradziła, bym zastanowił się nam przywdzianiem szat mnicha. Podobał mi się ten pomysł. W domu czułem się osamotniony, w klasztorze zaś nie mogłem narzekać na brak towarzystwa i nawet dorośli wydawali się mieć dla mnie więcej czasu.

Rozdział II

Zrywanie więzów ze światem

Babka zaczęła okazywać coraz żywsze zainteresowanie moją przyszłością. Ojciec uważał mnie za dziecko i nie zastanawiał się, co powinienem ze sobą począć. Babka naciskała jednak, mówiąc, że już czas, „by wybrukować drogę przyszłości Ngodupa”.

W tamtych czasach chłopiec z tybetańskiej wioski, nawet zamożny, nie miał przed sobą zbyt wielu możliwości – mógł pracować na rodzinnym polu lub wstąpić do klasztoru. Najstarszy syn dziedziczył gospodarstwo i spoczywające na rodzinie zobowiązania. Mój czternastoletni brat wziął na swoje barki niemal całą odpowiedzialność za prowadzenie naszego gospodarstwa. Przystojny i pewny siebie, przechadzał się po majątku, doglądając interesów, przydzielając pracę zatrudnianym przez nas ludziom i szybko rozpatrując wszystkie skargi dzierżawców. Czasami zabierał mnie ze sobą. Mieszkańcy wsi szanowali go i podziwiali.

Bardzo religijna babka podpowiadała, żebym został mnichem. Chodziła do klasztoru ósmego, piętnastego i trzydziestego dnia każdego miesiąca tybetańskiego kalendarza; taka wizyta zabierała jej cały dzień. Wstawała o świcie i nakładała czyste ubranie. Zabierała ze sobą dużą osełkę masła i puszkę oleju słonecznikowego z Indii, który był dla nas prawdziwym luksusem. Zacząłem jej towarzyszyć w tych wyprawach. Choć miała ponad siedemdziesiąt lat, była silna i mogła o własnych siłach wspiąć się na strome zbocze. Potem wolno wędrowała od ołtarza do ołtarza, dodając oleju lub masła do płonących lampek. Ze złożonymi dłońmi recytowała modlitwy przed każdym posągiem. Na koniec pochylała się i dotykała czołem jego stóp.

W południe robiła przerwę na spotkanie z jednym z synów. Wujowie przygotowywali posiłek, na który składała się campa, prażona mąka jęczmienna, i suche mięso. Potem często ucinała sobie drzemkę, a ja biegłem pobawić się z najmłodszymi nowicjuszami, którym zazdrościłem, że uczą się czytać i pisać. Odpocząwszy, babka składała ostatnie ofiary w głównej świątyni. Wpatrując się w centralny ołtarz, składała przy ustach drobne, pocięte siatką zmarszczek, przypominające ptasie pazurki dłonie i zaczynała powoli recytować modlitwy. Kiedy pytałem, o co się modli, nieodmiennie odpowiadała, że o szczęście, pomyślność i dobre zdrowie wszystkich czujących istot. Zawsze mówiła, że nie ma nic cenniejszego od zdrowia, którego nie da się kupić za żadne pieniądze. Choroba, lubiła powtarzać, spada bez różnicy na biedaków i bogaczy. Wiązało się to, oczywiście, z naszą sytuacją. Choć mieliśmy lekarzy praktykujących tradycyjną medycynę tybetańską – nazywaliśmy ich amczi – w Panam nie mieszkał żaden z nich. Rodzina nie mogła zrobić zbyt wiele dla kogoś, kto zapadł na zdrowiu. Uciekaliśmy się więc do rytuałów religijnych, większość ozdrowień uznając za cudowne.

* * *

Świątynię oddzielały od wioski zielone pola. Na ich skraju zbocze gwałtownie wystrzeliwało ku niebu, szczyt zaś, z zapierającym dech w piersi widokiem na dolinę i wijącym się ku Szigace korytem Njangczu, zajmował budynek klasztoru. Czasem, przy dobrej pogodzie, dostrzegałem z domu bielone, błyszczące w promieniach słońca ściany świątyni.

Klasztor miał ponad dziewięćset lat. Założył go wielki indyjski uczony i święty Khacze-Sakjaśri, który przybył do Tybetu w XI wieku, by nauczać tu doktryny Buddy.

Nazwa klasztoru była przedmiotem wielu dysput. Większość uważała, że słowo „Gadong” pochodzi od góry, u której podnóża przycupnęła nasza wioska. Nazywała się ona Ga, czyli „siodło”. Dong – znaczy „przed”, wedle tej wersji, Gadong byłby więc „przedsionkiem siodlanej góry”. Niektórzy uczeni utrzymywali jednak, że w istocie klasztor nazywał się „Drzewem Szczęścia”. Ich zdaniem, wkrótce po założeniu świątyni nauki buddyjskie zaczęły w Tybecie podupadać, ustępując miejsca pierwotnej religii naszych przodków – bonowi. Z czasem większość klasztorów zapomniała o zasadach dyscypliny buddyjskiej i tylko mnisi z Panamu przestrzegali ich bez żadnych odstępstw. Później rozeszli się po całym kraju, pomagając w odtworzeniu i przywróceniu starożytnych zasad, co właśnie sprawiło, że klasztor ten nazwano „Drzewem Szczęścia”.

Swego czasu żyło w nim około dwustu mnichów. Od niepamiętnych czasów był wśród nich zawsze członek naszej rodziny. Dotyczyło to również synów innych domów, co sprawiało, że klasztor i wieś łączyły silne więzy. To po prostu był nasz klasztor.

Kiedy wezwał mnie ojciec, pobiegłem do małej izby na najwyższym piętrze, w której ojciec spędzał coraz więcej czasu, czytając święte teksty. Na glinianym piecu stał dzbanek herbaty. Obok ojca siedział wuj, mnich. Po chwili dołączyła do nas babka. Ojciec podniósł filiżankę, podmuchał na parujący płyn i przez dłuższą chwilę siedział w milczeniu. Potem spojrzał na mnie i powiedział:

Bu, twój wuj i ja myślimy, że powinieneś wstąpić do klasztoru – przerwał, popatrzył na babkę, jakby chciał, żeby dokończyła za niego, ale w tej samej chwili odpowiedziałem:

– Dobrze.

Zawsze chciałem wstąpić do klasztoru, nie miałem jednak pojęcia, jak zostaje się mnichem. Nie chciałem pytać o to ojca, żeby nie pomyślał, że źle czuję się w domu. Babka znów zaczęła opowiadać o moich narodzinach, jak gdyby żaden z nas nie znał tej historii. Tym razem jednak do czegoś zmierzała: chciała, żebym wstąpił do klasztoru Drag Riłocze, ponieważ ich główny zarządca powiedział, że jeśli kiedyś zapragnę być mnichem, przyjmie mnie z radością. Nadal była przekonana, że jestem Lamą Riłocze i że nie uzyskałem tego tytułu tylko z powodu braku odpowiednich koneksji w Lhasie. Ojciec nie chciał się jednak na to zgodzić, obstając przy Gadongu. Patrząc na wuja powiedział, że nasza rodzina jest od stuleci związana z tą świątynią i że nie powinniśmy zrywać z tradycją. Wuj przytaknął i na tym skończyły się wszelkie dyskusje.

Gdyby zapytano mnie o zdanie, powiedziałbym, że chcę wstąpić do Taszilhunpo w Szigace, jednego z największych klasztorów Tybetu, domu Panczenlamy, ustępującego statusem tylko Dalajlamie. Mieszkańcy naszego regionu darzyli go szczególnym szacunkiem. Byłem w Szigace z ciotką i miejsce to zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Miałem tam też wielu krewnych. Nie znaczy to, że nie podobał mi się Gadong, który był wspaniałym klasztorem i niemal moim drugim domem, nie sprawiał jednak wrażenia skarbnicy wiedzy. Mimo długiej historii i sławy, w 1943 roku był zwykłą wiejską świątynią, zaspokajającą proste duchowe potrzeby prostych ludzi. Tak czy owak, nie miałem tu jednak nic do powiedzenia.

Postanowiono więc, że wstąpię do „naszego” klasztoru, by nie zrywać więzów łączących go z rodziną od stuleci. Ucieszyło to wuja, który był stary i miał niewielu uczniów. Odziedziczył spory szag, czyli kwatery mnichów, przekazywany od pokoleń członkom naszej rodziny. Wuj w Gadongu był poważniejszy od tych z Gjaco Szar. Rozmawiał ze mną o ważnych sprawach rodzinnych, jak gdybym nie był już dzieckiem. Od tej pory miał być moim nauczycielem, a ja jego uczniem.

Babka wzięła na siebie sprawę moich szat: jednej na lato, jednej na zimę i jednej na specjalne okazje. Co kilka dni odwiedzał mnie krawiec, żebym coś przymierzał. Nowe szaty składano starannie w izbie z ołtarzem. Od czasu do czasu dodatkowe przymiarki urządzała mi również babka. Dwa dni przed moją przeprowadzką do klasztoru przyjechała ciotka. Na mój widok zeskoczyła z siodła, podbiegła i chwyciła mnie w ramiona. Robiłem wszystko, żeby się nie rozpłakać. Łudziłem się nadzieją, że przyjechała, by mnie zabrać. Wciąż pamiętałem Łangmo i lata spędzone w Gjaco Szar. Byłem pewny, że ciotka żywi podobne uczucia. Długo tuliła mnie w ramionach, nim weszliśmy do domu.

Ku uldze i radości babki, ciotka przejęła kontrolę nad wszystkimi przygotowaniami. Mój dobytek zapakowano w dwa drewniane kufry pokryte skórą jaka, które przewieziono do szagu wuja. Przybycie ciotki zmieniło mój stosunek do wstępowania do klasztoru. Jej krzątanina w domu ożywiła niezliczone wspomnienia. Ale i w zachowaniu ciotki coś się zmieniło – nawet ona nie widziała już we mnie dziecka.

Nie obawiałem się mnisiego życia. Znałem dobrze klasztor i większość mnichów. Moja rodzina cieszyła się powszechnym szacunkiem i wielu mnichów nazywało mego ojca dzin-dag, patronem. Ojciec zawsze był szczodry wobec klasztoru; z okazji przywdziania przeze mnie szat ofiarował świątyni dużo ziarna i masła.

Doskonale pamiętam ten dzień. Obudziła mnie ciotka, przynosząc herbatę z masłem. Za nią weszła babka z miseczką ryżu ze słodkimi ziemniakami. Potem obie pomogły mi nałożyć wełnianą czubę. W tym czasie macocha podawała wszystkim herbatę. W domu był również wuj, którego ojciec poprosił o nadzorowanie całej ceremonii.

Tak więc, zgodnie z obyczajem, trafiłem do szagu wuja, gdzie pod jego okiem uczyłem się reguł klasztornego życia. Wuj nazywał się Lobsang Łangpo, ale wszyscy zwracali się doń Łangpo-la. Był po pięćdziesiątce, uważał się jednak za bardzo starego człowieka. Z wyglądu i gestów bardzo przypominał ojca i gdyby nie gładko ogolona głowa i mnisie szaty, trudno by ich było od siebie odróżnić. Uważano go za surowego nauczyciela, jednak wobec mnie był zawsze uprzejmy i łagodny. Nigdy na mnie nie krzyczał.

Myślę, że wstąpiłem do klasztoru w 1943 roku – męskim roku wodnego konia. Niektórzy sąsiedzi przyszli wręczyć mi khata, które ojciec i zalewająca się łzami macocha zarzucali mi na szyję. Macocha napełniła mi kieszenie prażonym jęczmieniem, mówiąc, że opuszczanie domu z pustymi rękoma przynosi pecha.

Posadzono mnie na kuca, którego poprowadzono w kierunku klasztoru. Znajomy zgiełk cichł powoli za moimi plecami. Wsłuchany w stukot końskich kopyt, nie obejrzałem się za siebie ani razu. Wuj szedł przodem, od czasu do czasu spoglądając na nas przez ramię.

Kolejni krewni oczekiwali nas przed szagiem Łangpo. Mój przyrodni brat, choć młodszy ode mnie o dwa lata, został mnichem już przed rokiem i mieszkał z drugim wujem. Łangpo-la oprowadził mnie po klasztorze. Pokazał mi szag, z największą uwagą badając każdy kąt i zakamarek. Mieliśmy cztery izby i kuchnię. Stały tu kredensy pełne porcelanowych i drewnianych czarek oraz przedmiotów rytualnych. Z dwóch pokojów roztaczał się widok na dolinę i Njangczu – widać stąd było wyraźnie dom ojca w Panamie, dostrzegłem nawet maleńką postać macochy, kręcącej się po obejściu. Z łatwością mogłem rozpoznać krewnych i sąsiadów po sposobie chodzenia.

Ponieważ wuj miał mnie uczyć i odpowiadać za mnie, musiałem teraz zwracać się doń Gjen-la, nauczycielu. Wieczorem jeden z mnichów ogolił mi głowę, zostawiając tylko kosmyk na czubku. Następnego ranka zostałem formalnie geculem, nowicjuszem. Wuj obudził mnie bardzo wcześnie i pokazał, jak ułożyć wełniane szaty, które były tak ciężkie, że niemal nie mogłem się w nich poruszać. Wyjaśniał mi przy tym znaczenie nowych szat. Fałdy na dolnej sukni nie mogły znajdować się na plecach, gdyż uważano to za znak pychy. Szalem nie należało przykrywać głowy i twarzy, gdyż uznano by to za oznakę arogancji. Noszenie szat było sztuką samo w sobie. Dziś widuję wielu mnichów, którzy nie przestrzegają tych zasad.

Zaprowadzono nas do głównej sali. Idąc ku ołtarzowi o krok za wujem, czułem na sobie wzrok wszystkich mnichów. Na tronie siedział opat, Khunsang Doden, którego nazywaliśmy Khen Rinpocze – Drogocennym Opatem. Miał około czterdziestu lat i zawsze się uśmiechał. Studiował w Sera, jednym z wielkich klasztorów Lhasy, i traktowano go z najwyższym szacunkiem.

Podczas ceremonii co pewien czas sięgał z namaszczeniem po rytualny dzwonek i dordże, które stały przed nim na stoliku. Pamiętam jego niski, melodyjny głos, prowadzący recytację mnichów. Intonując modlitwy, kiwał się rytmicznie, jak łan jęczmienia uginany podmuchem wiatru.

Kiedy zakończyły się recytacje, stanąłem przed tronem Khena Rinpocze, który pochylił się i pogłaskał mnie po policzku. Asystent podał mu nożyczki i małą tackę. Rinpocze sięgnął po kosmyk włosów, który zostawiono na mojej głowie, i odcinając go, zapytał:

Kjod czo-la tro-ham?, „Czy będziesz szczęśliwy w religii?”

Tro la, „radość” – odparłem.

Potem nadano mi nowe imię, które noszę do dzisiaj: Palden Gjaco. Ceremonia oznaczała symboliczne zerwanie wszelkich więzów ze światowym życiem. Choć nie złożyłem jeszcze żadnych ślubowań, powiedziano mi, że powinienem odtąd zachowywać się jak mnich i zajmować wyłącznie religią.

* * *

Ślubowania nowicjatu złożyłem rok później. Cztery podstawowe: nie odbierać życia, nie kraść, nie kłamać i żyć w celibacie, dzielą się dalej na dziesięć wskazań, które rozumiałem teraz lepiej. We wszechświecie żyje tyle istot, że trudno wyobrazić sobie, iż można by uniknąć odbierania życia im wszystkim, na przykład niemal niewidzialnym insektom. Choć przypadkowe rozdeptanie owada jest odebraniem życia, muszą istnieć różne interpretacje „zabójstwa”. Nowicjusz i mnich, który przyjął pełne święcenia, łamie to ślubowanie tylko wtedy, gdy zabija człowieka lub rozmyślnie odbiera życie zwierzęciu. Mnich musi wyrzec się złota, srebra i wszelkich ozdób. Nie wolno mu też pić alkoholu, tańczyć ani oglądać pewnych widowisk – wszystko to uznawano za sprawy światowe, mogące odciągnąć młody umysł od studiów.

Przez pewien czas pozwalano mi po prostu kręcić się po klasztorze i przyglądać jego życiu. Wielu chłopców było jeszcze młodszych ode mnie: do klasztorów przyjmowano u nas nawet siedmiolatków. Mówiło się, że chłopiec może wstąpić do nowicjatu, kiedy potrafi przegonić kruka.

Pierwszy rok przypominał bardziej szkołę – zacząłem się uczyć czytać i pisać. Najpierw musiałem obrysowywać bambusowym rylcem litery wypisane przez nauczyciela na drewnianej desce. Nazywało się to „suchym pisaniem”. Po tygodniu takich ćwiczeń, dorosłem do „pisania mokrego”. Przez kilka miesięcy nadal kopiowałem litery nauczyciela, tym razem jednak na desce pokrytej grubą warstwą sadzy. Dopiero po roku pozwolono mi pisać na papierze – był to jednak rzadki zaszczyt nawet dla starszych mnichów. Papieru, którego produkcja wymagała wiele pracy i środków, nigdy nie marnowano.

Nauka czytania też nie była łatwa. Każda szkoła buddyjska ma własny zestaw tekstów liturgicznych, które co rano recytują z pamięci wszyscy mnisi. Drugi wuj, Czoden-la, uczył mnie pe-cza, czyli tekstów. Codziennie musiałem powtarzać głośno to, tego nauczyłem się poprzedniego dnia. Ilekroć popełniłem błąd, wyciągałem przed siebie lewą dłoń, w którą dostawałem od nauczyciela trzciną. Czoden-la trzymał na filarze całą kolekcję skórzanych batów.

– Jeżeli będziesz się uczył – mawiał – nie opuszczą swego miejsca.

Najczęściej jednak posługiwał się bambusową trzcinką.

– Myśl o niej, kiedy się uczysz – powtarzał.

Życie nowicjusza nie było łatwe. Przyjaźń młodych mnichów oraz troska okazywana mi przez Łangpo-la, mego wuja i nauczyciela w jednej osobie, czyniły je jednak nieco znośniejszym. Dni upływały mi na nauce lub prostych codziennych pracach, takich jak czyszczenie lampek czy noszenie wody.

Nasz dzień zaczynał się wcześnie. Wstawaliśmy o czwartej nad ranem i musieliśmy skończyć własne studia przed wschodem słońca. Tak więc recytowałem i uczyłem się na pamięć przez jakieś trzy godziny każdego ranka. Wuj powtarzał mi, że to najlepsza pora na naukę, gdyż umysł jest wtedy najchłonniejszy. O wschodzie słońca dźwięk konchy wzywał wszystkich mnichów do głównej świątyni. W porannym zgromadzeniu nie musiał uczestniczyć wuj i kilku starszych mnichów, przywilej ten zarezerwowany był jednak tylko dla tych, którzy pełnili w klasztorze ważne funkcje administracyjne.

Młodzi mnisi ustawiali się przy wejściu, podczas gdy starsi, na dźwięk długiej mosiężnej trąby, zajmowali swoje miejsca w sali. Nim usiedli, nowicjusze recytowali modlitwę do Dzie Congkapy, założyciela szkoły Gelugpa, do której należał Gadong. Następnie wszyscy modlili się o długie życie Dalajlamy, o uwolnienie świata od głodu i zarazy, o pokój dla wszystkich istot. Podczas tej ceremonii podawano nam po dwie czarki herbaty. Obowiązek przeniesienia ogromnego mosiężnego kotła z oddalonej o kilkaset metrów kuchni należał do nowicjuszy. Zdarzało się, że kocioł był większy od nieszczęsnego tragarza.

Ja jednak nigdy nie musiałem podawać herbaty. Dzieci, które pochodziły z bogatych rodzin wspierających klasztor pokaźnymi datkami, cieszyły się pewnymi przywilejami. Mimo to musiałem ze wszystkimi zamiatać podłogi, myć okna i polerować setki maślanych lampek. Podczas większych uroczystości zapalano ich tysiące – potem każdą trzeba było oczyścić i wypolerować. Poza tym służyłem wujowi jako chłopiec na posyłki.

Większa część dnia upływała mi jednak na nauce. W klasztorze można było spędzać czas na trzy sposoby: osoby o zacięciu intelektualnym poświęcały się studiom, inni zaś specjalizowali się w rytuale, prowadzeniu rozmaitych ceremonii lub budowaniu niezwykle skomplikowanych mandal z piasku, symbolizujących siedziby różnych bóstw. Mnisi, których nudziły i studia, i rytuały, zajmowali się sprawami administracyjnymi, przede wszystkim odbieraniem długów i podatków od naszych dzierżawców. Jeszcze inni prowadzili handel w imieniu klasztoru.

Pewnego dnia, miałem wówczas dwanaście albo trzynaście lat, kiedy przyszedłem do szagu na posiłek, wuj wezwał mnie do swojej celi. Od razu pomyślałem, że musiałem zrobić coś złego. Wuj kazał mi usiąść i napić się herbaty. Pokazał mi stertę herbaty, masła, campy i tkanin, mówiąc, że to dary z domu ciotki. Potem nagle spuścił głowę i powiedział cichym głosem, że ciotka umarła. Całymi dniami rozmyślałem o dobroci, jaką mi okazywała. Była jedyną osobą, którą naprawdę kochałem. Z nikim innym nie czułem się tak dobrze. Czułem, że zaczynam być dorosłym człowiekiem. Miałem też pierwsze poważne obowiązki – mojej opiece powierzono grupkę nowicjuszy.

Powoli zapominałem o świecie rozciągającym się za ścianami klasztoru, poświęcając całą uwagę studiom. Uczyłem się na pamięć kolejnych tekstów. Miałem motywację do ciężkiej pracy, gdyż zauważyłem, że niewykształconym i leniwym mnichom przydziela się najnudniejsze prace. Uczenie się na pamięć sprawiało mi wiele kłopotów, choć innym zdawało się przychodzić bez trudu. Kiedy uczeń opanował tekst, jego nauczyciel prosił opata o pozwolenie na wyrecytowanie go podczas zgromadzenia wszystkich mnichów. Było to przerażające doświadczenie. Po codziennej liturgii nowicjusz stawał przed zgromadzeniem i deklamował wyuczony tekst. Musiałem robić to wielokrotnie i do dziś dzwoni mi w uszach ta straszna cisza, od czasu do czasu przerywana tylko siorbaniem herbaty. O mnichu, który „zaliczył” w ten sposób wszystkie liturgiczne teksty, mówiło się, że „zdał egzamin”. Jeśli jednak pomylił się, okrywał hańbą nie tylko siebie, ale i swego nauczyciela. Na szczęście, udało mi się jakoś przez to prześlizgnąć.

Ponieważ modlitwy te powtarza się codziennie, większość mnichów pamięta je do końca życia. Ze mną jest jednak inaczej. Po spędzeniu tylu lat w więzieniu nie pamiętam już wielu tekstów, które recytowaliśmy wspólnie w Gadongu.

Mnich, który opanował podstawowe modlitwy, mógł przystąpić do dalszych studiów. Można uczyć się od swojego nauczyciela pe-cza, pojedynczo lub w trzy- czteroosobowych grupkach, albo od jakiegoś słynnego uczonego. Gadong był zwykłym wiejskim klasztorem i nie słynął z wysokiego poziomu studiów. Opat powołał jednak sze-drę, czyli szkołę filozofii. Zapraszał znanego lamę z Lhasy, który każdego roku spędzał w Gadongu kilka tygodni, wprowadzając mnichów w tajniki filozofii buddyjskiej.

Gesze Rigzin pochodził ze słynnego klasztoru Drepung, gdzie uczył nawet naszego opata. Zacząłem brać udział w jego zajęciach. Emanowała zeń prostota i ascetyzm. Czasem mówił tak cicho, że trudno było go zrozumieć. Mówił dialektem z Lhasy, ze śladami obcego akcentu, gdyż urodził się w Kinaur, w indyjskim stanie Himachal Pradesh. Studia w Drepungu zaczął, kiedy miał szesnaście lat. Mówiliśmy na niego Gjen. Przez cztery miesiące codziennie wygłaszał wykłady, wprowadzając nas w coraz bardziej skomplikowane aspekty filozofii buddyjskiej. Powiedział, że ci z nas, którzy naprawdę pragną studiować, powinni udać się do jednego z trzech wielkich klasztorów Lhasy. Porównał przy tym Gadong do studni: była tu woda, jednak za mało, by pływać. Jeśli rzeczywiście chcieliśmy pływać, musieliśmy znaleźć sobie ocean.

* * *

Choć miałem już osiemnaście lat, nadal właściwie nie znałem świata poza naszą doliną. Nie dotarły do nas żadne wiadomości o pustoszącej Chiny wojnie domowej. Nie przypominam też sobie, żebyśmy rozmawiali o jakichkolwiek wydarzeniach zagranicznych. Świat jawił się nam jako bajkowa kraina cudów i magicznych wynalazków. Nawet Lhasa wydawała się odległa – nie mieliśmy najmniejszego pojęcia o polityce Tybetu. Później, w więzieniu, Chińczycy pokazywali nam filmy o wojnie chińsko-japońskiej i II wojnie światowej, ale wcześniej, w Panamie, nie docierały do nas żadne wiadomości. Tu o upływie czasu świadczyły tylko zmieniające się pory roku.

Ten spokój runął w 1950 roku. Dotarły do nas pogłoski, że Chiny chcą zaatakować Tybet i że Dalajlama uciekł z Lhasy do Indii. Pewnego ranka kilku mnichów powiedziało, że czuli drżenie ziemi. Znacznie później dowiedzieliśmy się, że rzeczywiście było trzęsienie ziemi, które spustoszyło Kham i Kongpo. Uznano to za zły znak. Takie wydarzenie, następujące zaraz po ucieczce Dalajlamy, zdawało się potwierdzać nasze najgorsze obawy.

Pamiętam niezliczone ceremonie religijne. Odprawialiśmy rytuały, podczas których wzywano bóstwa opiekuńcze, by strzegły bezpieczeństwa Dalajlamy i Krainy Śniegów. Jednak po kilku miesiącach usłyszeliśmy, że chińskie oddziały sforsowały graniczną rzekę Driczu, którą Chińczycy nazywają Yangtze. Zimą wrócili do wioski mężczyźni, którzy byli w Czamdo, i opowiedzieli nam o bitwie, stoczonej przez maleńką armię tybetańską w Khamie.

Pewnego dnia pod drzwiami wuja stanęło dwóch mężczyzn i wystawiając języki w tradycyjnym geście szacunku, zapytało o szag Kuszo Łangpo-la. Rozpoznałem w nich dzierżawców ojca i natychmiast zaprosiłem do środka. Powiedzieli, że właśnie wrócili z Czamdo.

Pobiegłem po wuja. Wkrótce w szagu zaroiło się od mnichów, którzy chcieli posłuchać opowieści Jugjala i Topgjala, bo tak nazywali się nasi goście. Zaczęli od historii innego dzierżawcy ojca, Żango Dory, nieustraszonego, muskularnego mężczyzny, który nosił amulet chroniący przed kulami. Prowadził on atak na chińskich żołnierzy, ale że nieliczne siły tybetańskie nie mogły się z nimi równać, wkrótce został sam, uzbrojony tylko w długi miecz. Kiedy Jugjal przerywał, sięgając po czarkę herbaty, opowieść natychmiast podejmował Topgjal, kreśląc dłonią w powietrzu cięcia Żango Dory. Słuchaliśmy z zapartym tchem. Zabiwszy wielu Chińczyków, wyczerpany Żango ukrył się pod mostem, by zaczerpnąć tchu. Spływająca z drewnianych bali krew kapnęła na amulet, odbierając mu moc. Po chwili w pobliżu eksplodował pocisk i Żango zginął raniony odłamkiem.

Słuchaliśmy tej opowieści jak baśni, nie mającej nic wspólnego z realnym światem. Nie wybuchła panika; właściwie nie zdawaliśmy sobie sprawy, że nasz kraj najechali Chińczycy i że może być przez nich zajęty. Nie pamiętam nawet żadnego poczucia niepokoju. Kilka dni później przyszła do klasztoru rodzina Żango, żeby złożyć opatowi ofiary. Życie toczyło się tak, jak gdyby nie wydarzyło się nic ważnego.

Kilka miesięcy później powiedziano nam, że Dalajlama wrócił do Lhasy. W lipcu 1951 roku miał wygłosić mowę w Gjance, miasteczku położonym o kilka dni marszu od Panam, ważnym ośrodku handlu z Indiami. W klasztorze zjawił się ojciec, mówiąc, że wszyscy musimy skorzystać z okazji i zobaczyć Dalajlamę. Powiedział, że taka sposobność zdarza się raz w życiu. Żaden z nas nie widział wcześniej człowieka, którego czciliśmy jako wcielenie Buddy Współczucia.

Wyruszyliśmy przed brzaskiem. Wiadomość o przybyciu Dalajlamy rozeszła się lotem błyskawicy i ze wszystkich stron zmierzały ku Gjance setki grup mnichów i wieśniaków. Nie wierzyłem własnym oczom – w życiu nie widziałem tylu ludzi. Zajmowali każdy skrawek ziemi, wznosząc przy swoich obozowiskach prowizoryczne trójkątne paleniska z trzech kamieni. Nocą, wtuleni w siebie, układali się do snu pod gołym niebem. Wyznaczono specjalne pole dla mnichów, gdzie udało nam się znaleźć miejsce na obóz.

W powietrzu unosiły się niezliczone smugi dymu z palenisk. Kobiety nosiły najlepszą biżuterię i wykładane koralem i turkusem ozdoby na głowy w kształcie łuków. Wędrowałem wąskimi ścieżkami, wzdłuż których rozłożono kramy, kuszące przechodniów sprowadzanymi z Indii świecidełkami, kostkami chińskiej prasowanej herbaty, lusterkami, garnkami, przyprawami, tkaninami, butami i zabawkami.

Nagle tłum zafalował i kupcy pospiesznie zaczęli zbierać swoje towary. W oddali pojawił się oddział żołnierzy, na którego czele maszerowała orkiestra, prowadzona przez wojownika odzianego w tygrysią skórę. Za żołnierzami szła, kołysząc rękoma, grupa arystokratów w żółtych brokatowych szatach, za nimi zaś mnisi spowici wonnym dymem kadzideł. Z tyłu, w bogato zdobionym żółtym palankinie niesiono Dalajlamę, który uważnie przyglądał się tłumowi.

Nigdy nie zapomnę widoku jego młodzieńczej, promiennej twarzy. Dla wszystkich Tybetańczyków jest on Kjabgon – Wybawcą, wcieleniem Czenreziga, Buddy Współczucia, najwyższym autorytetem politycznym i duchowym Krainy Śniegów, strażnikiem nauk Buddy i szczęścia wszystkich istot.

Pierwszy raz w życiu widziałem też tętniące życiem i handlem miasto graniczne. Spotykało się tu mieszkańców najodleglejszych zakątków Tybetu. Do tej pory nasza wieś była dla mnie centrum wszechświata, teraz zobaczyłem Tybet jako państwo. Chyba nikt w tym tłumie pielgrzymów, kupców i mnichów nie podejrzewał, że nasz świat czeka kataklizm i że następne tak wielkie zgromadzenia Tybetańczyków odbywać się będą w więzieniach i obozach pracy pod czujnym okiem chińskich strażników.

Doszły do nas pogłoski, że część lhaskiej arystokracji przesyła swój majątek do Kalimpongu w Indiach. Wiedzieli wystarczająco dużo, by podejrzewać, co może nas czekać. W Gjance jednak panował radosny nastrój: ludzie gawędzili ze sobą, robili interesy i modlili się. Przede wszystkim modlili się. Pamiętam radość malującą się na wszystkich twarzach na widok Dalajlamy.

Spędziliśmy w Gjance kilka dni. Kiedy kręciłem się po zaimprowizowanym bazarze, usłyszałem, jak ludzie szepcą: „Gja-mi, Gja-mi” – „Chińczycy, Chińczycy”. Wtedy też po raz pierwszy zobaczyłem mieszkańców Chin. Dosiadali silnych tybetańskich kuców, przybranych kolorowymi girlandami. Nosili proste niebieskie kurtki, które później zaczęto nazywać maoistowskimi. Wydawali się zupełnie nie na miejscu. Tłum rozstąpił się, by przepuścić pięciu chińskich jeźdźców i towarzyszących im tybetańskich urzędników w brokatowych szatach i pysznych nakryciach głowy. Później dowiedziałem się, że był wśród nich Zhang Jingwu, przedstawiciel Chin w Tybecie. Nie wyglądało to jednak jak triumfalny wjazd zwycięzców – nie maszerowała za nim żadna armia, nikt też nie nosił broni.

Kilka lat później, gdy byłem w więzieniu, Chińczycy opublikowali zdjęcia Zhang Jingwu i tłumu w Gjance. Podpis głosił: „Tybetańskie masy witają przedstawiciela rządu centralnego”. Bezwstydne kłamstwo! Zebraliśmy się tam, by choć raz spojrzeć na naszego przywódcę, Dalajlamę. Żaden Tybetańczyk nie przyszedł do Gjance, żeby powitać Zhang Jingwu. Już wkrótce mieliśmy lepiej poznać pomysłowość, jaką chińskie władze wykazywały przy fabrykowaniu przeróżnych „faktów”.

Do Panam wracaliśmy jak dzieci, które przeżyły niezwykłą przygodę. Ojciec powiedział, że był to najlepszy dzień jego życia i że nawet jeśli przyjdzie mu jutro umrzeć, odejdzie szczęśliwy. Tybetańczycy wierzą, że usłyszenie nauk Dalajlamy pomaga nie tylko w tym, ale i w następnym życiu. W Panam urządzono przyjęcie, by uczcić nasze szczęście i formalne objęcie przez Dalajlamę duchowej i politycznej władzy nad Tybetem. Do tej pory Tybetem rządził regent, jednak najazd Chińczyków i stojące przed nami problemy sprawiły, że arystokracja Tybetu zwróciła się do niespełna szesnastoletniego Dalajlamy z prośbą o objęcie władzy.

* * *

Rok później usłyszeliśmy, że po niemal dwudziestu trzech latach nieobecności wraca do klasztoru Taszilhunpo w Szigace drugi hierarcha buddyzmu tybetańskiego, Panczen Rinpocze. Jego poprzednik, IX Panczen Rinpocze, uciekł z Szigace z powodu konfliktu z rządem w Lhasie i zmarł w Chinach. Jego inkarnację odnaleziono w Amdo. Ogłoszono, że Panczen Rinpocze może zatrzymać się na noc w Gadongu. Wszyscy rzucili się do sprzątania i dekorowania klasztoru. Mnisi bielili ściany, równali ścieżki i rozbijali namioty. Miałem iść za dostojnym gościem z ogromnym parasolem. Kiedy nadszedł wielki dzień, orszak Panczena Rinpocze zatrzymał się tylko na chwilę w pobliżu klasztoru, nie odwiedzając nawet Gadongu. Byliśmy rozczarowani, ale mieszkańcy wioski nie posiadali się z radości, mogąc choć spojrzeć na Panczena Rinpocze. Ojciec powiedział, że był to wyjątkowo szczęśliwy rok, gdyż dane nam było zobaczyć na własne oczy dwóch wielkich lamów.

Dla Tybetańczyków Dalajlama i Panczen Rinpocze są jak słońce i księżyc. Wydawało się nam, że teraz, gdy nad Krainą Śniegów rozbłysły i słońce, i księżyc, nie może wydarzyć się nic złego.

Rozdział III

Powstanie

Wyprawa do Gjance zwiększyła tylko moją determinację do kontynuowania studiów i poświęcenia życia praktykowaniu religii. Osiągnąłem wiek, w którym mnich powinien zdecydować, czy chce pozostać przy nowicjacie, czy też przyjąć pełne święcenia. Miałem prawie dwadzieścia lat i wciąż byłem prostym, wiejskim mnichem. Edukacja zależała tu tylko od nas, sami decydowaliśmy, jak ciężko chcemy pracować. Niektórzy mnisi nigdy nie opanowywali sztuki czytania i pisania, poświęcając się praktycznym aspektom funkcjonowania klasztoru. Moi nauczyciele zachęcali mnie do opanowania wszystkich wymaganych tekstów. Nauczyłem się odprawiać różne skomplikowane rytuały i grać na niektórych klasztornych instrumentach. Pracowałem ciężko i zdałem wszystkie egzaminy, ale w Gadongu w tej dziedzinie nie miałem już nic do zrobienia. Mogłem przenieść się do Lhasy, by kontynuować tam studia, albo przyjąć jakąś funkcję administracyjną w Gadongu.

Wuj zapytał mnie, czy myślałem o złożeniu ślubowań gelonga, jak robi to większość mnichów. Nauczyciele zachęcali mnie do tego, mówiąc, że rezygnacja ze ślubowań oznaczać będzie koniec moich studiów, a co za tym idzie – objęcie co najwyżej jakiejś pomocniczej funkcji w klasztorze. Obawiałem się, że nie będę w stanie przestrzegać wszystkich 253 wskazań, jednak w 1952 roku, w towarzystwie dwudziestu innych mnichów, przyjąłem pełne święcenia od naszego opata. Dziś z tej dwudziestki żyję tylko ja. Część zginęła w więzieniu, innych zakatowano w czasach rewolucji kulturalnej.

* * *

Zaczęły docierać do nas informacje o coraz bardziej odczuwanej obecności Chińczyków w całym kraju. Mówiono, że w Lhasie doszło do antychińskich wystąpień. Mieszkańcy wioski zaczęli chować co wartościowsze rzeczy. Moja rodzina postanowiła ukryć biżuterię; nie miałem też wątpliwości, że starsi mnisi zaczęli szukać bezpiecznego miejsca dla bezcennych przedmiotów znajdujących się w naszym klasztorze. Niemal codziennie informowano nas o wkroczeniu chińskich żołnierzy do kolejnej wioski. Chińczycy, którym zależało teraz na rozgłosie, urządzali przedstawienia teatralne i projekcje filmów. Trudno sobie wyobrazić reakcję mieszkańców wiosek na ten cud nowoczesnej techniki.

Pierwszy chiński oddział wkroczył do Gadongu w ósmym miesiącu kalendarza tybetańskiego w 1952 roku. Byłem pochłonięty czytaniem, kiedy do mej celi wpadł mnich, krzycząc, że nadchodzą Chińczycy. Wszyscy mnisi podbiegli do okien, żeby spojrzeć na trzech chińskich urzędników, którzy wjeżdżali właśnie na dziedziniec klasztoru.

Delegacja chciała widzieć się z opatem. Jeden z Chińczyków niósł na tacy kilka zwojów jedwabiu, drugi – kostki najlepszej chińskiej herbaty. Towarzyszył im tybetański tłumacz, który zamienił tradycyjną szatę na maoistowski mundur. Sądząc z akcentu, pochodził ze wschodniej części kraju, z Khamu. Nie byłem przy spotkaniu, ale widziałem, jak wychodzili. Opat i mnisi nosili na szatach małe znaczki z lewym profilem Mao, co sprawiało wyraźną radość Chińczykom.

Nasz czangdzo, skarbnik, płaszczył się, starając się przypodobać Chińczykom.

– Dziękujemy za wspaniały dar, Ponpo-la – powtarzał, gnąc się w ukłonach.

Byłem wstrząśnięty, słysząc to słowo, które oznacza „wodza” lub „przywódcę”. Większość Tybetańczyków nie była w stanie odróżnić wyższego urzędnika od zwykłego żołnierza, więc na wszelki wypadek tytułowali wszystkich Chińczyków ponpo-la. Było to jedno z tych słów, które zaczęły atakować nasz język niczym wirus. Służalczość podczas spotkań z Chińczykami najlepiej świadczyła o tym, że ludzie naprawdę zaczęli się bać. Do dziś moi rodacy zwracają się do chińskich urzędników ponpo-la.

Kiedy tylko Chińczycy zniknęli nam z oczu, opat i inni mnisi odpięli znaczki. Gje-ko, mistrz dyscypliny, spojrzał na tę błyskotkę z obrzydzeniem i wyrzucił za mur klasztoru. Później, w więzieniu, bałem się, że ktoś mógł o tym donieść. Chińczycy eufemistycznie nazywali takie czyny „nieokazywaniem zadowolenia” lub, wprost, „buntem przeciwko socjalizmowi”.

Chińczycy zaczęli stawiać nam żądania, których opat nie mógł odrzucić. Ta sama delegacja poprosiła wkrótce o pożyczenie ziarna. Zapewniali, że gdy tylko zakończy się budowa drogi, ziarna będzie tyle, że spłacą pożyczkę z nawiązką. Opat musiał się zgodzić.

Wkrótce potem Chińczycy założyli w Panamie biuro i zaczęli zwoływać zebrania. Pewnego letniego dnia przez wioskę przeszła grupa Chińczyków, waląc w bębny i czynele. Tancerze nieśli czerwone sztandary, które dumnie powiewały na wietrze. Chodzili od domu do domu, ogłaszając, że wieczorem odbędzie się przedstawienie. Podeszli też pod bramy klasztoru z zaproszeniem dla mnichów. Nie umiałem zgadnąć, czy to kobiety, czy mężczyźni, bo wszyscy nosili takie same uniformy i takie same czapki.

Wieczorem na spektakl zeszła się niemal cała wieś. Ciekawość nie pozwoliła mi zostać w celi, choć mnisi nie powinni uczestniczyć w takich wydarzeniach. Na miejscu okazało się, że był tam już cały klasztor. Chińczycy wyznaczyli nawet specjalne miejsce dla mnichów.

Obserwowaliśmy aktorów, którzy malowali się w namiocie przed występem. Już to było dla nas niezwykłym spektaklem. Tłumacz kazał nam wreszcie wyjść, mówiąc, że jeśli będziemy się tak gapić, artystki nie będą mogły się przebrać. Potem zadudniły bębny i na scenę wbiegli tancerze, ubrani w mundury Armii Ludowo-Wyzwoleńczej i uzbrojeni w drewniane karabiny. Ich skoki były z początku imponujące, ale po jakimś czasie zaczęły nas nudzić. Choć nie mogliśmy ogarnąć fabuły, miałem się wkrótce przekonać, że zawsze chodziło o to samo: żołnierze AL-W pomagają biednym wieśniakom w żniwach lub wyrywają dziewicę ze szponów okrutnego obszarnika. Potem przyszło nam oglądać takie spektakle dziesiątki razy.

Oddziały wojska wyświetlały też w wioskach filmy, które zawsze ściągały tłumy. Ludzie szeroko otwierali usta na widok tych czarów ze światła. Co bardziej dociekliwi szukali nawet aktorów ukrytych za białym ekranem, rozciągniętym między dwoma palikami. Większość filmów dotyczyła potyczek między AL-W i Guomindangiem lub Japończykami, które nieuchronnie kończyły się zwycięstwem komunistów. Pamiętam chłopa, który pytał mnie, dlaczego Japończycy nigdy nie wygrywają.

A Chińczycy przynieśli nam przesłanie. Filmy i tańce miały świadczyć o potędze komunistów. Ważne było też przesłanie społeczne. Chińscy urzędnicy odwiedzali najuboższe rodziny, okazując ogromne zainteresowanie ich losem. Udzielali nie oprocentowanych pożyczek. Nie zaniedbywali przecież i tych, którym się wiodło. W 1952 roku zaczęli zakładać biura w rejonie Panamu, powierzając funkcje w najróżniejszych komitetach wpływowym Tybetańczykom.

Byli przy tym szczodrzy. Tybetańczykom, którzy dla nich pracowali, płacili monetami z czystego srebra, nazywanymi da-juan. Nawet nasz klasztor dostał ich całe mnóstwo. Przetapialiśmy je na lampki i miseczki, w których ofiarowuje się bóstwom wodę.

Spektakle teatralne przekształciły się wkrótce w polityczne wiece. Chiński oficer stawał na skrzynce i wygłaszał do zebranych długie przemówienie o tym, że wraz z oddziałem został wysłany przez przewodniczącego Mao, by nieść pomoc Tybetańczykom i udzieliwszy jej, wrócić do domu. Nigdy nie wspominali o komunizmie. Tematem był zawsze rozwój Tybetu i podniesienie stopy życiowej.

Nie można już było nie zauważać Chińczyków. Przez Panam, położony między trzema największymi miastami Tybetu, przetaczały się codziennie nowe oddziały chińskiego wojska. Maszerowali miesiącami, dostając niewielkie racje żywnościowe. Większość żołnierzy miała osiemnaście, dziewiętnaście lat, ale wyglądali staro. Mieli pocięte wiatrem twarze i spękane wargi.

Widziałem kobiety, podające żołnierzom duże grudy masła. Nie wiedzieli, co z nim począć. Jedna z nich zrobiła więc gest, jakby nacierała masłem dłonie i twarz. Młody żołnierz uśmiechnął się i naśladując staruszkę, posmarował masłem twarz i spękane wargi. Kobiety wybuchnęły śmiechem.

* * *

Codzienne życie klasztoru właściwie się nie zmieniło. Chińczycy starali się nie mieszać do naszych studiów. W tym czasie nauczyłem się budować skomplikowane mandale z piasku, wyobrażające konceptualny świat różnych bóstw. Mandale sypie się z barwionych drobniutkich ziaren piasku; wymaga to cierpliwości i zręcznych palców. Tej zimy odwiedził Gadong Gjen Rigzin Tenpa, jeden z najlepiej wykształconych lamów lhaskiego klasztoru Drepung, i poradził opatowi wysłać do stolicy kilku starszych mnichów, by uzyskali tam tytuł gesze, najwyższy stopień naukowy, jaki może zdobyć mnich.

Opat skorzystał z rady Gjena. Studiowanie w jednym z „Trzech Wielkich” – Drepungu, Sera lub Gandenie – dawało ogromny prestiż. Były to trzy największe uniwersytety klasztorne Tybetu, położone o kilka mil od Lhasy. Studiowało w nich tylko kilku mnichów z Gadongu. Po powrocie ze stolicy zajmowali najważniejsze miejsca w sali zgromadzeń.

Myślę, że każdy, kto wstępuje do klasztoru, marzy o tym, by pewnego dnia znaleźć się w jednym z „Trzech Wielkich”. Nie byłem wyjątkiem. Kiedy jednak opat przedstawił listę wytypowanych na studia mnichów, mego imienia na niej nie było. Pamiętam gorzki smak rozczarowania. Nawet mnisi nie są wolni od dumy. Znacznie później dowiedziałem się, że zawdzięczałem to wujowi, który sądził, że w Gadongu czeka mnie lepsza przyszłość – choćby stanowisko skarbnika lub mistrza rytuału. Pełnienie owych funkcji stanowiło zaszczyt, ale ja byłem młody i gorliwy! Jakże marzyłem o wstąpieniu do jednego ze słynnych klasztorów w Lhasie! Doszedłem do wniosku, że pozostaje mi tylko ucieczka.

Kiedy kilka dni później wybrani mnisi byli już gotowi do drogi, poszedłem się z nimi pożegnać. Wręczyłem każdemu khata, przysięgając sobie w duchu, że ruszę z nimi. Parę godzin po ich odejściu zarzuciłem na ramię cały dobytek mieszczący się w jednym węzełku i pobiegłem za nimi. Wyszedłem tylnym wyjściem, żeby nie rzucać się w oczy, i ruszyłem ku położonym w górach pastwiskom. Musiałem biec, by nadrobić dzielący nas dystans. Po jakimś czasie obejrzałem się i odetchnąłem z ulgą, widząc, że nikt mnie nie ściga.

Kiedy dogoniłem moich trzech towarzyszy, natychmiast zrozumieli, co się stało. Przez kilka godzin namawiali mnie do powrotu, ale ja powtarzałem tylko, że podjąłem już decyzję. Potrafię być bardzo uparty.

Myślałem wyłącznie o Drepungu. Co pewien czas któryś z towarzyszy przypominał mi, że opuściłem klasztor bez pozwolenia opata.

– Daj spokój, Paldenie. Nie sądzisz, że czas już wracać do Gadongu? – ale ja kręciłem tylko głową i szedłem dalej.

Wiedziałem, że powrót oznacza wyłącznie kłopoty. Dotarcie do Drepungu dawało mi szansę na przekonanie nauczyciela i nowego opata o szczerości i słuszności mych intencji. Do tego czasu pozostawał mi los uciekiniera.

* * *

Na dojście do Drepungu potrzebowaliśmy trzynastu dni. Otaczający go nimb sprawił, że końcowe kilometry pokonaliśmy niemal biegiem. Pamiętam widok, jaki ukazał się naszym oczom, gdy wspięliśmy się ostatnie górskie zbocze. Białe plamki budynków, migocących w oddali w promieniach słońca, przypominały ziarnka ryżu. Drepung znaczy „góra ryżu” – i tak właśnie wyglądał nasz nowy dom, w którym mieliśmy spędzić dziesięć lat. Od pozłacanych dachów bił blask tak jasny, że musiałem zmrużyć oczy. Białe budynki wyrastały z szarych skał tonących w kobiercu zieleni. Przed klasztorem rozpościerał się park; tu, w chłodnym cieniu wierzb, mnisi spędzali czas na czytaniu świętych tekstów i medytacji.

Klasztor, niczym miasto, zajmował połowę zbocza góry, za którą wznosiły się trzy majestatyczne szczyty. Patrząc nań z oddali, nie zdawaliśmy sobie sprawy z jego ogromu, plątaniny wąski uliczek i niezliczonych kaplic, skrytych za białymi murami.

Usiedliśmy na naszych tobołkach i, wpatrując się w klasztor, każdy złożył dłonie nad głową i powoli opuścił ku sercu. Potem złożyliśmy trzy pokłony: przed Buddą, jego Naukami i Społecznością mnichów.

– Dotarliśmy – wyszeptał jeden z moich towarzyszy.

Zebraliśmy nasz dobytek i powoli ruszyli w stronę klasztoru.

* * *

Znalezienie innych mnichów z Gadongu nie nastręczało żadnych trudności, gdyż w Drepungu mnisi podzieleni byli wedle regionów, z których pochodzili. Były tu cztery wielkie dracangi, czyli kolegia, dzielące się dalej na liczne domy mieszkalne, khamceny. Mnisi z Gadongu wstępowali z reguły do kolegium Loseling, które miało trzydzieści dwa khamceny. My mieliśmy należeć do khamcenu Cangpa, przeznaczonego dla wszystkich mnichów z regionu Cang. Kiedy w 1995 roku odwiedziłem uniwersytet w Oxfordzie, tłumy studentów i różne wydziały natychmiast obudziły we mnie wspomnienie Drepungu i jego podziału administracyjnego.

Wzniesiony w 1416 roku Drepung był chyba wówczas największą instytucją religijną na świecie. W latach pięćdziesiątych mieszkało tam i studiowało ponad dziesięć tysięcy mnichów z całego buddyjskiego świata. Byli tu Kałmucy znad brzegów sowieckiej Wołgi, mieszkańcy Ladakhu i graniczącego z Birmą Gjalthangu, mnisi z Chin, a nawet z Japonii.

Pierwsze dni spędziliśmy w mrocznych, pustych izbach starszego mnicha z Gadongu. Bałem się, czy znajdę nauczyciela i dracang, który zechce przyjąć mnie jako ucznia. Moi towarzysze dostali listy polecające z klasztoru, przyjęcie nie stanowiło więc dla nich żadnego problemu, ale ja, jako uciekinier, nie miałem nic.

* * *

Przyłączyłem się do grupy mnichów, którzy wybrali się do oddalonej o cztery mile Lhasy, będącej dla wszystkich Tybetańczyków centrum ich duchowego świata. Każdy chce choć raz w życiu odbyć do niej pielgrzymkę. Wkrótce żwirowa ścieżka doprowadziła mnie do miejsca, skąd mogłem dojrzeć lśniące dachy górującego nad doliną pałacu Potala. Cóż za kolory! Złoty dach wieńczący czerwone ściany rezydencji Dalajlamy, która wyrastała z bielonych fundamentów. To był dom opiekuńczego bóstwa Tybetu.

Kiedy zbliżaliśmy się do miasta, zobaczyłem słonia. Nigdy niczego takiego nie widziałem. Z oddali wyglądał jak poruszający się szary głaz, wzbijający tumany kurzu. Ludzie zdjęli z głów czapki, wysuwając na znak szacunku języki.

Salam! – krzyknął mahout, gdy zwierzę zbliżyło się do nas, i słoń powitał nas, podnosząc w górę trąbę.

Wszyscy rzucali chleb i pieniądze. Słoń podnosił je z ziemi trąbą, a pieniądze podawał mahoutowi.

Przez kilka dni kupowałem zapasy i zwiedzałem różne święte miejsca. Stanąłem w długiej kolejce do Cuklakhangu, w którym znajduje się najbardziej czczony wizerunek w Tybecie. Posąg Dżoło miał cudownie łagodne, złote oblicze; ozdabiały go niezliczone drogocenne kamienie – głównie korale, turkusy i jadeity. Przed posągiem stali dwaj mnisi, którzy odbierali ofiary i kierowali falą pielgrzymów. Migotliwe płomienie maślanych lampek skrzyły się w klejnotach.

W sali było tak gorąco i duszno od setek ofiarnych lampek, że zemdlałem. Zostałem wyniesiony na dziedziniec, gdzie otrzeźwiły mnie podmuchy lodowatego lhaskiego wiatru. Jeden z towarzyszy wziął mnie pod ramię i zaprowadził na otaczający Cuklakhang Barkor.

Lhasa tętniła życiem. Na straganach Barkoru toczyły się zawzięte targi. Kupcy z Nepalu przekrzykiwali się z handlarzami z Kaszmiru. Zauważyłem meczet i, zdumiony, dowiedziałem się, że w Tybecie mieszkają muzułmanie. Nazywano ich kacze, najpewniej od Kaszmiru, z którego pochodzili ich przodkowie. I tu byli Chińczycy. Za grupką żołnierzy biegła gromadka przedrzeźniających ich dzieci. Jakimś cudem zdołały już dotrzeć do stolicy pierwsze dżipy i ciężarówki ze wschodniego Tybetu. Za miastem Chińczycy pracowicie budowali drogi.

* * *

W Drepungu czekało mnie jeszcze dopełnienie pewnych formalności. Choć, jak już wspominałem, mnisi z Gadongu wstępowali z reguły do khamcenu Cangpa, nie zostałem do niego przyjęty. Na szczęście pod tym względem reguły nie były zbyt surowe, jeśli znalazło się „mistrza poręczyciela”. Stary mnich z Gadongu imieniem Szenrab Tonmi zabrał mnie do swego nauczyciela, Gjena Jongzina, który był też mistrzem młodego inkarnowanego lamy, Tiraba Tulku. Szenrab udzielił mi rekomendacji. Pokłoniłem się i ofiarowałem khata. Gjen Jongzin przyglądał mi się uważnie, jak gdyby oglądał towar. Po chwili powiedział, że może polecić mnie w swoim khamcenie, Kongpo. Przyjęto mnie tam bez żadnych kłopotów i po wpisaniu mego imienia do rejestru stałem się pełnoprawnym członkiem klasztoru.

Teraz musiałem znaleźć sobie celę. I ten problem rozwiązał Szenrab, zgodził się bowiem dzielić ze mną swój dom, w którym mieszkało już kilku mnichów. W mojej maleńkiej celi był tylko gliniany piec oraz kupka nawozu i drewna na opał, dwa wąskie materace i dwa drewniane stoliczki. Maleńkie okno wyglądało na bieloną ścianę.

Skoro zostałem już członkiem kolegium i miałem gdzie mieszkać, mogłem chodzić na wszystkie wykłady w Drepungu. Najpierw pobiegłem słuchać Gjena Pema Gjalcena, najsłynniejszego lamy klasztoru. W jego szagu zaprowadzono nas do ogromnej izby, gdzie mistrz siedział już na ciężkim krześle. Wskazał nam miejsca na materacach usłanych przepięknymi tybetańskimi dywanami. Pamiętam, że zachęcał nas do poważnego traktowania studiów. Mówił, że przybyliśmy tu z daleka, „za przewodnika mając jeno twardą ziemię i obłoki”.

Codzienne życie nie różniło się bardzo od tego, do którego przywykłem w Gadongu. Wstawałem około piątej rano. O świcie młody mnich recytował Czo-khad, a następnie dźwięk konchy wzywał nas na poranną herbatę. Każdy mnich przynosił własną campę, do której podawano cztery czarki herbaty. Ostatnia była kremowa i bardziej słona. Legenda głosiła, że przed wiekami robiono tu herbatę z mlekiem śnieżnej lwicy – mitycznego zwierzęcia, zamieszkującego góry Tybetu.

Poranki należały do nas. Modliłem się o długie życie Dalajlamy i innych wielkich nauczycieli. Kończyłem modlitwą, którą dedykowałem wszystkie dobre czyny, jakich udało mi się dokonać, szczęściu i pożytkowi wszystkich czujących istot. Następnie studiowałem filozoficzne teksty, które wykładano poprzedniego dnia.

W południe zbieraliśmy się na czoe-ra, ustronnym dziedzińcu ukrytym w cieniu wierzb. Każdy dracang miał własne czoe-ra. Mnisi słuchali tu wykładów opata lub innych wielkich lamów. Następnie dzielili się na grupy, by dyskutować na wybrany temat, dotyczący nauk, które właśnie otrzymali, lub jakiegoś traktatu filozoficznego. Z nowicjuszy takich jak ja utworzono grupę, żebyśmy mogli nauczyć się sztuki debatowania.

Wkrótce żyliśmy już rytmem klasztoru, choć nie mogliśmy przecież nie odczuć zaostrzającej się sytuacji w Lhasie. Docierały do nas informacje o kolejnych demonstracjach i antychińskich plakatach, które pokrywały ściany domów. Klasztor nachodzili chińscy urzędnicy, domagający się spotkań z opatem i innymi wysokimi lamami. Później niektórzy z nich musieli uczestniczyć również w politycznych zebraniach w Lhasie.

Zimą 1953 roku do klasztoru przybyła duża grupa mnichów z Khamu i Amdo, przywożąc wieści z tych regionów. W ten sposób dowiedzieliśmy się o konfiskowaniu majątków należących do lamów i klasztorów.

Starałem się skupić na studiach, ale wieści zza murów odciskały coraz silniejsze piętno na naszym życiu. Na początku 1954 roku usłyszeliśmy, że Dalajlama i Panczenlama mają udać się z wizytą do Chin. Wielu napawało to najwyższym niepokojem: skąd mieliśmy wiedzieć, czy Chińczycy nie zatrzymają ich w Pekinie? Mnisi, którym udało się uciec z Khamu i Amdo, opowiadali, że komuniści często zapraszali lamów i lokalnych przywódców tylko po to, żeby ich aresztować. Przyjaciel pożyczył mi postrzępioną książeczkę z testamentem XIII Dalajlamy, który zmarł w 1933 roku. Wstrząsnęła mną jedna z przepowiedni, w której Dalajlama ostrzegał przed pojawieniem się „czerwonej ideologii”, zmierzającej do zniszczenia politycznego i religijnego systemu w Tybecie, tak jak stało się to w Mongolii. (Nieco później sędziwy mnich z Mongolii opowiedział mi o spustoszeniu klasztorów i uwięzieniu wszystkich mnichów w jego kraju.) XIII Dalajlama przepowiadał, że Chiny również zarażą się „czerwoną ideologią” i pewnego dnia zniszczą religię Tybetu.

I tak Dalajlama w towarzystwie innych wielkich lamów pojechał do Chin. Dzień w dzień docierały do nas coraz bardziej przerażające informacje. Drepung zalewała fala uchodźców ze wschodniego Tybetu. W Lhasie aresztowano przywódców antychińskich wystąpień. Opaci i najważniejsi lamowie musieli uczestniczyć w zebraniach i, jak nazywali to Chińczycy, „sesjach edukacyjnych”.

* * *

Dostałem z Panamu list z wiadomością o ciężkiej chorobie ojca, udałem się więc w długą drogę do domu. Powitała mnie macocha. Nie wyglądała na zaniepokojoną. Kiedy zapytałem, jak czuje się Pa-la, bez słowa podała mi herbatę. Zacząłem przygotowywać się na najgorsze, jednak w tej samej chwili do izby wszedł ojciec. Nie wyglądał na chorego i przestałem cokolwiek z tego rozumieć. Wkrótce okazało się, że ojciec i wuj uciekli się do podstępu, by skłonić mnie do powrotu. Wuj był już stary i wymagał opieki. Zrobili wszystko, co ich w mocy, żeby przekonać mnie do pozostania w Gadongu. Nie mogłem im odmówić. Czułem się do tego zobowiązany więzami rodzinnymi i religijnymi. Po prostu nie miałem wyboru.

Rozstanie z Drepungiem było dla mnie jednak ogromnie gorzkie – moje studia zapowiadały się doskonale, miałem szczęście uczyć się od największych lamów naszej epoki. Mogłem oczywiście kontynuować naukę w Gadongu, tyle że nie miał mną kto pokierować. Spędzałem dni na doglądaniu klasztoru i odwiedzaniu domów, w których proszono o odprawienie rytuałów religijnych.

Pamiętam powódź z czerwca 1954 roku. Był piękny letni dzień. Do sali zgromadzeń wbiegł młody mnich i zamienił kilka słów z siedzącym jak zwykle przy drzwiach mistrzem dyscypliny. Ten wstał nagle i przerwał ceremonię, mówiąc, że rzeka wystąpiła z koryta i zalewa wioskę. Wybiegliśmy na zewnątrz. Panam był już pod wodą. Mój dom zalało do połowy wysokości.

Wylało jezioro położone o jakieś pięćdziesiąt mil na zachód, w pobliżu Gjance. Nim fala doszła do Panam, większość ludzi wiedziała już, co się dzieje, i uciekała na wyżej położone tereny. Jednak w górnej części doliny woda porwała setki osób. Później widzieliśmy ich ciała, które rzeka wyrzucała na brzeg. Gliniane domy nasiąkały i zaczynały się rozpadać. Wieczorem woda powoli cofnęła się, a my rzuciliśmy się ratować resztki naszego dobytku.

Tego roku nie było żniw. Całe plony zostały zniszczone i nasz byt zależał od zapasów. Powódź zmusiła wielu ubogich rolników do przyjęcia pracy przy budowie chińskich dróg. Liczne rodziny, które odbudowywały domy, wprowadzały się do klasztoru. Mój szag zmienił się w dom rodzinny. Kobiety nie mogły jednak spać w klasztorze i wieczorem przenosiły się do innego budynku.

Kiedy siedziałem w więzieniu, Chińczycy chełpili się, że pomagali w czasie powodzi. Z pewnością jednak nie w Panam. Byli już wszędzie, tyle że pochłaniało ich zakładanie biur i konsolidowanie swojej władzy. Niczym pająk tkali sieć nad naszym krajem, a my nie mogliśmy nic zrobić.

* * *

W 1955 roku Chińczycy powołali Komitet Przygotowawczy Tybetańskiego Regionu Autonomicznego. Do wioski przyjechali urzędnicy, żeby nas o tym powiadomić. Mój brat został sekretarzem Komitetu Lokalnego. Był dobrym zarządcą i cieszył się w Panamie powszechnym szacunkiem. Chińczycy płacili mu pensję w wysokości 80 da-juanów miesięcznie. Ojciec powiedział, że są jak rybak – zarzucają przynętę na Tybetańczyków, by któregoś dnia szarpnąć hak. Uważał, że trzeba z nimi walczyć i przepędzić ich z naszego kraju. Twierdził, że gdy skończą budować drogę, będzie już na to za późno.

W klasztorze pojawiła się grupa chińskich urzędników, którzy wręczali wszystkim mnichom białe emaliowane kubki z napisem „Uroczystość utworzenia KPTRA” po tybetańsku i chińsku. Stały się one dla nas symbolem chińskich rządów. Mawialiśmy, że nigdy nie zamienimy tybetańskiej drewnianej czarki na blaszany chiński kubek. Okazały się zresztą bezużyteczne. Tak dobrze przewodziły ciepło, że nie dało się z nich pić bez poparzenia sobie warg.

Chińczycy poświęcali coraz więcej uwagi propagandzie. Wyświetlali filmy mające nastawić biedotę przeciwko tym, którzy coś mieli. Ciągle pokazywali nam Białowłosą, historię pięknej dziewczyny, którą niewolił okrutny obszarnik. Uciekła w góry, gdzie oczywiście uratowali ją komuniści. Chińczycy byli sprytni. Nie mówili wprost, że trzeba dokonać reformy rolnej. Nie zaniedbywali też podłych, podobno, obszarników. Ilekroć utworzyli jakiś komitet, powierzali go komuś bogatemu.

W klasztorze staraliśmy się żyć tak jak dawniej. Coraz częściej odwiedzał nas Gjen Rigzin Tenpa. Opat rozbudował swoje wykłady z filozofii i przez całą zimę prowadził zajęcia poświęcone debatom. Mnisi w Gadongu znów zaczęli otrzymywać prawdziwe wykształcenie. Gjen był sławnym nauczycielem i ciągle zapraszano go do innych klasztorów, w Gadongu znalazł jednak coś na kształt domu.

Jesienią 1955 roku mój wuj i nauczyciel w jednej osobie, Gjen Łangpo-la, zapadł na zdrowiu. Pewnego ranka powiedział mi, że nie może poruszać palcami stóp. Potem paraliż objął całe nogi i korpus, przykuwając wuja do łóżka. Czułem się zobowiązany do opiekowania się nim.

– Wszystko, co się narodziło, musi kiedyś umrzeć – powiedział któregoś dnia i poprosił mnie, żebym przykrył go żółtą ceremonialną szatą.

Kazał położyć przed sobą Lamrim Czenmo, jeden z najważniejszych tekstów buddyjskich, i zaczął recytować go z pamięci. Zasłuchany, usiadłem na podłodze. Głos wuja zaczął słabnąć i po chwili ucichł. Kiedy podniosłem wzrok i spojrzałem na jego złożone do modlitwy dłonie, wiedziałem, że nie żyje.

* * *

Dowiedzieliśmy się, że w przyszłym roku Dalajlama i Panczen Rinpocze mają jechać do Indii na obchody dwa tysiące pięćsetnej rocznicy urodzin Buddy. Wszystko wskazywało na to, że Dalajlama odwiedzi Gadong w drodze do Indii lub wracając do Tybetu, nie mogłem więc jeszcze ruszyć do Drepungu.

Do wizyty doszło wcześniej, niż mogliśmy się tego spodziewać. W lutym 1957 roku, kilka dni po Nowym Roku tybetańskiego kalendarza, w naszym klasztorze stanął orszak Dalajlamy. Nigdy nie było u nas tylu ludzi. Młodzi przynosili na plecach sędziwych rodziców i dziadków, by ci mogli choć spojrzeć na Dalajlamę. Musieliśmy oddać nasz szag dostojnym gościom. Na dziedzińcu zebrało się ponad tysiąc osób. Stałem przy tronie Dalajlamy. Pamiętam, że gdy Jego Świątobliwość zapytał mnie, czy byłem w Lhasie, nie mogłem wykrztusić słowa i drżąc, wpatrywałem się w ziemię. Jakiś urzędnik trącił mnie wreszcie łokciem i udało mi się szepnąć: „tak”. Jego Świątobliwość zapytał wtedy o imię mego nauczyciela.

– Gjen Pema Gjalcen – odparłem.

– Musisz wrócić i kontynuować studia – powiedział Dalajlama.

* * *

Tydzień później byłem więc już w drodze do Lhasy. Tym razem moja rodzina nie próbowała się sprzeciwiać – nikt nie ośmieliłby się kwestionować polecenia Dalajlamy.

W 1956 roku Chińczycy skończyli prace przy budowie drogi z Szigace do Lhasy, mogłem więc pojechać wojskową ciężarówką. Podróż trwała dwa dni; piechotą szedłbym czternaście. Ciężarówka zapakowana była skrzyniami; pasażerowie tłoczyli się na pace jak fasole w puszce. Zeskakując na ziemię, wieczorem, byłem potwornie obolały i kręciło mi się w głowie. Następnego dnia, pokryci grubą warstwą kurzu, dotarliśmy do Lhasy.

Nadal byłem na liście khamcenu Kongpo, ale gdybym chciał do niego wrócić, musiałbym, jako jeden ze starszych mnichów, objąć funkcję mang-dża, co wiązało się z ofiarowaniem herbaty wszystkim mnichom, i wziąć na siebie liczne obowiązki. Bałem się, że nie zostanie mi wiele czasu na naukę, postanowiłem więc wstąpić do innego khamcenu, gdzie, jako nowy, nie miałbym żadnych zobowiązań. Wybrałem khamcen Ca, duże kolegium dla mnichów z Khamu. Mnisi z centralnego Tybetu nie mogli sprawować tu żadnych oficjalnych funkcji, co doskonale mi odpowiadało.

Trudno było jednak całkowicie poświęcić się studiowaniu. To właśnie khamcen Ca pierwszy dowiedział się o zniszczeniu klasztorów w Lithangu i Derge. Nowi uchodźcy niemal codziennie przywozili wieści o zamykaniu kolejnych świątyń i wysyłaniu mnichów do pracy na polach.

Z dnia na dzień sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. W 1958 roku walczono już nie tylko w Khamie, ale i w środkowej części kraju. Do Lhasy przybywało tysiące Khampów. Poranne debaty przerywały informacje z miasta. Mówiono właściwie tylko o walkach Khampów z Chińczykami.

Mieszkańcy środkowego Tybetu uważali Khampów za ludzi nieokrzesanych i gwałtownych, podziwiali jednak ich odwagę i siłę. W klasztorze widziało się ich teraz na każdym kroku. Byli wysocy, barczyści i pewni siebie. Mężczyźni nie rozstawali się z bronią, a kobiety miały czerwone policzki i obwieszały się kilogramami biżuterii. Na wschodzie Khampowie szykowali się do wojny partyzanckiej. Przyjeżdżali konno do Drepungu, z karabinami na plecach, po błogosławieństwo wielkich lamów, którzy dawali im amulety ochronne.

Miał to być pomyślny rok, gdyż Dalajlama przystępował do ostatnich egzaminów. Po obchodach Nowego Roku zaczynało się Święto Modlitwy, Monlam Czenmo. W poprzednich latach zawsze towarzyszyły mu antychińskie wystąpienia, teraz jednak mistrz dyscypliny naszego khamcenu kazał nam zachowywać się godnie i wracać do klasztoru natychmiast po zakończeniu uroczystości. Na Monlam Czenmo zjeżdżali mnisi z całego Tybetu, żeby zobaczyć ceremonię przyznawania najwyższego tytułu akademickiego – Gesze Lamrim. Ze wszystkich Dalajlamów uzyskali go tylko Trzynasty i Czternasty.

Monlam rozpoczęło się pod koniec lutego, trzeciego dnia pierwszego miesiąca kalendarza tybetańskiego. Zanurzyłem się w tłumie, modląc się z mnichami i świeckimi. W powietrzu czuło się napięcie. Chińczycy starali się nie rzucać w oczy. Mówiło się głównie o wspaniałych egzaminach Dalajlamy, ale nie na tym miało się skończyć.

10 marca kazano mi iść do Lhasy, żeby załatwić coś dla klasztoru. Było nas dziesięciu i wyszliśmy o świcie. Na wysokości Norbulingki, letniej rezydencji dalajlamów, zobaczyliśmy pędzącego na rowerze mężczyznę, z którego ust buchały kłęby pary. Nosił szaty urzędnika niskiego szczebla. Ostro hamując, krzyknął, że kazano mu wezwać wszystkich mnichów do Norbulingki. Powiedział, że mieszkańcy Lhasy otoczyli pałac, by chronić Dalajlamę. Najwyraźniej Chińczycy „zaprosili” go do nowych koszar, a on „przyjął” zaproszenie. Jego głos drżał, gdy mówił, że czerwoni chcą uprowadzić Jego Świątobliwość do Chin.

Popędziliśmy do pałacu, przed którego bramą rzeczywiście zabrał się tłum ludzi. Później miało się okazać, że był to początek powstania. Nikt nie panował na tłumem. Wszyscy krzyczeli. Przez ciżbę przebijał się dżip. Do pałacu próbował wjechać Sampho, jeden z ministrów; towarzyszyła ma straż przyboczna. Ktoś cisnął kamień, który odbił się od parcianego dachu samochodu, ale następny trafił Sampho w głowę i trzeba było zawieźć go do szpitala. Wściekłość tłumu zwróciła się przeciw innemu tybetańskiemu urzędnikowi imieniem Czamdo Kheczung. Popychano go i okładano pięściami, wykrzykując jego imię. Starszy mnich starał się powstrzymać ludzi, nikt jednak nie zwracał nań uwagi.

Tłum zmieniał się w dziką tłuszczę. Czamdo Kheczung zniknął, jak gdyby połknął go jakiś potwór. Pobiegliśmy w stronę Lhasy. Zobaczyłem ślepca, którego prowadzono ku demonstrantom, i pamiętam, że przez chwilę rozmyślałem o tym, że nawet ślepcy chcą bronić naszego duchowego przywódcy przed Chińczykami.

W Lhasie też już odbywały się demonstracje. Tłum skandował: „Chińczycy precz z Tybetu! Chińczycy precz z Tybetu!”. Tłuszcza spod Norbulingki maszerowała na Lhasę, wlokąc zwłoki Czamdo Kheczunga.

Wracaliśmy w milczeniu do klasztoru, wciąż nie wierząc własnym oczom. Drepung sprawiał wrażenie opuszczonego – nikogo na dziedzińcu, nikogo na czoe-ra, tylko z kaplicy Gniewnych Bóstw docierały dźwięki powolnych, jednostajnych uderzeń bębna. W moim szagu zastałem jednak kilku mnichów. Nikt z nas nie mógł zasnąć. Poszliśmy na dach wpatrywać się w Lhasę.

Następnego ranka mistrz dyscypliny powiedział nam, że szuka ochotników. Natychmiast się zgłosiłem. Mnichów podzielono na setki i kazano im wystawić straże. Moja grupa miała obserwować tyły klasztoru. Niektórym z nas wydano angielskie karabiny. Chińczycy wysłali żołnierzy, którzy mieli zdobyć klasztor. Przyglądaliśmy się, jak rozbijają obóz u podnóża góry.

O świcie opat kolegium Loseling wysłał mnie z grupą mnichów do Norbulingki. Powiedział nam tylko, że mamy iść pod północną bramę. Na ścieżce przed pałacem, co trzy, cztery metry stał uzbrojony tybetański strażnik. Na dziedzińcu mnisi zakładali świeckie szaty i brali karabiny.

Czekaliśmy kilka godzin. Potem wezwano pięciu z nas i polecono iść do Szol Parkhang, jednej z najstarszych drukarni Tybetu. Na schodach spotkaliśmy otyłego mężczyznę po czterdziestce, który zaczął nam prawić o konieczności bronienia nauk buddyjskich przed zakusami niewiernych Chińczyków. Ale ja chciałem tylko wiedzieć, po co nas tu przysłano. Grubas pokazał nam plik plakatów i kilka wiader kleju. Przeczytałem je dopiero, nalepiając je na ulicach Lhasy. Wzywały Chińczyków do opuszczenia Tybetu i mówiły o niepodległości.

Miasto pogrążało się w chaosie. Plądrowano sklepy. Kiedy wracaliśmy do Drepungu, usłyszeliśmy nową eksplozję okrzyków: „Chińczycy precz z Tybetu! Niech żyje Dalajlama!”. Później dowiedziałem się, że była to demonstracja lhaskich kobiet, na której czele stanęła Kundeling Kunsang-la. Za kilka lat miałem być świadkiem jej egzekucji w więzieniu.

Tym razem Drepung wypełniał tłum mnichów w świeckich szatach, których łatwo było rozpoznać po ogolonych głowach. Niektórzy nosili miecze. W nocy obudziły mnie wystrzały karabinowe i eksplozje pocisków moździerzy. Pobiegliśmy na dach popatrzeć na Lhasę. Rozrywające się w powietrzu granaty i pociski wyglądały jak sztuczne ognie.

O świcie wiatr przyniósł zapach prochu. Nie ustawał ogień karabinów i moździerzy. Kazano nam wrócić do cel i nie robić niczego, co mogłoby sprowokować chińskich żołnierzy, którzy obserwowali klasztor z obozu. Nie mieliśmy pojęcia, co dzieje się w mieście. Nikt nie wiedział, czy wygrywamy my, czy Chińczycy.

Wieczorem przyszedł do klasztoru samotny mężczyzna. Powiedział, że ludzie zdobyli chińskie koszary, dając nam zrozumienia, że powinniśmy zostać u siebie. Nie mieliśmy wątpliwości, że jest chińskim szpiegiem. W więzieniu dowiedziałem się, że podobne informacje dotarły również do innych klasztorów.

Zdawaliśmy sobie sprawę, że chiński atak na klasztor jest tylko kwestią czasu. Widzieliśmy, że do położonego o milę obozu sprowadzono posiłki. Konwój ciężarówek wydawał się nie mieć końca. Mnisi zaczęli uciekać na wyrastającą za klasztorem górę. Nie wiedziałem, co robić. Próbowałem przespać się w szagu, ale nie mogłem zmrużyć oka z powodu ciągłej kanonady. O świcie strzelanina ustąpiła miejsca złowrogiej ciszy, przerywanej od czasu do czasu głuchymi eksplozjami w Lhasie. Wszyscy napotkani mnisi uciekali lub przygotowywali się do ucieczki. Większość zniknęła w nocy. W klasztorze zostało tylko dwóch mnichów z Gadongu.

Nasza trójka pobiegła do szagu Gjena Rigzina Tenpy. Nadal uważałem go za mego mistrza. Wszyscy mnisi Gadongu darzyli Gjena szczególnym szacunkiem. Zwykle spędzał zimy właśnie u nas, ale w tym roku zaproszono go do udziału w egzaminach Dalajlamy. Miał siedemdziesiąt dwa lata i był bardzo słaby.

– Wciąż tu jesteście? – zapytał nas z uśmiechem.

Powiedzieliśmy mu, że większość mnichów uciekła już z klasztoru. Pokiwał głową, mówiąc:

– Nadchodzą złe czasy.

Poprosiliśmy, żeby poszedł z nami do Gadongu. Odparł, że jest na to za stary i że będzie tylko ciężarem, udało się nam jednak przekonać go w końcu do przeniesienia się do pustelni, która znajdowała się na zboczu za Drepungiem. Zabrałem z szagu trochę campy, a Gjen poprosił mnie o spakowanie jego kilku ksiąg. Nie miałem ze sobą nic więcej, gdy ruszaliśmy w drogę. Za nami, w Lhasie, wciąż wybuchały pociski, a wokół panicznie uciekali mnisi i świeccy.

Drepung był już całkowicie odcięty od Lhasy. Chińskie posterunki strzegły wszystkich dróg i ścieżek. Mieszkańcy okolicznych wiosek spędzili do zabudowań Drepungu swoje stada. Na prowadzącej w górę ścieżce tłoczyli się mnisi, wieśniacy i pokrzykujące na bydło dzieci. Gjen nie mógł oddychać, a jego serce biło tak, jakby chciało się wyrwać z klatki piersiowej. Co kilka minut musieliśmy stawać i odpoczywać. Na przełęcz dotarliśmy już po zmroku i spędziliśmy noc w jaskini.

Następnego ranka obudził nas głośny wybuch. Chińczycy ostrzeliwali klasztor. Staliśmy, patrząc na eksplozje siejące spustoszenie wśród zabudowań Drepungu. Spojrzałem na Gjena. Płakał. Po każdym strzale nad khamcenem, dziedzińcem lub świątynią wyrastała smuga dymu. Nie mogliśmy dłużej zwlekać. Ponieważ Gjen nie był już w stanie iść, nieśliśmy go na zmianę na plecach.

Po kilku dniach dotarliśmy do klasztoru Czimcza Ling, w którym mnisi Drepungu odbywali odosobnienia medytacyjne. Opat, były uczeń Gjen Rigzina Tenpy, przywitał nas bardzo serdecznie. Dowiedzieliśmy się, że Chińczycy zajęli Drepung i aresztowali wszystkich mnichów, których udało się im złapać. Trzymano ich w głównej sali z rękoma związanymi na plecach. Wiedziałem, że musimy iść do Gadongu. Tym razem czekało nas też szukanie drogi w górach.

W Tybecie marzec jest bardzo zimny, a wędrówka przez góry nie należy do najłatwiejszych. Na przełęczach leżał świeży, sypki śnieg, a o świcie panował przejmujący mróz. W dzień paliło słońce, odbierając naszym osłabionym ciałom resztki energii i sił. Na dotarcie do Panamu, gdzie górskie szczyty były mi tak bliskie i znajome jak twarz starego przyjaciela, potrzebowaliśmy dwudziestu dni. Gjen wyraźnie się odprężył, a moi towarzysze znów zrobili się rozmowni. Nadal jednak nie wiedzieliśmy, co nas czeka. Czy ten klasztor również zajęli Chińczycy? Przystanęliśmy na skraju wioski. Wszystko wyglądało po staremu. Zmierzchało i mieszkańcy byli już w domach.

Powoli powędrowaliśmy ścieżką prowadzącą do klasztoru. Na środku dziedzińca mnich bawił się z psem. Osłupiał na nasz widok. A potem ze wszystkich stron zaczęli zbiegać się inni. Nie mogli uwierzyć, że ten kruchy, wychudzony staruszek to Gjen Rigzin Tenpa. Jeszcze przed miesiącem na jego powitanie dęto by w trąby i ustawiano się w kolejce po błogosławieństwo. Teraz zostało nam spontaniczne, nieformalne przywitanie. Niemniej opat, świadom powagi ceremonii, zszedł po kamiennych schodach, złożył przed Gjenem pokłon i ofiarował mu khata z białego jedwabiu.

W klasztorze nie wiedziano niemal nic o wypadkach w Lhasie. Powtarzano tylko zasłyszane plotki. Z sąsiedniej wioski przegnano mężczyznę, który powiedział, że Lhasa upadła, a Dalajlama uciekł. Tybetańczycy wierzą, że takie pogłoski przynoszą nieszczęście. Teraz jednak musieliśmy opowiedzieć mnichom o wszystkim, co widzieliśmy. Potem całe zgromadzenie modliło się o bezpieczeństwo Dalajlamy. Opat złożył nam gratulacje, a starsi mnisi założyli na nasze szyje białe khata.

Rozdział IV

Aresztowanie

W Gadongu czuliśmy się bezpiecznie. Życie mieszkańców Panamu toczyło się tak, jakby nic się nie wydarzyło. Wszyscy myśleli, że jeśli nie będą podnosić głów i zajmować wyłącznie ziemią, to niezależnie od wstrząsów zachodzących w Lhasie wieś będzie trwać tak, jak trwała przez całe wieki.

Z dachu klasztoru widziałem otaczającą wieś dolinę. Przyglądałem się starcom, którzy wygrzewali się w słońcu, pielącym pola kobietom i mężczyznom kopiącym kanały irygacyjne. Niemal taki sam obraz ukazał się moim oczom w dniu, w którym wstąpiłem do klasztoru. Nic nie zapowiadało tego, co szykował nam los.

Gjen szybko odzyskał siły i zaczął nauczać. Pobliski klasztor poprosił go również o wykłady i w maju udałem się z nim do Ingonu, niewielkiej świątyni zagubionej na odludziu, rozciągającym się na północ od Gadongu. Tutejsi mnisi zdawali się w ogóle nie przejmować wydarzeniami w Lhasie. Gjen wykładał tu przez miesiąc, a ja wróciłem do Gadongu, żeby zobaczyć się z krewnymi i poświęcić medytacji. Byłem przekonany, że już wkrótce wrócę z Gjenem do Lhasy.

W czerwcu 1959 roku do wioski przyjechali chińscy urzędnicy z tłumaczem. Ogłosili, że wszyscy muszą wymienić tybetańskie pieniądze na chińskie banknoty. Założyli prowizoryczne biuro, w którym spoczęły dwa metalowe kufry pełne chińskich pieniędzy. Wieśniacy ustawili się w kolejce po pachnące jeszcze farbą banknoty.

Dowiedzieliśmy się, że Chińczycy zajęli klasztor Gjance i aresztowali wszystkich mnichów. W Gadongu nadal jednak czułem się bezpiecznie. Nasz klasztor nie uczestniczył w powstaniu, a moje przygody nie były warte nawet wzmianki. O co mogliby nas oskarżyć Chińczycy? W lipcu wróciłem do Ingonu po Gjena Rigzina Tenpę, w Gadongu zaś powitano go z wielką pompą. Pamiętam, że uśmiechnąłem się myśl, że przed paroma zaledwie miesiącami wchodziliśmy tu jak żebracy.

Pewnego ranka, kiedy recytowałem tekst w mojej celi, ze świątyni Gniewnych Bóstw doszły mnie dźwięki powolnych uderzeń w bęben. Przerwałem modlitwę i w tej samej chwili zapukano do moich drzwi. Jeden z nowicjuszy poinformował mnie, że wszyscy mnisi mają zebrać się na dziedzińcu. Był bardzo zdenerwowany Na dole mnisi wpatrywali się w chińskich żołnierzy rozstawionych wzdłuż muru klasztoru i trzymających w rękach karabiny z bagnetami. Kilku mnichów wynosiło już stół na dziedziniec. Jeden ze starszych mnichów kazał postawić na stole kwiaty, wysłano więc któregoś z nowicjuszy po wazon. Chińczycy nie odzywali się, obserwując tylko uważnie nasze przygotowania. Zgodnie ze zwyczajem, zaproponowaliśmy im herbatę. Odmówili.

Usiedliśmy na pokrytym pyłem dziedzińcu. Zająłem miejsce obok Gjena. Naprzeciw zasiedli Chińczycy za niskimi tybetańskimi stolikami. Nie rozpoznaliśmy żadnego z nich. Nie było wśród nich nikogo z ekipy, która stacjonowała wcześniej w dystrykcie Panam i zdążyła dość dobrze poznać nasz klasztor. Żołnierze zajęli posterunki na dachach, murze, przy bramie. Promienie słońca wymalowały na białej klasztornej ścianie ich długie cienie. Spiczaste kreski bagnetów sprawiały upiorne wrażenie.

Potem wstał jeden z urzędników, najwyraźniej ich przełożony, i powiedział, że „reakcyjni bandyci” podnieśli rękę na jedność macierzy i uprowadzili Dalajlamę. Mówił szybko, potrząsając pięścią. Powiedział, że klasztor Gadong musi „się określić i opowiedzieć”. Zaraz potem stanął obok niego Samling, Tybetańczyk z naszego regionu, i oświadczył, że Gadong miał związki z „reakcją” i „zdradził jedność macierzy”. Posługując się lhaskim dialektem, powiedział, że mnisi muszą „oczyścić umysły” i nauczyć się rozpoznawać prawdziwych wrogów ludu. Krzyczał na nas jak ojciec na niesforne dziecko. Chodził w tę i z powrotem, wyliczając te absurdalne oskarżenia.

Z początku nie rozumiałem, o czym mówi. Często przerywał, jak gdyby czekał na jakąś odpowiedź. Potem wyjął z kieszeni mały notes, pokazał go Chińczykom i zaczął wyczytywać imiona mnichów, którzy pełnili w klasztorze jakieś funkcje: Tenpy Czoephela, czangdzo, czyli skarbnika, Czoedraka – jego zastępcy; Trinlaja – mistrza rytuału; mistrza dyscypliny. Wyczytani mieli wystąpić. Potem podeszli do nich żołnierze i wycelowali lufy karabinów w ich twarze. Inni skuwali im ręce na plecach kajdankami.

Wszystko to wydarzyło się bardzo szybko. W Tybecie mamy powiedzenie: „Jakby serce chciało wyskoczyć ustami”; i tak właśnie się czułem. Sparaliżował nas strach. Spojrzałem na Gjena, miał łzy w oczach. Ale zakuci w kajdany mnisi nie zdradzali żadnych oznak strachu. Na ich twarzach malowało się tylko zdumienie, jak gdyby chcieli zapytać: „Dlaczego nam to robicie?”. To były twarze niewinnych ludzi.

Teraz znowu wstał Chińczyk, a Samling tłumaczył jego słowa. Wskazując mnichów palcem, oskarżył ich o spiskowanie z bandytami. Stali ze spuszczonymi głowami, a on ciskał się przed nimi, wykrzykując najróżniejsze obelgi.

– Są wśród was jeszcze tacy, którzy muszą przyznać się do swoich zbrodni i poddać się woli ludu – warknął na koniec, dodając, że jesteśmy wilkami przebranymi w skóry baranków, ale on wkrótce rozprawi się z nami. To tylko kwestia czasu.

Zakutych w kajdany mnichów pognano do klasztoru i zamknięto w jednej z izb, nam zaś kazano wziąć udział w „sesji edukacyjnej”. Do klasztoru przyjechała nowa grupa urzędników strzeżonych przez młodych żołnierzy. Urzędnicy nosili niebieskie maoistowskie mundurki. Każdy, jak order, nosił pióro w kieszeni na prawej piersi. Niektórzy – niejedno. Wyglądały jak insygnia: im więcej piór, tym ważniejszy oficjel. Komuniści powtarzali, że – na znak równości – wszyscy powinni nosić takie same ubrania, ale mieli inne sposoby na podkreślenie swego statusu. Uniformy tych ważniejszych miały na przykład więcej kieszeni. Byliśmy przekonani, że poświęcali znacznie więcej uwagi swoim pozycjom i wzajemnemu podgryzaniu niż urzędnicy tybetańscy.

„Sesje edukacyjne” prowadził Zhu xi, przewodniczący lokalnego Komitetu. Jego ciemna cera i spękana skóra zdradzały, że przebywał w Tybecie już od dłuższego czasu. To była pieczęć himalajskich wichrów. Lekcje Zhu xi dotyczyły głównie rozpoznawania „trzech klas wyzyskiwaczy”.

– Lud Tybetu – mówił – uginał się pod brzemieniem trzech gór. Dziś je strzaskaliśmy. Otwieramy nowy rozdział historii Tybetu. Wyzyskiwane masy obaliły swego prześladowcę, pana, który od stuleci pasł się ich tłuszczem. Teraz niebo i ziemia zamieniły się miejscami!

Znów wpadliśmy w osłupienie. Byliśmy prostymi wiejskimi mnichami i gubiliśmy się w tym żargonie. Wyzyskiwane masy? Trzy góry? O czym on mówił? Nie musieliśmy długo czekać na odpowiedź.

– Słuchajcie uważnie – ciągnął. – Brzemię, które uginało plecy mas jak trzy góry, to stary, feudalny rząd Tybetu, arystokracja i klasztory. Te trzy klasy od wieków ciemiężyły i wyzyskiwały tybetańskie masy.

Nadal jednak nie mieliśmy pojęcia, co to jest „wyzysk”.

– Rozpoznajecie wyzyskiwaczy?! – wykrzyknął urzędnik.

Pokręciliśmy przecząco głowami. Przerwał więc na chwilę, szukając dobrego porównania.

– Wyzysk mas jest jak stolarz obrabiający strugiem pień, by nadać mu kształt. Masy to drewno, stolarz to wyzyskiwacz.

Nadal nic nie rozumieliśmy. Urzędnik stracił cierpliwość. Naszą niewiedzę uznał za upór. Na koniec kazał nam porzucić „cztery myśli” i powiedział, że mamy „zielone mózgi”. Później mieliśmy się dowiedzieć, że to nowe, chińskie określenie jest obelgą.

Następnego dnia wszystko się powtórzyło. Szlachetne słowo „edukacja” zaczynało nabierać dla nas nowego znaczenia, które nadali mu Chińczycy. „Sesja edukacyjna” była czymś w rodzaju grupowej kwarantanny połączonej z obrzucaniem wyzwiskami i zastraszaniem. Żołnierze nie odstępowali nas nawet na chwilę. Przez cały miesiąc nie wolno nam było wychodzić poza mury klasztoru i codziennie zmuszano nas do udziału w „sesjach”. Z okna widziałem, że mieszkańców wioski też spędzano, jak bydło, na podobne „spotkania”, które odbywały się na polu.

Koniec lipca i początek sierpnia był zawsze okresem gorączkowej krzątaniny i przygotowań do zbliżających się żniw. Teraz jednak nikt nie interesował się jęczmieniem. Pola leżały odłogiem, gdyż Chińczycy ogłosili, że są ważniejsze sprawy niż zbiory. Bałem się o rodzinę. Widziałem, że w „sesjach” muszą uczestniczyć także starcy i dzieci.

Druga „lekcja” dotyczyła różnicy między „uciskiem” a „wyzyskiem”. Samling tłumaczył słowa Chińczyka, który mówił o wyzysku „trzech wielkich gór”. Wyjął notatki i czytał je podniesionym głosem.

– Masy żyją w ucisku jak wół w jarzmie. Jarzmo kontroluje wołu. Wół nie może od niego uciec. Tybetańskie masy żyły w jarzmie feudalizmu. Ale teraz, dzięki pomocy partii komunistycznej, zdołały je zrzucić.

Chińczykom zdawało się bardzo zależeć na tym, żebyśmy pojęli subtelną różnicę między uciskiem a wyzyskiem. Czy mnisi wyzyskiwali, czy byli wyzyskiwani? Trudno nam było usatysfakcjonować chińskich inkwizytorów. Byli świetnie przygotowani i mieli w zanadrzu setki argumentów. Zdążyli się wiele nauczyć podczas niezliczonych sesji edukacyjnych w całych Chinach.

W południe podzielono nas na dziesięcioosobowe grupy i kazano omawiać poranną lekcję. Wziąłem Gjena za rękę i zaprowadziłem na nowe „zajęcia”. Nikt z nas nie wiedział, jak zacząć dyskusję. Siedzieliśmy więc bez słowa, patrząc tylko na siebie. Wkrótce dołączył do nas chiński oficer z młodym tłumaczem. My siedzieliśmy na ziemi, Chińczycy na małych drewnianych stołkach. Oficer najpierw objaśnił nam ułomności starego, feudalnego systemu. Potem przeszedł do opisu klas i walki klasowej.

Powiedział, że były cztery klasy: posiadaczy oraz bogatych, średnich i biednych chłopów. Zapytał każdego, do jakiej klasy należy. Odpowiedziałem, że jestem mnichem. On jednak nie przyjął tej odpowiedzi, mówiąc, że podział klasowy widoczny jest również w klasztorze. Dodał, że najwyraźniej nie pojmujemy marksistowskiej teorii klas i walki klasowej. Później i nas podzielono na bogatych, średnich i biednych mnichów. Z uwagi na sytuację mojej rodziny zaliczono mnie do tych pierwszych. To zaś oznaczało, że nie ma dla mnie przyszłości w nowym, proletariackim społeczeństwie. Klasę każdego człowieka wypisywano na dokumencie tożsamości. Już wkrótce miała decydować o wszystkim – również o dostępie do szkół czy zatrudnieniu.

Grupowe dyskusje robiły się coraz niebezpieczniejsze. Każdy odpowiadał na pytania chińskich oficerów. Musiał powiedzieć, czy był uciskany lub wyzyskiwany, a co najważniejsze, czy sam uciskał lub wyzyskiwał. Przez kilka dni próbowaliśmy udzielać wymijających odpowiedzi, lecz w końcu przyszło nam przyznać, że nadal nie rozumiemy, o co w tym wszystkim chodzi.

Pewnego dnia na nasze spotkanie przyszedł młody oficer.

– Mnisi nie są uciskani – powiedział. – Jakże by inaczej? Musicie tylko podnieść się rano na dźwięk trąby, wziąć pustą miskę i czekać, aż was obsłużą – szczególny nacisk kładł na słowo „pustą”. – Ale skąd bierze się wasza herbata?! – wykrzyknął i urwał, jakby czekał na naszą odpowiedź.

Zdążyliśmy się już jednak nauczyć, że najlepiej jest milczeć. Oficer więc sam odpowiedział na swoje pytanie:

– Wszystko, co znajduje się w klasztorze, jest owocem wyzysku tybetańskich mas!

Jak już wspominałem, sesje i dyskusje odbywały się codziennie. Nasze milczenie zaczynało coraz bardziej irytować Chińczyków. Myśleli, że świadczy ono wyłącznie o naszym uporze. Oczekiwali, że zaczniemy się nawzajem oskarżać, pojmując w lot istotę walki klasowej. Obrali więc nową strategię. Mnisi, którzy pochodzili z ubogich rodzin, zostali wezwani na wiec. Jako członkowie klasy „biednej”, mieli się utożsamić z tybetańskimi masami. Ale oni odpowiedzieli, że klasztor był dobry dla wszystkich. Wtedy Chińczyk uśmiechnął się złośliwie i oświadczył, że mieszkańcy wsi zdemaskowali właśnie klasztor, uznając go za głównego wyzyskiwacza i prześladowcę mas. Nie mogliśmy wiedzieć, czy to prawda, gdyż nie pozwalano nam na żadne kontakty z krewnymi. Później mieszkańcy wsi powiedzieli nam, że mniej więcej w tym samym czasie poinformowano ich, że przyznaliśmy się do oszukiwania okolicznych mieszkańców.

Nie uzyskawszy oskarżeń i zeznań, Chińczycy zaczęli wymierzać nam kary. Ich pierwszą ofiarą był starszy mnich, który, tak jak ja, pochodził z zamożnej rodziny. Chińczycy wynieśli jego dobytek na dziedziniec. Następnie kazali sobie przynieść wszystko ze skromnego szagu. Obaj mnisi stali w milczeniu obok sterty swych dóbr doczesnych. Oficer zaczął wykrzykiwać litanię oskarżeń, wskazując palcem na rozrzucone rzeczy. Tłumacz przekładał pytania. Oficer podniósł grubą, wełnianą, wierzchnią szatę ze sterty staruszka.

– Z czego to jest? – zapytał.

– Z wełny – odparł mnich.

Prostota odpowiedzi wstrząsnęła Chińczykiem, który doszedł chyba do wniosku, że tłumacz musiał się w czymś pomylić. Ten więc zapytał jeszcze raz:

– Skąd się to wzięło?

– Z owcy – wykrztusił z płaczem mnich.

Wszystkim nam wydawało się, że udzielił właściwych odpowiedzi, byliśmy jednak w błędzie. Zapomniał o pracy i pocie chłopów pańszczyźnianych. Zgodnie z materializmem dialektycznym i teorią walki klas, powinien był powiedzieć, że szal powstał z pracy wyzyskiwanych.

Podobne zagadki stały się naszym chlebem powszednim. Kiedyś, pamiętam, zapytano nas:

– Kto was wykarmił?

– Matki – odpowiedzieliśmy, bo jakżeby inaczej.

Była to jednak zła odpowiedź. Prawidłowa brzmiała: „trud proletariatu”. Chińczycy przypisywali naszą tępotę „zielonym mózgom”, ale my po prostu nie byliśmy w stanie przyswoić nowych terminów i pojęć, którymi bombardowano nas podczas sesji edukacyjnych. Znacznie, znacznie później nauczyłem się odpowiadać na pytania w duchu dialektycznego materializmu i teorii klasowej.

Po miesiącu odseparowania od wioski Chińczycy uznali, że czas już na spotkanie z chłopami. Pewnego sierpniowego poranka usłyszałem głosy skandujące: Nga-dag sum ca-med zo! („Zniszczyć trzech wyzyskiwaczy”) i Log czod-pa ca-med tong! („Zniszczyć reakcję”). Z okna zobaczyłem wieśniaków maszerujących do klasztoru w czteroosobowych grupkach z ogromnymi transparentami, na których wymalowano hasła po tybetańsku i chińsku. Pochód otwierało dwoje dzieci z czerwoną flagą. Kiedy doszli już do wąskiej ścieżki prowadzącej do bramy klasztoru, rozbiegli się na wszystkie strony, krzycząc, wzbijając stopami kłęby kurzu i wymachując nad głowami zaciśniętymi pięściami. Tybetańczycy zawsze podchodzą do świątyń w pokorze, z opuszczonymi na znak szacunku głowami. Widziałem, że wielu ludzie czuje się bardzo źle, musząc uczestniczyć w tym spektaklu.

Chińczycy zmienili klasztor w salę wystawową. Mieszkańcy wsi musieli przemaszerować przez Gadong, by obejrzeć dobytek naszego skarbnika, czangdzo Tenpy Czoephela. Na widok publiczny wyłożono wszystko, co znajdowało się w jego szagu: bele najlepszej wełny, srebrne lampy ozdobione klejnotami, bele cudownego chińskiego brokatu i jedwabiu, misternie zdobione rytualne instrumenty i drewniane czarki wykładane srebrem. Obok ułożono rzeczy ubogiego mnicha: wyszczerbiony garnek, prostą drewnianą miskę, połatany koc i parę lichych, znoszonych butów.

– Patrzcie tylko! – wykrzykiwał młody Tybetańczyk, który pełnił funkcję przewodnika po tej galerii. – Wyzyskiwacze pławią się w luksusach. Noszą jedwabie. Piją ze srebrnych kubków, zrobionych z potu i łez klasy pracującej. – Teraz przechodził do drugiej części ekspozycji, mówiąc: – A oto jak żyją biedacy. Biedny mnich ma tylko dziurawy koc do osłony przed zimowym chłodem.

Chłopi, obecnie eksperci od walki klasowej, udawali zdumienie tym, co zobaczyli. Kiedy należało, potrząsali głowami, chórem wzdychali i cmokali z niedowierzaniem. W tym czasie my czekaliśmy na swoją kolejkę w przedsionku. Przewodnik opowiedział nam z oburzeniem o panującej w klasztorze nierówności.

Czangdzo-la nie mógł się bronić. Został już uwięziony. Widzieliśmy, jak Chińczycy gonią go do pracy przy wznoszonym nieopodal prowizorycznym obozie. Dźwigał na plecach wiadra zawieszone na dwóch końcach bambusowego drążka. Ta metoda noszenia była kolejną chińską innowacją. Przez całe popołudnie wędrował do rzeki i z powrotem ze swoimi blaszanymi cebrami i bambusowym drążkiem. Zaopatrywał w wodę chińskich żołnierzy.

Nazywaliśmy ten okres Gja-mi dong-pa ngos-su toen, „czasem, gdy Chińczycy pokazali swoje prawdziwe oblicze”. Otuchy dodawała nam tylko nadzieja, że wraz z rychłym powrotem Dalajlamy wszystko będzie tak jak dawniej. Słońce, powtarzaliśmy sobie, wyjrzy wkrótce zza chmur.

Lato 1959 roku upłynęło nam na zebraniach i wiecach, poświęconych demaskowaniu, wyznawaniu win, krytykowaniu reakcji, stawianiu czoła imperializmowi, a nawet „gorzkim wspomnieniom”. Podczas tych ostatnich musieliśmy siedzieć i słuchać opowieści byłych „niewolników” o cierpieniach zadanych im przez okrutnych „panów”.

W Panamie Chińczycy zaczęli rozdzielać ziemię. Skonfiskowali cały majątek mojej rodziny. Zakwalifikowano nas jako „bogatych posiadaczy”, nie mieliśmy więc żadnych szans. Jako synowi obszarnika, etykietę wyzyskiwacza przylepiono również mnie.

Obudzenie ducha rewolucyjnego entuzjazmu w ubogich chłopach nastręczało jednak poważne trudności. Pamiętam młodzieńca imieniem Kunczok, który mieszkał w zrujnowanej chatce i żył z najmowania się do rozmaitych prac w okolicznych wioskach. Często na przykład nosił ziarno do młyna. Kiedy Chińczycy dali mu ziemię, wpadł w rozpacz, bo nie lubił takiej pracy. Pamiętam, że ułożył piosenkę, która brzmiała mniej więcej tak: „Partia Komunistyczna jest szczodra, ale ja nie potrzebuję ziemi! Proszę, dajcie mi iść tam, gdzie chcę”.

Zebrania skończyły się w listopadzie. Myślę, że po prostu zrobiło się za zimno dla chińskich urzędników. Pewnego dnia ustawiono nas w szeregu i dano nam po kartce papieru. Tekst był w języku chińskim, więc nikt go nie rozumiał. Kazano nam nosić je zawsze przy sobie i pokazywać wszystkim urzędnikom, którzy się u nas pojawią. Po kilku miesiącach dokument ten przetłumaczył dla mnie młody Tybetańczyk z Gjance: „Imię: Palden Gjaco. Wiek: 27 lat. Klasa: syn bogatego posiadacza. Przeszłość polityczna: jeszcze nie zbadana”.

Ostatnia linijka świadczyła również o klasyfikacji. Wpisywano tu słowo cang-ma, „czysty”, którym z reguły określano osoby pochodzące z biednych rodzin i nie mające nic wspólnego z żadnymi antychińskimi wystąpieniami, bądź can-ma med-pa, „nieczysty”. Ja nie zostałem jeszcze sklasyfikowany. Jak dotąd, władze najwyraźniej nie wyrobiły sobie poglądu na temat mego politycznego rodowodu.

Chińscy urzędnicy, którzy przybyli do Panamu i Gadongu, zaczęli pakować manatki i wyjeżdżać do Gjance, zostawiając wieś samą sobie. Odchodzili tak samo anonimowi jak w dniu przyjazdu. Dla nas wszyscy byli po prostu Gja-mi, Chińczykami. Żaden się nam nie przedstawił. Kiedy zwracali się do siebie, używali tytułów, takich jak zhurzi (przewodniczący), zhuren (wiceprzewodniczący) czy shuji (sekretarz).

Nadzieje na to, że wkrótce wszystko wróci do normy, zostały szybko rozwiane. Władze w Chinach musiały uznać, że ich przedstawiciele nie byli wystarczająco skuteczni i gorliwi w likwidowaniu reakcji, wrogów partii i macierzy. Na początku 1960 roku rozpoczęła się więc kampania „wznowienia dochodzeń”, która oznaczała kolejne wiece i sesje edukacyjne. Zdawałem sobie sprawę, że jako osoba o nie ustalonej jeszcze przeszłości politycznej, będę jednym z przedmiotów nowej kampanii.

* * *

Pamiętam chińskiego oficera, który stanął na naszym dziedzińcu i patrząc na nas z pogardą, ogłosił, że mnisi nadal tęsknią za feudalną przeszłością. Musimy pogodzić się z faktem, ciągnął, że stary system feudalnego niewolnictwa został starty w proch i nie wskrzesi go ani imperialistyczna Ameryka, ani starzy bogowie. Ale to miało się okazać tylko wstępem. Zaraz bowiem zapytał, czy ktoś z nas był w Lhasie w czasie powstania. Nikt się nie odezwał. Wyraźnie zirytowany, chiński oficer uznał, że cały klasztor winny jest zbrodni popierania reakcyjnych bandytów. Zarządził rewizję we wszystkich szagach w poszukiwaniu ukrytej broni. Niczego nie znaleziono.

Odziedziczyłem szag po wuju. Gjen Rigzin Tenpa zajmował najlepszą izbę, a ja opiekowałem się nim na prośbę opata – podawałem śniadanie, sprawdzałem, czy niczego mu nie trzeba itd. Gjen z pewnością nie był absorbującym gościem. Prowadził bardzo proste życie i nie miał właściwie żadnych wymagań. Byłem mu bardzo oddany. Gjen miał obywatelstwo Indii i mógł poprosić Chińczyków o repatriację. Wielu mnichów z Ladakhu i Spiti, którzy mieszkali w Taszilhunpo i Lhasie, wyjechało już do Indii, ale Gjen postanowił zostać w Gadongu.

Z Lhasy przyjechała nowa „grupa śledcza”. Słyszeliśmy tu i ówdzie pogłoski, że członkowie zespołu, który był u nas poprzednio, zostali poddani surowej krytyce i sami uczestniczyli teraz w sesjach edukacyjnych. Nowi zachowywali się bardziej władczo i byli lepiej ubrani. Gjen i ja czekaliśmy na dziedzińcu na zakończenie rewizji naszego szagu. Rzeczy Gjena wywołały ogromne poruszenie wśród Chińczyków. Zobaczyliśmy młodego żołnierza, który podbiegł z jakimś zdjęciem do oficera. Zniknęli w pokoju, z którego wyszli po dwudziestu minutach i skierowali się prosto do nas. Ku naszemu osłupieniu, butny oficer w nienagannej niebieskiej kurtce powiedział, że są wśród nas tacy, którzy wciąż nie chcą się przyznać do popełnionych zbrodni, ukrywając swe zdradzieckie oblicze przed partią i ludem. Nie ulegało wątpliwości, że ma na myśli mnie i Gjena.

Gjen powiedział tłumaczowi, że jest obywatelem Indii i przyjechał kształcić się w Lhasie jako młody chłopiec. Dodał, że pomogłem mu przyjść z Lhasy do Gadongu i uprzejmie poprosił o repatriację do Indii. Ale zanim tłumacz zdążył to przełożyć, oficer potrząsnął Gjenowi przed twarzą wyblakłą fotografią, która przedstawiała grupę ludzi, i zażądał wyjaśnień.

Na zdjęciu stała grupa Tybetańczyków i przywódców indyjskiego ruchu niepodległościowego. W marcu 1946 roku rząd Tybetu wysłał do Indii i Chin delegacje, by złożyć aliantom gratulacje z okazji zakończenia II wojny światowej. Gjen Rigzin Tenpa, jako przedstawiciel duchowieństwa, towarzyszył wysłannikom, którzy pojechali do Indii. Zostali przyjęci przez wicekróla lorda Wavella. Ponieważ Indie odzyskiwały właśnie niepodległość, delegaci spotkali się również z przywódcami nacjonalistów. Na skonfiskowanej przez Chińczyków fotografii byli Nehru i Gandhi.

Pozwolono mi pójść do szagu z Gjenem. Spakowaliśmy jego rzeczy i księgi w małe zawiniątko. Kiedy prowadzono go do dżipa, podbiegłem, żeby się pożegnać. Powiedział tylko:

– Przez pewien czas będę w Sikkimie.

Dwaj żołnierze skierowali nań lufy karabinów, pokrzykując: zho, zho!, „ruszaj, ruszaj!”. Wsiadł do samochodu. Już go nigdy nie zobaczyłem.

Żołnierz zaprowadził mnie do małej izby, która kiedyś należała do mnicha, ale teraz prowadzono w niej tylko przesłuchania. W pomieszczeniu stały trzy stołki i zastępująca stół wysoka drewniana skrzynia. Pod jedną z jej ścian podłożono papiery, żeby nie kiwała się na krzywej kamiennej podłodze. Drzwi pilnowało dwóch wartowników.

Oficer powiedział, że nazywa się Liao. Miał suche, spękane policzki i wargi – piętno Himalajów – i szerokie szpary między zębami. Ćmił papierosa za papierosem, przypalając nowego od tlącego się jeszcze niedopałka. Gjalcen, tybetański tłumacz, siedział na kulawym stołku, czekając na rozkazy.

Liao był szorstki i sprawiał wrażenie wzburzonego. Jego głos przypominał warczenie psa.

– Długo ukrywałeś, kim naprawdę jesteś – powiedział. – Teraz masz szansę na wyznanie swoich zbrodni. Partia była wobec ciebie ogromnie wyrozumiała, lecz ty i tak postanowiłeś ukryć przed nią swoje prawdziwe oblicze. To poważna sprawa. Dopiero teraz dowiaduję się, że podniosłeś rękę na macierz i brałeś udział w powstaniu lhaskim – przerwał, żeby się zaciągnąć. – Partia będzie wyrozumiała, jeżeli się przyznasz do popełnionych błędów. Zapomni o nich.

Liao wyjął nowego papierosa i po chwili milczenia wskazał na leżącą na stole fotografię.

– O tym jednak nie możemy zapomnieć – warknął.

Chciał wiedzieć wszystko o Gjenie i naszej znajomości. Powiedziałem mu to, co wiedziałem o przeszłości Gjena. Nie było to żadną tajemnicą dla mnichów Drepungu. Liao przyjął te wieści bez entuzjazmu.

– Wiemy, że twój nauczyciel szpiegował dla rządu Indii – powiedział ze złością.

Zaprzeczyłem mówiąc, że Gjen nigdy nie interesował się polityką. Tyle że Chińczycy już zdecydowali: Gjen Rigzin Tenpa był szpiegiem.

– Musisz zeznać, że twój nauczyciel szpiegował – powtarzał Liao.

Nie ugiąłem się jednak, nie chcąc składać fałszywych zeznań. Minęło kilka godzin. Liao był coraz bardziej rozdrażniony moim uporem. Wreszcie wypowiedział zdanie, które od tej pory miało już zawsze być dla mnie poważnym ostrzeżeniem. Nie potrafiłbym zliczyć, ile razy słyszałem je potem w więzieniu. Głos Liao złagodniał nagle, a tłumacz zaczął mówić takim tonem, jakby miał zaraz zdradzić mi ważną tajemnicę.

– Znasz politykę partii? – zapytał.

– Nie – odpowiedziałem, więc Liao mi ją wyjaśnił.

Polityką partii była wyrozumiałość. Przestępstwa, do których się przyznam, pójdą w niepamięć. Jeśli jednak będę się upierać, „partia odpowie uderzeniem”. Powtórzyłem, że Gjen Rigzin Tenpa nie był szpiegiem. Liao zmrużył oczy i wysyczał, że był.

– Możesz mówić, co chcesz – odparłem.

Nim zdążyłem skończyć, Liao uderzył mnie w twarz i wywróciłem się na plecy. Wartownicy, którzy stali przy drzwiach, byli już przy mnie i wykręcili mi ręce. Kątem oka zobaczyłem, że przerażony tłumacz cofnął się o krok. Strażnicy zaczęli mnie kopać.

– Będziesz zeznawać?! – krzyknął Liao. – Będziesz?!

– Róbcie ze mną, co chcecie! – odkrzyknąłem. Wściekłość odbierała mi zmysły.

Wartownicy wykręcili mi ręce za plecami i związali je liną, której koniec przerzucili przez drewnianą belkę. Kiedy pociągnęli za sznur, wyrwali mi ramiona ze stawów. Krzyknąłem i poczułem, że oblewam się własnym moczem. Potem słyszałem tylko swój krzyk i uderzenia spadających na mnie pięści.

Po pewnym czasie rozwiązali sznur i Liao zaczął znów zadawać pytania. Kręciło mi się w głowie. Chciał wiedzieć, czy jestem już gotowy do złożenia zeznań. Wymamrotałem, że nie mam nic do dodania. Liao skinął na strażników, którzy założyli mi kajdanki i skuli nogi łańcuchem.

– Dobrze się zastanów – powiedział Liao, patrząc mi prosto w oczy.

Zaprowadzono mnie do sąsiedniej izby i zostawiono samemu sobie. Wieczorem jakiś Tybetańczyk przyniósł mi jedzenie.

– Dlaczego nie zeznajesz? – wyszeptał. – Zabiją cię, jeśli się nie przyznasz.

Przesłuchania ciągnęły się przez kilka dni. Bez końca opowiadałem tę samą historię swojej znajomości z Gjenem. Chińczycy nie interesowali się moim udziałem w powstaniu. Chcieli tylko, żebym powiedział, że Gjen był szpiegiem. Ale jak mógłbym to zrobić? W buddyzmie tybetańskim więź między mistrzem a uczniem opiera się na oddaniu i zaufaniu. Gjen był moim mistrzem. Jakże mógłbym go zdradzić, zachowując czyste sumienie? A jeśli Chińczycy nie odesłali go jeszcze do Indii? Gdyby trzymali go nadal w jakimś w więzieniu, co by się z nim stało po złożeniu przeze mnie takich zeznań? Poza tym i tak nie miałbym im co powiedzieć.

Pewnego ranka obudzono mnie bardzo wcześnie. Wartownicy zawlekli mnie do innego pomieszczenia, do którego wszedł wysoki chiński oficer w długim, wełnianym płaszczu, oznaczającym wysoką rangę. Miał on później zostać komendantem niesławnego więzienia Drapczi. Wszyscy nazywali go przewodniczącym Yin; poznawałem go po charakterystycznym dużym nosie. Towarzyszyła mu młoda dziewczyna; sądząc po delikatnym lhaskim akcencie i dwóch złotych zębach, musiała być córką jakiegoś bogatego kupca. Zamieniła jednak tradycyjną suknię na chiński uniform. Później przekonałem się, że i ona objęła kierownicze stanowisko w jednym z lhaskich więzień. Nazywała się Dolkar.

Chińczyk nosił pistolet przy pasie. Dolkar zaczęła zadawać mi pytania według tradycyjnego zestawu. Wyjęła notes, żeby sprawdzić zapisane w nim informacje na mój temat. Potwierdziłem ich prawdziwość.

– Wiemy o tobie wszystko – powiedziała.

Potem spojrzała na mnie i zapytała o sińce na mojej twarzy. Nie odpowiedziałem. Przez chwilę rozmawiała z Yinem po chińsku i poleciła wartownikowi zdjąć mi kajdanki i łańcuch.

Dolkar była znacznie bardziej pewna siebie niż większość tybetańskich tłumaczy. Wydawało mi się, że ma nawet pewien wpływ na Yina, który odzywał się bardzo rzadko. Kazała mi opowiedzieć historię mego życia od dnia, kiedy ukończyłem osiem lat. Siedzący za mną drugi oficer robił notatki. Dolkar tłumaczyła dla Yina i protokolanta. Przepytywała mnie przez kilka dni, wielokrotnie wracając do niektórych epizodów. Oficer sprawdzał każde zdanie z wcześniejszymi notatkami, szukając nieścisłości. Kiedy natrafił na coś, co wzbudzało jego podejrzenia, kazano mi wyjaśniać wszystko od początku. Oficer przekreślał coś wówczas i nanosił poprawki, każąc mi się obok tego podpisać.

Następnie władze porównały moje zeznania z relacjami innych mnichów i mieszkańców wioski. Każdy przez to przechodził. Porównywano zeznania braci, sióstr i wszystkich, którzy mieli z tobą jakikolwiek kontakt. Zbierali szczegółowe informacje o każdym z nas. I dbali o to, żebyśmy zdawali sobie sprawę z ich pieczołowitości.

– Ale twój brat mówi co innego – przerywał nagle śledczy. – Jak mogłeś o tym zapomnieć?

A wtedy się zaczynało: Czy naprawdę wszystko wiedzą? Czy brat rzeczywiście powiedział coś takiego? Ile mam im powiedzieć?

Przez dziesięć dni Dolkar i Yin byli zupełnie spokojni. Dolkar okazywała mi wręcz uprzejmość, zachowując się, jak przystało na dobrze wychowaną pannę z Lhasy. Pewnego dnia poproszono mnie o podpisanie notatek. Dolkar tłumaczyła wybrane na chybił trafił zdania, żebym miał pewność, że wszystko zostało wiernie spisane. Podpisałem notatnik i odcisnąłem kciuk na ostatniej stronie. Potem wartownik zabrał notes i gdzieś go zaniósł.

– Został nam jeszcze jeden problem – powiedział wówczas przewodniczący Yin – mianowicie twoje kontakty z indyjskim szpiegiem Rigzinem.

Atmosfera w pokoju zmieniła się nagle. Dolkar zaczęła nazywać mnie logczod-pa, reakcjonistą.

– Przecież wszystko już wam powiedziałem! – krzyknąłem.

Yin uderzył mnie w twarz. Podbiegli wartownicy i zmusili mnie do uklęknięcia i opuszczenia głowy. Yin pochylił się ku mnie i kilkakrotnie wysyczał słowo „zeznawaj”. Potem wyjął z kabury pistolet i przytknął mi lufę do skroni.

– Nic innego ci nie pozostało – wycedził.

I wtedy, czując, że wolę umrzeć, niż znów przez to wszystko przechodzić, krzyknąłem:

– Zabij mnie! Zabij!

Yin sprawiał wrażenie zaskoczonego. Dolkar zerwała się na równe nogi i zaczęła mnie kopać. Wartownicy opluli mnie i związali mi ręce na plecach. A potem znów przerzucili linę przez belkę i podciągnęli mnie w górę. Musiałem stracić przytomność, bo ocknąłem się dopiero następnego dnia. Leżałem na ziemi ze skutymi rękoma i nogami. Nade mną stał Yin.

– Twoja sprawa jest bardzo poważna – powiedział. – Jeszcze z tobą nie skończyliśmy.

– Jesteś bezczelnym reakcjonistą – powiedziała Dolkar. – Gdyby to ode mnie zależało, zastrzeliłabym cię bez wahania.

Przesłuchania skończyły się wreszcie latem 1960 roku. Yin i Dolkar przestali mnie wypytywać o Gjena Rigzina Tenpę i wyprowadzono mnie na dziedziniec. Uderzyło mnie to, że mnisi wyglądali na skrajnie wycieńczonych, jak gdyby zgasł w nich jakiś płomień. Nikt się nie odzywał. Z trudem rozpoznawałem twarze starych przyjaciół. A czy oni poznawali mnie? Wszyscy nosili czuby, świeckie szaty.

Siedmiu z nas związano ręce na plecach, przywiązano do długiej liny i wyprowadzono z klasztoru. Kiedy zbliżyliśmy się do Panamu, usłyszałem stłumiony płacz. Wtedy też widziałem po raz ostatni macochę, ojca, braci i siostry. Minąłem ich ze spuszczoną głową.

Poprowadzono nas do małego klasztoru Norbukhungce, oddalonego o kilka godzin marszu od Panamu. Byłem teraz więźniem „nowego społeczeństwa”.

Rozdział V

Ucieczka

Nigdy nie widziałem z bliska Norbukhungce. Wiedziałem tylko, że mnisi opuścili kiedyś klasztor. Chińczycy dobudowali na dachu dwie wieżyczki dla strażników. Kilkunastoletni żołnierze przyglądali się, jak ich koledzy pędzą nas ku bramie, raz po raz dźgając w plecy lufami karabinów. Na dziedzińcu czekał na nas oficer. Dwóch strażników zaczęło przeszukiwać nasze rzeczy.

Zabrałem posłanie i kilka ubrań, które znalazła dla mnie rodzina. No i miałem ze sobą najcenniejszą rzecz, jaką kiedykolwiek dostałem – złoty zegarek „Rolexa”, który dał mi brat, gdy wyruszałem do Drepungu w 1956 roku.

– Lhasa jest daleko – powiedział wtedy. – Jeśli wpadniesz kiedyś w tarapaty, będziesz mógł go sprzedać.

Mnisi nie mogą się stroić, więc nigdy go nie nosiłem. Wziąłem sobie jednak do serca słowa brata i zawsze miałem przy sobie ten zegarek. Teraz zabrali mi go Chińczycy, dając w zamian świstek papieru, który nazwali pokwitowaniem. Strażnicy skonfiskowali nam wiele rzeczy – między innymi pasy i długie szarfy, które Tybetańczycy noszą przy czubach. Dostaliśmy za to sznurek, żeby zawiązać nim spodnie.

Zaprowadzono mnie do dużej prostokątnej sali. Na zakurzonej podłodze leżało siedem materacy. Kiedyś ściany musiały być bogato zdobione, teraz widać było jednak tylko cienie wyblakłych malowideł. Moje posłanie, rzucone na ziemię przez jednego ze strażników, wzbiło tuman kurzu. Inni więźniowie podbiegli ku mnie, żeby pomóc w niesieniu tobołków. Wszyscy zachowywali się tak, jakbym był długo oczekiwanym gościem. Jakiś staruszek znalazł dla mnie lepsze miejsce i rozłożył moje posłanie.

Wszyscy więźniowie nosili świeckie szaty, ale ich włosy zdradzały, że byli mnichami. Każdy chciał wiedzieć, skąd jestem i za co zostałem aresztowany. Większość z nich zamknięto za „udział” w powstaniu. Choć nasze zaangażowanie było z reguły marginalne i przypadkowe, Chińczycy i tak uważali nas za winnych przeciwstawiania się partii i macierzy. A to było poważne przestępstwo. W Gadongu Chińczycy powtarzali nam, że partia bez cienia litości zetrze w proch swoich wrogów.

W Norbukhungce było około dwustu więźniów; większość pochodziła z pobliskich wiosek. Miałem spędzić tu kilka miesięcy, podczas których ani razu nie rozkuto mi rąk i nóg. Ręce miałem skute na plecach, nie mogłem więc nawet jeść bez pomocy.

Następnego ranka obudziło mnie szuranie. Strażnik otworzył ciężkie drewniane wrota i wniesiono kociołek herbaty. Żywiliśmy się tą herbatą i produktami, w które mogły zaopatrzyć nas rodziny.

W Norbukhungce siedział również mój starszy brat. Nie wolno nam było ze sobą rozmawiać, ale patrzyliśmy na siebie, mijając się na dziedzińcu. Martwiłem się o rodzinę, która musiała dla nas obu zdobywać pożywienie i opał, żeby je ugotować. Jakoś jednak udawało się im przynosić campę, masło i smażone placki, khabse. Nie mogliśmy widywać się z krewnymi – jedzenie przekazywali strażnikom.

I tak koszty utrzymania więźniów ponosiły rodziny. Mówiono im, że los więźnia zależy od ich współpracy z władzami. Krewni wierzyli, że regularne przynoszenie pożywienia wpłynie na sposób traktowania ich bliskich. Tyle że tak nie było. Im dłużej utrzymywali kontakt ze skazanymi lub politycznie niepewnymi więźniami, tym cięższy czekał ich los w czasach polowania na „reakcyjne idee” – podczas rewolucji kulturalnej.

Około dziesiątej tego pierwszego poranka wezwano mnie na przesłuchanie. Chiński oficer nosił szarą wojskową kurtkę i niebieskie spodnie wysokiego urzędnika. Do dziś mam przed oczami tę szeroką, okrągłą twarz i sterczące włosy. Jego tłumacz nazywał się Dhundup. Jak większość pracujących dla komunistów Tybetańczyków, sprawiał wrażenie nerwowego i niezbyt pewnego siebie. Miał na sobie niebieski uniform chińskiego urzędnika.

Najpierw byli łagodni. Zaczęli od tradycyjnego pytania o znajomość polityki partii. Po nim przyszedł znany mi już refren: jeżeli będę zeznawać, partia będzie wyrozumiała. Jeśli nie przyznam się do winy, partia pokaże surowe oblicze. Tłumacz mówił to rytmicznie, jakby recytował wiersz.

– Czy wiesz, co to znaczy „wyrozumiałość”? – dopytywał się oficer.

Milczałem.

– Wyrozumiałość nie znaczy, że partia przymknie oczy na reakcyjne zbrodnie – wyjaśnił. – Jeżeli ktoś zasłużył na egzekucję, a partia wymierzy mu dożywocie, to też będzie wyrozumiałość.

Skinąłem głową, choć nie dlatego, że mnie przekonał.

Następnego dnia zaprowadzono mnie do mrocznej izby, którą oświetlało jedynie światło wpadające przez małe wąskie okno. Było jednak na tyle widno, że mogłem dostrzec narzędzia ułożone na stojącym pod ścianą stole, długie pałki i zwoje liny. W kącie leżała sterta kajdan i łańcuchów.

Chiński oficer zaczął zadawać mi niezliczone pytania, dotyczące mego życia od chwili, gdy ukończyłem osiem lat. Moje odpowiedzi znów porównano z notatkami. Chińczyk słuchał uważnie, od czasu do czasu prosząc o szczegółowsze wyjaśnienia. Ani razu nie sięgnął po rozłożone na stole przyrządy.

Czwartego dni doszliśmy do wypadków 1959 roku. Oficer był bardziej czujny i analizował moje każde zdanie. Szczególnie zależało mu na odpowiedzi na pytanie, czy powstanie lhaskie zostało zaplanowane, a jeśli tak, to przez kogo. Raz po raz powtarzał te same pytania:

– Kto wydawał ci polecenia? Kim byli twoi przyjaciele?

Wówczas jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że każdy wspomniany przez mnie człowiek automatycznie staje się podejrzanym.

Powtarzałem, że nikt nie kazał mi uczestniczyć 10 marca w demonstracji przed Norbulingką, letnią rezydencją Dalajlamy. Oficer uderzył nagle pięścią w stół. Potem wyjął kajdanki i zaczął powoli machać mi nimi przed twarzą. Zamknąłem oczy.

Chińczyk przeszedł teraz do pytań o Gjena Rigzina Tenpę, powtarzając, że był on indyjskim szpiegiem. I wtedy poczułem nagle, że samo wspomnienie jego imienia dodaje mi sił. Gdy oficer powiedział, że ma obciążające Gjena dowody, wiedziałem, że blefuje. Powiedziałem tylko, że skoro interesuje się Gjenem, to powinien go przesłuchać. Dodałem, że nie będę już odpowiadał na te pytania.

– Wszystkie dowody są tutaj – warknął Chińczyk, potrząsając notesem.

Ja jednak nadal nie chciałem potwierdzić żadnego oskarżenia.

Oficer wyjął pióro i położył je na krawędzi stołu. Popatrzył mi w oczy i cichym głosem powiedział, że ja też balansuję na krawędzi i jedynym ratunkiem dla mnie jest złożenie zeznań. To było ostatnie ostrzeżenie. W chwilę później dwaj wartownicy zaczęli tłuc mnie kolbami po plecach. Spadłem z krzesła. Moim ciałem wstrząsały konwulsje.

– Zeznawaj! Zeznawaj! – ryknął Chińczyk.

Dhundup, który przyłączył się do bijących mnie żołnierzy, tłumaczył te komendy na tybetański.

Chińczycy chcieli, żebym zadenuncjował mego duchowego mistrza. Jakże jednak mogłem zrobić coś, co zaszkodziłoby Gjenowi? Nie miałem pojęcia, co się z nim stało. Czy deportowano go do Indii? Jeśli chodzi o mnie, nigdy nie zrobiłem nic, co miałoby jakiekolwiek znaczenie polityczne. Nie miałem się do czego przyznać. I żadne bicie nie zmusiłoby mnie do potwierdzenia niedorzecznych oskarżeń stawianych Gjenowi.

Później miałem zrozumieć, jak wielką wagę przykładają Chińczycy do złożenia zeznań. Wszystkie wiece i zebrania zaczynały się od wyliczenia pożytków płynących z przyznania się do winy i przypomnienia o daremności stawiania oporu Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. Pamiętam, że pewien chiński oficer porównał Tybetańczyków walczących z AL-W do rozbijanych o skałę jajek. Każdy więzień musiał przyznać się do winy. Dopiero wtedy Chińczycy uznawali, że wykonali swoje zadanie.

Kiedy aresztowano jakiegoś Tybetańczyka, zawsze znalazło się oskarżenie, służące jako pretekst do przetrzymywania go w więzieniu. Następnie Chińczycy stosowali kolejno wszystkie swoje sztuczki, żeby zmusić ofiarę do przyznania się do winy. A jeśli się nie powiodło, znajdowali kogoś, kto oskarżył Tybetańczyka o reakcyjne myślenie. Często posługiwali się przy tym szantażem – również wobec najbliższych krewnych.

W Norbukhungce siedział więzień z Panamu imieniem Sumszi Łangjal. Sumszi był bardzo uparty i do niczego nie chciał się przyznać. Chińczycy nigdy nie powiedzieli mu, za co został aresztowany, Sumszi nie wiedział więc nawet, do czego miałby się przyznać. Powtarzał tylko w kółko: „Nie zrobiłem nic złego”. Pewnego dnia powiedziano mu, że jego żona złożyła zeznanie, demaskując go jako reakcyjnego bandytę.

Chińczycy odkryli, że Sumszi miał kochankę. Poinformowali o tym żonę, a ta w przypływie wściekłości powiedziała im, że Sumszi ukrywał powstańców z Khamu. Zapewne oboje nie wiedzieli nawet, czy ludzie ci byli uchodźcami, czy bojownikami, niemniej Chińczycy dostali dokładnie to, czego chcieli.

Z początku w ogóle nie rozumiałem, dlaczego władze przywiązują taką wagę do wymuszenia przyznania się do winy. Wkrótce jednak zrozumiałem, że stanowiło to ważny element polityki partii komunistycznej. Przyznanie się było jak powiedzenie: „Partia ma rację, a ja się mylę”. Partii nie obchodziło, czy zeznanie jest prawdziwe, czy fałszywe. Liczył się tylko dowód wyeliminowania kolejnego wroga ludu.

Przyznałem, że byłem w Lhasie podczas powstania. Wydawało mi się, że nie ma to większego znaczenia. Gdyby Chińczycy chcieli aresztować wszystkich uczestników powstania, musieliby przecież zamknąć całą ludność Lhasy. Ale żadne tortury nie zmusiłyby mnie do zadenuncjowania Gjen Rigzina Tenpy. Oskarżono mnie więc o udział w powstaniu.

Pewnego ranka kazano nam zebrać się na dziedzińcu w szeregu. Przyjechało kilkunastu chińskich urzędników. Jeden z wyższych oficerów stanął na stopniu i ogłosił zakończenie śledztwa. Sąd wojskowy uznał nas za winnych. Od chwili wybuchu powstania cały Tybet pozostawał pod kontrolą wojska i podlegał jurysdykcji sądów wojskowych.

Wystąpiłem, kiedy wywołano moje imię, i dostałem kartkę papieru. Miała wydrukowany czerwony nagłówek i była zapisana chińskimi znakami. Po tybetańsku był tylko napis: „Oddział wojskowy Gjance”. Nie miałem pojęcia, co to wszystko znaczy. Po zakończeniu apelu pobiegliśmy z naszymi świstkami do tybetańskiego tłumacza. Młody człowiek zerkał na kartki i odczytywał liczbę. Kiedy przyszła moja kolej, powiedział:

– Siedem lat.

Nie bałem się. Przez cały czas towarzyszyło mi dziwne uczucie, że ta katorga wkrótce się skończy i zostanę zwolniony. Nie byłem w tym osamotniony: wszyscy więźniowie wierzyli, że wyjdziemy na wolność, gdy tylko Dalajlama wróci z Indii do Lhasy. Nie przeszło mi nawet przez myśl, że mogę spędzić w więzieniu ponad trzydzieści lat.

Otrzymaliśmy więc formalne wyroki chińskiego sądu wojskowego. Nie odbył się żaden proces, a ów świstek papieru stanowił jedyne świadectwo istnienia jakichkolwiek procedur. Wszystkie decyzje zapadały za zamkniętymi drzwiami. Nie istniało nic takiego jak odwołanie. Skazano mnie na siedem lat i uznano za reakcjonistę; miałem nosić to znamię jeszcze przez trzy lata po zakończeniu wyroku i być w tym czasie pozbawiony wszelkich praw publicznych.

Teraz, gdy partia wygrała, zakończyły się formalne przesłuchania i na pewien czas ustało bicie. Nie oznaczało to jednak spokoju. Nadal zadawano nam setki pytań. Chińczycy chcieli wiedzieć, o czym myślimy i czy nadal przeciwstawiamy się socjalizmowi. W komunizmie, powiedziano nam, więzienie nie jest wyłącznie karą, ale i szansą na „zreformowanie się przez pracę”. Naszym pierwszym zadaniem było zmienienie sposobu myślenia. Miałem odrzucić wszystko, co pamiętałem ze starego Tybetu, i nauczyć się kochać nowe społeczeństwo socjalistyczne. Naszym wkładem w jego budowę miała być praca.

Zapędzono więc nas do niej. Każdego ranka stawaliśmy do apelu, a potem maszerowaliśmy na pole, które było kiedyś pastwiskiem dla koni. Mieszkańcy wsi uznali je przed laty za jałowe i trudne do uprawy, mądrze przeznaczając je na pastwisko. Chińczycy wiedzieli jednak lepiej – ziemię trzeba orać i uprawiać. Wyjątkowo mroźną wiosną 1961 roku sześciu z nas musiało więc wlec przez to pole ciężki metalowy pług. Przywiązaliśmy liny do osi i ciągnęli, po trzech z każdej strony. Na pług wskakiwał młody żołnierz, żeby lemiesze ryły ziemię głębiej.

Żołnierz dobrze się bawił. Jeździł na pługu niczym na rydwanie, a kiedy uznał, że ciągniemy zbyt słabo, okładał nas po plecach batem z przewodów elektrycznych. Mieliśmy tylko jedną przerwę na posiłek, ale nawet on okraszony był edukacją socjalistyczną. Jakiś urzędnik czytał nam Dziennik Ludowy, a potem opowiadał o innych państwach socjalistycznych i ich przywódcach. Musieliśmy nauczyć się nazw „bratnich” krajów: Albanii, Bułgarii, Czechosłowacji, Polski, Rumunii, Jugosławii. Na tej liście był również Związek Radziecki, który jeszcze przyjaźnił się z Chinami. Kazano nam zapamiętać również państwa uznawane za wrogów socjalizmu. Ich spis otwierały imperialistyczna Ameryka i Wielka Brytania.

Uczyliśmy się też nazwisk wielkich przywódców socjalizmu: Marksa, Engelsa, Lenina, Stalina i Mao. W więzieniu, na honorowym miejscu, wisiały ich ogromne portrety. Szczególną czcią darzono Stalina. Później, w czasach rewolucji kulturalnej, główne miejsce zajął portret Mao.

Pracowaliśmy na tym samym polu przez niemal pięć miesięcy, ciągnąc codziennie pług przez jałową, kamienistą ziemię. Nauczyliśmy się serdecznie nienawidzić zgrzytu metalu o skały. Jedyną pociechą była przynoszona przez krewnych żywność.

* * *

Musiał być już lipiec, gdy przeniesiono nas do Lhasy. Pewnego ranka wywołano mnie nagle z pola i pognano z powrotem do więzienia. Inni więźniowie stali już na dziedzińcu. Żołnierz kazał mi spakować posłanie.

Kiedy wróciłem z kocami, więźniów otaczało czterdziestu, może pięćdziesięciu chińskich żołnierzy. Podjechało pięć wojskowych ciężarówek. Na jedną z nich wrzucono wszystkie koce. Żołnierze związali nam ręce szorstką liną. Nie wiedziałem, śmiać się czy płakać, patrząc na współwięźniów, którzy bezskutecznie próbowali wspinać się na ciężarówki ze spętanymi na plecach rękoma. Jedni padali, inni zanosili się gromkim śmiechem. Żołnierze zniecierpliwili się wreszcie. Parami chwytali więźniów za ramiona i ciskali ich na pakę jak worki. Wkrótce i ja podążyłem w ślad za innymi. Do mojej ciężarówki wrzucono około trzydziestu więźniów. Próbowaliśmy ulżyć sobie w bólu, zamieniając się miejscami.

Z tyłu usiadło czterech młodziutkich, zdenerwowanych żołnierzy i wymierzyło w nas karabiny. Kilku innych zajęło miejsca na dachu szoferki i platformie, dzielącej pakę na dwie części. Szoferkę ozdobiono dwiema ogromnymi czerwonymi flagami, a do dachu przyczepiono kilka mniejszych. Kiedy wyjechaliśmy na drogę i samochód nabrał szybkości, żołnierze zaczęli walić w bębny i czynele. Nam kazano śpiewać jedyną dozwoloną pieśń, coś w rodzaju hymnu, która nazywała się „Socjalizm jest dobry”. Była dość monotonna:

Socjalizm jest dobry.

Socjalizm jest dobry.

Socjalizm szanuje człowieka.

Zniszczyć reakcję.

Imperialiści uciekają

Jak psy z podwiniętymi ogonami.

Zjednocz się, ludu Chin.

Niech socjalizm powstanie,

Powstanie jak wielka fala.

Musieliśmy śpiewać z entuzjazmem, żeby uniknąć oskarżeń o żywienie wrogich uczuć wobec socjalizmu. Śpiewaliśmy więc „Socjalizm”, ile sił w płucach. Ta pieśń stała się później słynna za sprawą tybetańskiego więźnia, który usiłował jakoś powiadomić rodzinę o swoim aresztowaniu. Kiedy zobaczył na polu krajana imieniem Dhargjal, zaśpiewał własną wersję „Socjalizmu”:

Bracie Dhargjal-la,

Bracie Dhargjal-la,

Czy zaniesiesz wiadomość do Lhobdraku?

Powiedz moim, że mam co jeść

I mam w co się ubrać.

Niech się opiekują dziećmi.

Nie muszą się martwić.

Powiedz, że zabrali mnie do Lhasy,

Zabrali do Lhasy.

Ponieważ Chińczycy znali tylko melodię, nie zorientowali się, że tekst uległ pewnym zmianom.

Ciężarówka pędziła, flagi łopotały, a bębny i czynele zagłuszały ryk silnika. Pracujący na polach ludzie machali nam, biorąc nas zapewne za teatralną trupę. Skąd mieliby wiedzieć, że na ciężarówkach jadą więźniowie?

Dwa dni później dotarliśmy do Taglung Drag, położonej w pobliżu Lhasy wioski, którą Chińczycy zmienili w ogromny obóz wojskowy. Wydano tu nam nasze pierwsze uniformy – stare mundury z oderwanymi kieszeniami i niebieskimi plamami.

Następnie przewieziono nas do Drapczi – dawnych tybetańskich koszar na przedmieściach Lhasy. Pierwszą noc spędziliśmy w holu, z trudem znajdując wolne miejsca na podłodze. Nie jedliśmy przez cały dzień i byliśmy wycieńczeni jazdą na ciężarówkach.

Rano stanął w drzwiach ogromny mężczyzna i kazał dwóm więźniom iść do kuchni po kocioł z herbatą. Miałem przy sobie woreczek z campą, którą dostałem od rodziny. Zmieszałem ją z czarną herbatą i zjadłem. Wszyscy się odprężyli i zaczęli rozmawiać. Drzwi były otwarte, mogliśmy bez przeszkód wchodzić i wychodzić. Z początku nikt nie miał na to ochoty, ale po pewnym czasie wybraliśmy się na zwiedzanie nowego więzienia.

Więźniowie zajmowali każdy skrawek przestrzeni. Widziałem byłych żołnierzy armii tybetańskiej i setki mnichów, wciąż wyróżniających się krótkimi, sterczącymi włosami. Szacowaliśmy, że Chińczycy trzymają w Drapczi ponad sześć tysięcy osób.

Przez kilka dni nikt się nami nie interesował. Nie było przesłuchań, wieców ani pracy. Poczuliśmy się lepiej. Spotkałem wielu mnichów, których znałem z Drepungu; wygrzewaliśmy się w promieniach słońca, dzieląc się opowieściami o naszym losie i informacjami. Pewnego ranka, gdy wróciłem do naszej prowizorycznej sypialni, współwięźniowie powiedzieli mi, że opuściłem zebranie, podczas którego chiński urzędnik spisywał imiona i inne dane. Imiona te wyczytano następnego ranka, informując moich towarzyszy, że zostaną przeniesieni. Mnie na liście nie było.

Więźniów tych przewieziono do różnych obozów w Tybecie i Chinach. Moi towarzysze z Norbukhungce trafili do Kongpo, więzienia zagubionego w gęstej dżungli południowego Tybetu, które okazało się obozem śmierci. Większość więźniów zmarła tu z głodu i chorób. Przed Kongpo uratowało mnie tylko spóźnienie na apel. Dołączono mnie do grupy roboczej, która wykonywała różne prace dla chińskiej armii w całej dolinie Lhasy.

Mieszkaliśmy na polu w płóciennych namiotach. Mieliśmy tylko posłania i kilka osobistych przedmiotów. W tym okresie Chińczycy nie wydawali więźniom koców. Namioty otaczały zasieki z drutu kolczastego, tak gęste, że nie można było przecisnąć przez nie dłoni. Fragmentu ogrodzenia, który przesuwał się i służył za bramę, strzegło dniem i nocą dwóch wartowników. Inni, z karabinami na plecach, patrolowali obóz. Każdego ranka pędzono nas z obozu do pracy. Chińczycy nie marnowali czasu, pokrywając Tybet siecią dróg i instalacji wojskowych.

Nie wiem, czy brak pożywienia i innych podstawowych rzeczy miał być częścią naszej kary, czy też Chińczycy nie byli po prostu przygotowani na taką liczbę więźniów. Sami na przykład musieliśmy znajdować sobie naczynia, co nie było łatwe. Większość z nas aresztowano przecież nagle, nie mieliśmy więc głowy do pakowania łyżek, misek czy kubków. Brak naczynia oznaczał brak żywności. Niektórzy więźniowie mieli własne drewniane miski, ale wkrótce zaczęły one pękać i nie nadawały się do niczego. Tybetańska herbata z masłem natłuszczała te czarki i nadawała im połysk. Chudy, gorący bulion, który dostawaliśmy w więzieniu, szybko zniszczył ochronną warstwę tłuszczu i miski zaczęły się rozpadać.

Już wkrótce jedzenie było poważnym problemem. Krewni nie mogli mi dostarczać pożywienia, ponieważ nie wiedzieli, gdzie jestem. Po pewnym czasie nie byłem w stanie myśleć o niczym poza napełnieniem żołądka. Moi towarzysze również byli całkowicie pochłonięci poszukiwaniem czegoś, co nadawałoby się do zjedzenia. Rano dostawaliśmy czarną herbatę, a wieczorem miskę cienkiej zupy ze strzępkami liści kapusty. Menu nigdy się nie zmieniało. Wieczorem wydawano nam też około stu gramów campy, którą mieliśmy zjeść następnego dnia. Wielu więźniów nie było jednak w stanie opanować głodu i rzucało się na nią natychmiast, a to oznaczało, że przez cały dzień chodzili głodni.

Wieczorem, po powrocie do obozu, dostawaliśmy chochlę zupy. Jeśli ktoś miał szczęście i znalazł dużą miskę, dostawał całą porcję; pechowcy z małymi naczyniami – tylko część. Nie było dokładek. Wszystko sprowadzało się do wielkości talerza.

Naczynia stały się więc najcenniejszymi przedmiotami w systemie penitencjarnym. Niektórzy więźniowie zdobywali blaszane puszki, w których przysyłano racje dla chińskich żołnierzy. Przekopywaliśmy sterty śmieci w poszukiwaniu tej drogocennej zdobyczy. Puszki szybko jednak rdzewiały; po miesiącu robiły się w nich dziury i stawały się bezużyteczne. Więźniowie próbowali je „łatać”, klepiąc je i nadając im nowy, mniejszy kształt. Najbardziej poszukiwaną zastawą były galwanizowane puszki o żółtym połysku, który świadczył o ich nierdzewności.

Szybko nauczyliśmy się zbyt często nie myć i nigdy nie szorować owych puszek. Po starciu żółtego nalotu zaczynały rdzewieć i, jak w tych tanich, robiły się w nich dziury. W galwanizowanych puszkach przechowywano wieprzowinę i czasem udawało się znaleźć w spoinach skrawek mięsa. Taka zdobycz była dla nas niemal darem niebios.

Znalazłem raz taką puszkę koło wojskowych baraków. Stanowiła dla mnie taki skarb, że zrobiłem nawet wełniany woreczek, żeby nosić ją przy sobie przez cały czas. Galwanizowaną puszkę można było wymienić na koral, turkus lub złotą obrączkę – te przedmioty miały znacznie mniejszą wartość dla więźniów, których jedynym celem stawało się przetrwanie.

Już wkrótce zaczęliśmy dotkliwie odczuwać brak pożywienia. Głodowa racja campy nie dawała żadnych szans na przeżycie. Własne ciało stało się dla mnie nieznośnym ciężarem. Tak właśnie zaczyna się głód. Obudziwszy się pewnego ranka, zobaczyłem, że zmarło dwóch więźniów. Zasypiając, nie mieliśmy pewności, ilu z nas obudzi się następnego dnia.

Życie w klasztorze nauczyło mnie dyscypliny. Dzieliłem swoją campę na maleńkie porcje, które zjadałem o stałych porach. Gotowaliśmy też skórę z naszych butów, robiąc z niej coś w rodzaju gęstej zupy. Jedliśmy wszystko, co wpadło nam w ręce. Niektórzy nawet trawę, która wzdymała brzuchy i powodowała ciężkie choroby.

Głód trwał ponad rok. Później Chińczycy wyjaśniali, że Sowieci, niegdyś dobrzy, socjalistyczni sojusznicy, wycofali się nagle z pomocy dla Chin i zażądali spłacenia wszystkich długów. Jeden z oficerów powiedział nam nawet, że Sowieci domagali się spłat w ziarnie i że to właśnie pchnęło kraj na krawędź głodu. Chińczycy nigdy nie przyznali, iż przyczyną braku ziarna mogło być fiasko ich polityki rolnej.

* * *

Pod koniec 1962 roku zebrano nas znowu w Drapczi, gdzie braliśmy udział w masowych wiecach, na których kazano nam omawiać nasze „doświadczenia”. Do Lhasy zwożono więźniów z całego Tybetu i zaczęliśmy uświadamiać sobie, że w ciągu dwóch lat zginęło bardzo wielu aresztowanych w 1960 roku. Strażnicy nadal jednak wyczytywali z listy ich nazwiska. Po chwili ciszy ktoś z tłumu odkrzykiwał wówczas:

– Umarł z głodu.

Wyżsi oficerowie musieli wiedzieć, że dzieje się coś złego, nie umieli się jednak do tego przyznać. Zabroniono nam natomiast mówić o śmierci z głodu. Jak ktokolwiek mógł umrzeć z głodu w społeczeństwie socjalistycznym? To było dla władz nie do przyjęcia. Niemniej nadal wyczytywano te imiona. Po nazwiskach zmarłych następowała długa chwila ciszy. Oficer bez słowa wpatrywał się w tłum więźniów, czekając na odpowiedź. W końcu ktoś mówił:

U-czi log-la don-pa-re – to znaczy: „Opuścił go oddech”.

Ta odpowiedź zdawała się satysfakcjonować władze, ponieważ nie wiązała się z żadną odpowiedzialnością społeczeństwa socjalistycznego. I tak, ilekroć wyczytywano imię zmarłego, odpowiadaliśmy tylko, że „opuścił go oddech”.

Później podzielono nas na mniejsze grupy. Oficer, który rozmawiał z nami przez tłumacza, wydawał się autentycznie poruszony naszymi opowieściami. Powiedział nam, że wszyscy zostaniemy odesłani do naszych poprzednich więzień, co w moim wypadku oznaczało Norbukhungce. Chińczycy nie robili niczego bez powodu i wkrótce zrozumieliśmy, że podzielenie nas miało zapobiec buntom. Chiny i Indie szykowały się właśnie do wojny, a rząd zdawał sobie sprawę, że tysiące tybetańskich więźniów może stać się poważnym zagrożeniem dla bezpieczeństwa państwa. Owe pozory współczucia i zrozumienia okazały się więc wyłącznie kolejnym wybiegiem, który miał zagwarantować władzom spokój.

* * *

Na kilka miesięcy przed przeniesieniem mnie do Norbukhungce więzienne wiece poświęcać zaczęto nowemu tematowi: „Odsłanianiu prawdziwego oblicza” przywódcy „ekspansjonistycznych” Indii, Nehru, którego Chińczycy nazywali „psem łańcuchowym imperialistów”. Im goręcej oskarżano Indie, tym bardziej rosły nasze nadzieje na odzyskanie wolności Tybetu. Nie mieliśmy pojęcia, co dzieje się za więziennymi murami, ale zaciekłość Chińczyków upewniała nas, że Dalajlamie udało się zdobyć międzynarodowe poparcie dla naszej sprawy. Modliliśmy się o rychłe nadejście wolności. Wszyscy szeptali: „To już wkrótce”.

Kiedy nadszedł listopad, załadowano nas na ciężarówkę i przewieziono do Norbukhungce. Nie mieliśmy żadnych wątpliwości, że Chińczycy są autentycznie zdenerwowani. Ich przerażenie perspektywą „wchłonięcia” przez Indie chińskich terytoriów napawało nas złośliwą radością. Co odważniejsi więźniowie mówili nawet: „Przecież dokładnie to samo zrobiliście z Tybetem”, a Chińczycy przyjmowali te uwagi z zaskakującym spokojem. Miało to stać się regułą: ilekroć za murami więzienia robiło się groźnie, rosła nasza swoboda. Zaczęły do nas docierać pierwsze wiadomości od krewnych. Dowiedziałem się, że moja rodzina bardzo ucierpiała po konfiskacie całego majątku.

Chińczycy zwolnili nawet kilkudziesięciu więźniów. Codziennie pięciu, dziesięciu ludzi dostawało zezwolenie na powrót do domu. Perspektywa odzyskania wolności stała się dla nas nowym źródłem sił. Wszyscy gromadziliśmy się na dziedzińcu, by pożegnać garstkę szczęśliwców, którym dane było znów połączyć się z bliskimi, a oni mówili nam, że wkrótce nadejdzie nasza kolej. W październiku-grudniu 1962 roku ogarniała nas niemal euforia. Mieliśmy wrażenie, że wszystko, czego nam trzeba, to tylko odrobina cierpliwości.

Nie widziałem żadnego powodu, dla którego nie miałbym zostać zwolniony. Postanowiłem nawet wrócić do Gadongu. Ktoś powiedział mi, że nadal mieszka tam kilku mnichów. Każdego dnia wyobrażałem sobie, że oto nadchodzi moja kolej, żegnam się więc z innymi więźniami, przechodzę przez bramę, wspinam się na ciężarówkę, która zawiezie mnie do domu… I wreszcie pewnego mroźnego grudniowego poranka pięciu więźniom, z dwudziestu, z którymi dzieliłem celę, kazano spakować rzeczy. Byłem jednym z nich.

Spakowałem swoje zawiniątko. Wszyscy się uśmiechali i żartowali. Wyszliśmy na dziedziniec. Nikt z nas nie miał wątpliwości, że po paru formalnościach ruszymy w drogę do domu. Czekaliśmy więc, ale nic się nie działo.

Na dziedziniec wjechały dwa dżipy wyładowane wysokimi urzędnikami, których rozpoznawaliśmy natychmiast po niebieskich wełnianych uniformach. Nasi oficerowie rzucili się na powitanie. Wszyscy zanosili się śmiechem i ściskali sobie dłonie. A my czekaliśmy. Czekaliśmy przez wiele godzin.

Po południu przyszedł do nas tłumacz i kazał wracać do celi. Powiedział, że zostaniemy zwolnieni wieczorem. Czekałem więc w celi i zaczynałem się niepokoić. Nie wiedziałem, czy mam rozpakować koce. W końcu strażnik powiedział nam, że dziś nie wrócimy do domu.

Następnego dnia dostaliśmy gazetę. Ogromny nagłówek na pierwszej stronie krzyczał: „Zwycięstwo Chin!”. Nie trzeba nam było nic więcej. Nadzieja na zwolnienie prysła. Zacząłem zastanawiać się, co mnie teraz czeka? Z pewnością głodowe racje, praca i bicie. Dławiłem się wściekłością, ale wiedziałem, że nie mogę nic zrobić.

Wezwano nas na wiec. Chińczycy byli w szampańskim nastroju, emanowali energią i dumą. Jeden z oficerów wygłosił przemówienie. Mówił o potędze Chin i wielkoduszności AL-W, która ogłosiła wstrzymanie ognia. A potem przeszedł do krytyki Dalajlamy.

Zauważyliśmy nagłą zmianę w nastawieniu Chińczyków wobec duchowego i politycznego przywódcy Tybetu. Do tej pory nigdy go nie potępiali ani nie atakowali – teraz okrzyknięto go reakcjonistą. Powiedziano nam, że wcześniej czy później Indie odeślą go do Tybetu.

– Wasze nadzieje na oderwanie Tybetu od macierzy zgasły na zawsze! – ryczał jeden z oficerów.

Wiedziałem już, że nie zostanę zwolniony, i zacząłem myśleć o ucieczce. Po wielu rozmowach, nie budząc podejrzeń wszystkich dwudziestu więźniów z celi, udało mi się wytypować sześciu, którzy gotowi byli do podjęcia próby ucieczki. Sześćdziesięcioośmioletni Gjalpo powiedział, że woli zginąć, uciekając, niż zostać w więzieniu. Miał z nami iść również jego syn, Łangjal. Loden Kalsang był mnichem z Gadongu – uznałem więc, że mogę mu ufać, choć ledwie go znałem. Dhargje, młody mężczyzna, którego rodzina uciekła już wcześniej do Indii, znał płaskowyż i góry jak własną kieszeń i chciał dołączyć do krewnych.

Ustaliliśmy, że to ja przygotuję plan ucieczki. Ponieważ nie mieliśmy szans na oddalenie się w ciągu dnia, pozostawała nam tylko noc. Zdążyłem już dobrze poznać Norbukhungce i sądziłem, że jest szansa na wydostanie się z więzienia. Nasz cela pełniła niegdyś funkcję klasztornej kuchni; z tyłu były drzwi, przez które wnoszono nawóz i drewno na opał. Kiedy przewieziono mnie do Norbukhungce, musiałem zamurować te drzwi; wiedziałem, że usunięcie glinianych cegieł nie będzie nastręczać większych trudności.

Pewnego ranka, gdy przyszedł po nas wartownik, powiedziałem, że jestem chory. Miałem szczęście – zabrał innych do pracy, a mnie zamknął w celi. Udało mi się skruszyć zaprawę kawałkiem drewna i po chwili cegły zaczęły się ruszać. Nie mogłem ich wypchnąć, żeby hałas nie zaalarmował strażników. Poluzowałem je tylko tak, by móc je potem szybko wyjąć. Musieliśmy uciekać w nocy, nim ktoś odkryje ślady mojej działalności. Kiedy moi towarzysze wrócili wieczorem do celi, powiedziałem Gjalpo, że dziś ruszamy, i poprosiłem o przekazanie tej informacji innym.

Około północy przeczołgałem się do starych drzwi i wyjąłem cegły. Kiedy zobaczyłem gwiazdy na niebie, wiedziałem, że uda się nam przecisnąć. Potem wyszedł starzec, jego syn i inni więźniowie. Powiedziałem, żeby trzymali się blisko muru. Słyszeliśmy kroki strażników, ale chronił nas mrok. Gdy ostatni z moich towarzyszy przecisnął się przez dziurę, ruszyliśmy w dół zbocza. Przez całą noc wędrowaliśmy ku górom. O świcie dotarliśmy na szczyt; mieliśmy stąd widok na całą dolinę, skąpaną w pomarańczowej poświacie brzasku. Ukryliśmy się w małej jaskini i niemal natychmiast zapadliśmy w sen.

Obudził mnie Dhargje. Kiedy podczołgaliśmy się do wylotu jaskini, pokazał mi grupę chińskich żołnierzy jadących konno w naszym kierunku. W dolinie wojsko otaczało wioskę. Ścigano nas. Postanowiliśmy natychmiast ruszyć dalej w góry, ku granicy z Bhutanem oddalonej o cztery, może pięć dni marszu.

Był środek zimy i przełęcze pokrył kobierzec świeżego śniegu. Zostawialiśmy wyraźnie ślady, których nie mogli nie zauważyć chińscy żołnierze. Musieliśmy wędrować dniem i nocą. Kiedy tylko znikało słońce, temperatura spadała poniżej zera, a nasze liche ubrania dawały słabą ochronę przed mrozem. Marsz rozgrzewał, a światło księżyca było nam wystarczającym przewodnikiem. Za dnia słońce ogrzewało, ale i oślepiało nas blaskiem. Naszym jedynym pożywieniem była rozrobiona z wodą campa.

Szliśmy przez góry przez cztery noce i pięć dni, czując, że pościg depcze nam po piętach. Prowadził Dhargje, który znał góry jak własną kieszeń. Piątego dnia zeszliśmy z wysokiej przełęczy w dolinę Gamba Czangtang. Dhargje powiedział, że za następną, znacznie niższą przełęczą czeka już nas wolność. W tej samej chwili pojawił się na wschodzie oddział żołnierzy, a za naszymi plecami rozległy się strzały. Rzuciliśmy się do ucieczki. Przypadłem za niski kamienny mur, zbudowany przez koczowników dla bydła. Tuż obok uderzyła kula, ogłuszając mnie na chwilę. Wcisnąłem się między kamienie i wstrzymując oddech, usiłowałem wychwycić odgłosy kroków biegnących ku nam żołnierzy. A potem na moje plecy i głowę spadły uderzenia kolby. Cały świat rozpłynął się na moment w paroksyzmie bólu. Gdy odzyskałem świadomość, miałem już spętane ręce, a dwóch żołnierzy wlokło mnie za ramiona. Kątem oka dostrzegłem trzech żołnierzy okładających starca; inni kopali jego syna.

Zabrano nas do wioski Łangden Barco. Po obu stronach ścieżki stali wieśniacy, wykrzykując: „Precz z reakcją!”, „Ukarać reakcjonistów!” i potrząsając pięściami. Przegnano nas tak przez całą wioskę. Musieli to robić, żeby nie oskarżono ich o pomoc w ucieczce. Starałem się nie myśleć o tym, co przyniesie następny dzień.

Noc spędziliśmy w oborze. O północy usłyszeliśmy ciche kroki. Ktoś podszedł do ściany, a następnie szybko się wycofał. O świcie zobaczyliśmy, że zostawiano nam jedzenie. Rzuciliśmy się na nie jak wygłodniałe zwierzęta.

Rozdział VI

Nie ma ucieczki między niebem a ziemią

Przywieziono nas do Norbukhungce o zmierzchu, więzienie wydawało się oazą ciszy i spokoju. Zgrzyt otwieranej bramy poinformował więźniów o naszym powrocie. Kazano im ustawić się na dziedzińcu i przyglądać ceremonii przekazywania nas strażnikom. Śmiertelną ciszę zakłócał tylko głuchy odgłos kroków wartowników. Jeden z oficerów kazał nam opuścić głowy. Więźniowie zaczęli skandować:

– Precz z reakcją! Precz z reakcją!

Słyszeliśmy to już setki razy. Ale nie okrzyk, który rozległ się w tym momencie:

Log czod-pa ca-med tong!

To było wezwanie do egzekucji.

Kiedy krzyki ucichły, z szeregu więźniów wystąpił Dziamphel. Znałem go. Był dobrym człowiekiem i cieszył się naszym szacunkiem. Teraz jednak kazano mu poprowadzić thamzing, „wiec walki”. Jąkając się i trzęsąc, wygłosił listę tradycyjnych oskarżeń wobec „reakcjonistów, którzy podnieśli rękę na partię”. Potem wystąpił inny więzień, którego zapamiętałem, bo jako jeden z nielicznych nosił brodę. Potrząsając pięścią, krzyknął:

– Wasz czas na ziemi dobiegł końca!

Byłem tym wstrząśnięty, bo dawał Chińczykom pretekst do uznania, że to więźniowie domagają się egzekucji.

Tej nocy zostawiono nas na dworze – bez koców, bez niczego do ochrony przed mrozem. Bolało mnie całe ciało. Lodowata stal kajdanek i łańcucha wrzynała się głęboko w przeguby i kostki. Próbowałem wcisnąć rękawy i nogawki między stal a ciało. Bez rezultatu. Zasnąłem, zbyt wyczerpany, by walczyć z głodem i mrozem. Obudziło mnie ciepło promieni słońca.

Przewieziono nas do więzienia Gjance, jednego z największych w regionie Cang. Było nas siedmiu na dwóch furmankach; towarzyszyli nam strażnicy. Nie mogliśmy ze sobą rozmawiać. Do Gjance dotarliśmy o zmierzchu. Nie było tu światła. Wyszło po nas kilku strażników z latarkami i natychmiast pognano nas do celi. Powiedziałem moim towarzyszom, że nie da się zaprzeczyć się faktowi ucieczki. Poprosiłem tylko, żebyśmy się nawzajem nie oskarżali i nie wymieniali żadnych innych imion.

To właśnie w Gjance zobaczyłem pierwszych chińskich okupantów Tybetu, a teraz wróciłem tu jako ich więzień. Ale z miastem tym wiązały się też dla mnie cudowne wspomnienia – to właśnie w Gjance ujrzałem po raz pierwszy Dalajlamę. Budynek więzienia, zbudowany z tradycyjnych glinianych cegieł, należał niegdyś do tybetańskiego rządu. Chińczycy szybko zaadoptowali go na więzienie, w którym trzymali ponad dwa tysiące osób – głównie żołnierzy naszej dawnej armii.

Oddzielono mnie od sześciu współtowarzyszy w dzień po przyjeździe do Gjance. Od tej pory widywałem ich tylko na dziedzińcu. Trafiłem do cuk (celi) numer jeden, w której było jedenastu więźniów. Powitali mnie jak gościa w rodzinnym domu. Cela była nowa i czysta. Podejrzewam, że wznieśli ją sami więźniowie w ramach tak drogiego komunistom „wkładu w budowę socjalizmu”.

Wzniesiona z tych samych glinianych cegieł cela miała kształt prostokąta. Za łóżka służyły pokryte słomą platformy. Pamiętam, że pachniały świeżą gliną. Na drzwiach przyczepiono dwa plakaty, tybetańsko- i chińskojęzyczny, z przepisami więziennymi. Zasada numer jeden: Zawsze słuchać strażników. Zasada numer dwa: Nie rozpuszczać pogłosek i nie szkalować socjalizmu. Zasada numer trzy: Nie rozmawiać z krewnymi i znajomymi zza murów więzienia. Zasada numer cztery: Nie wnosić do celi kamieni, sznurów, drewna. I tak dalej.

Rolę okien pełniły wąskie otwory. Nasza prywatność zamykała się w przestrzeni zajmowanej na pryczy. Niepisane prawo zabraniało naruszania owej przestrzeni, gdyż była dla nas bezcenna. Później regularnie przenoszono nas z celi do celi, by odebrać nam nawet tę odrobinę prywatności. W rogu stały dwa wiadra; latem zapach gliny ustępował miejsca smrodowi odchodów. Każdego ranka, na zmianę, dwójkami, opróżnialiśmy te sanitariaty. W dzień pracowaliśmy, na noc zamykano nas w celach.

Znów byłem przesłuchiwany, tym razem przez miesiąc. Przesłuchania zaczęły się drugiego dnia. Zaprowadzono mnie do pokoju, w którym czekało już kilku chińskich urzędników. Nosili ciemne uniformy władzy sądowniczej. Najważniejszy nazywał się Fang Yuan. Był wysoki i miał zęby żółte od papierosowego dymu. Przesłuchiwał mnie przez sześć dni i ani razu nie widziałem go bez papierosa. Zadawał precyzyjne, przemyślane pytania, uważnie patrząc na tłumacza. Pierwsze trzy dni, tradycyjnie, poświęciliśmy na życiorys od ósmego roku życia. Jak widzicie, część tej historii musiałem opowiadać wiele, wiele razy…

Czwartego dnia Fang przeszedł do sedna.

– Dlaczego uciekłeś? – zapytał nagle.

Czekałem na to pytanie od chwili aresztowania i już dawno postanowiłem powiedzieć to, co leżało mi na sercu. Wyjaśniłem Fangowi, że przyczyny mojej ucieczki są zupełnie oczywiste. Opowiedziałem o biciu podczas przesłuchań w 1960 roku, o głodowej śmierci setek więźniów w Taglung Drag, o towarzyszącym nam ciągle głodzie i widmie własnej śmierci.

Chińczycy słuchali mojej opowieści, nie przerywając mi chyba przez godzinę. Kiedy jednak doszedłem do głodu, Fang Yuan wstał z krzesła i ze zwykłym namaszczeniem, starannie dobierając słowa, poinformował mnie, że za brak żywności odpowiedzialni są Sowieci. Wyjaśnił, iż Chiny zaciągnęły w Związku Radzieckim ogromne długi, które musiały spłacić w ziarnie. Potem usiadł i pozwolił mi kontynuować. Powiedziałem wówczas o rozczarowaniu, jakie przeżyłem, gdy nie zwolniono mnie w grudniu 1962 roku wraz z innymi więźniami.

W tym okresie często wywoływano mnie z celi bez żadnego ostrzeżenia. Fang Yuan był bardzo spokojny, nigdy się nie denerwował. Później jednak było trudniej. Chińczycy chcieli wiedzieć, dokąd bym się udał i z kim spotkał, gdyby nie złapano mnie na granicy z Bhutanem. Pytania były czysto hipotetyczne i odpowiadałem, że zamierzałem po prostu żyć tam, gdzie mieszka Dalajlama. I wówczas, tak nagle jak się zaczęły, przesłuchania skończyły się.

Nie wysłano mnie do żadnej pracy, zresztą i tak nie mógłbym wiele robić ze skutymi rękoma i nogami. Chińczycy używali wielu rodzajów kajdan. Były ciężkie, żelazne, z krótkim łańcuchem i lżejsze, o długim łańcuchu, ale z nacinanymi obręczami, które czasem, zwykle w czasie przesłuchań, zaciskano do końca, by głęboko wrzynały się w nadgarstki.

Były też dwa rodzaje kajdan na nogi. W tych, które zamiast łańcucha miały żelazną sztabę, nie dawało się właściwie chodzić. Zakuci w nie więźniowie z trudem dreptali po placu, rozcinając nogi aż do kości. Latem skóra pod obręczą była zawsze podrażniona, zimą pękała od mrozu. Moje kajdany łączyły dwa ogniwa łańcucha. Mogłem w nich nie tyle chodzić, co dreptać.

Przez sześć miesięcy byłem całkowicie uzależniony od współwięźniów. Bez ich pomocy nie mógłbym nawet jeść. Pomagali mi na zmianę – karmili mnie, myli i prowadzili do wiadra. Ciągle myślę o nich i o tym, jak spłacić dług. Niektórzy są nadal w Tybecie; kilku zdołało uciec do Indii. Do dziś widzę, jak rozrabiają campę i lepią z ciasta kulki, które kładą na pryczy obok mojej twarzy, żebym mógł odgryzać z nich małe kęsy. Nie przeżyłbym tego okresu bez pomocy moich towarzyszy.

Dobór kajdan był dla Chińczyków ważną, głęboko przemyślaną decyzją. Wszystko, co robili, musiało wszak łączyć się z ideami socjalizmu. Nasze wyroki, kary i rzadkie nagrody świadczyły przecież o władze i potędze partii komunistycznej. Każde przemówienie i każde przesłuchanie zaczynało się od litanii pochwał partii komunistycznej. Dla komunistów fizyczne uwięzienie było środkiem do uzyskania kontroli nad naszymi myślami. Każdy wiec zaczynał się od przypomnienia o konieczności reformowania naszych przekonań i myśli. Bez końca powtarzano nam, że musimy nauczyć się kochać partię całym sercem i umysłem. Kajdany nie mogły jednak wpłynąć na bieg moich myśli. Trening klasztorny dał mi spokój umysłu. Uwięzienie mego ciała nie oznaczało zniewolenia umysłu, nad którym nadal miałem pełną władzę.

Pewnego dnia podszedł do mnie Jeszi Łangjal, starszy naszej celi. Wszyscy nazywali go Gjance Pala, ojcem, bo choć był stosunkowo młody – nie mógł mieć jeszcze pięćdziesięciu lat – zachowywał się jak starzec. Traktował swoją rolę poważnie, przestrzegając nas ciągle przed narażaniem się władzom i pilnując, by nikt nie podsłuchiwał naszych rozmów. Jeszi powiedział mi, że wraca właśnie ze spotkania starszych wszystkich cel, podczas którego ogłoszono thamzing dla tych, którzy próbowali ucieczki.

Widziałem już wiele „wieców walki”. Poddano im moją rodzinę z powodu naszego pochodzenia klasowego. Partia twierdziła, że thamzingi pozwalają ludowi dać upust gniewowi wobec obszarników i innych wyzyskiwaczy. Wiece te zawsze zaczynały się od słów, a z reguły kończyły biciem. Chińscy urzędnicy obserwowali je z oddali, jakby były to uliczne bójki. Niemal nigdy się nie wtrącali, gdyż przemoc i agresja uchodziły za „wyraz gniewu ludu”, a to zdejmowało z partii i jej przedstawicieli wszelką odpowiedzialność. Jeśli ktoś został ranny, to za sprawą uczuć ludu, a nie partii.

Wieśniacy, więźniowie, zespoły robocze – wszyscy byli równie uważnie obserwowani przez Chińczyków i jeśli ktoś nie okazywał należytego entuzjazmu podczas thamzingu, sam mógł się spodziewać wizyty funkcjonariuszy partii jeszcze tego samego lub, najdalej, następnego dnia. Ci zaś, z wyrazem głębokiej troski, informowali go, że zauważono, iż nie pokazał nam-gjur jag-po, „zadowolonej twarzy”. A to piętno zmyć było bardzo trudno. Podczas następnego wiecu człowiek taki zmuszany był do targania za włosy i znieważania zupełnie niewinnych ludzi, by w ten sposób okazać swą miłość dla partii i poparcie dla ludu. Niemal wszyscy najważniejsi lamowie i urzędnicy tybetańscy musieli przejść przez ten koszmar agresji i gwałtu. To właśnie thamzing bardziej niż cokolwiek innego był pokazem władzy partii.

W Gjance co miesiąc odbywały się też wiece „nagród i kar”, podczas których nagradzano więźniów „zreformowanych” i karano opornych. Karą był zwykle thamzing. Ostrzeżenie Pali pomogło mi przygotować się do tego spektaklu, choć nie rozwiało niepokoju – nikt nigdy nie wiedział, jak zakończą się te diaboliczne wiece.

W poniedziałek rano przyszła kolej na mnie. Chińczycy wynieśli na dziedziniec duży stół. Plac otoczyli żołnierze z bagnetami na karabinach i kordon strażników. Wyprowadzono nas na dziedziniec i ustawiono w szeregu. Serce waliło mi jak młot. Wszystko to wyglądało zbyt uroczyście na zwykły thamzing. Od naszej ucieczki upłynęło już sześć miesięcy, lecz wciąż nie dostaliśmy wyroków. Pomyślałem sobie, że mogli skazać mnie na śmierć. Więźniów czekających na egzekucję często zakuwano w kajdany, żeby nie odebrali sobie życia.

Wysoki oficer, którego nigdy wcześniej nie widziałem, ogłosił, że będzie to wiec „nagród i kar”. Tybetański strażnik wrzasnął:

– Więźniowie, którzy uciekli z Norbukhungce, wystąp!

Przesunęliśmy się o kilka kroków, wzbijając skutymi stopami tumany kurzu. Pozostali więźniowie usiedli na ziemi, a nam kazano odwrócić się do nich.

Wstał młody tybetański tłumacz i zaczął nas oskarżać. Powiedział, że jesteśmy reakcjonistami, którzy zdradzili ojczyznę i sprzeniewierzyli się ludowi. Musiał pochodzić z Gjance, bo mówił lokalnym dialektem, gęsto przeplatanym nowym, socjalistycznym żargonem. Wezwał innych więźniów do napiętnowania naszych zbrodni i przygotowania się do wymierzenia nam kary za odwrócenie się od rządu ludowego. Więźniowie zaczęli skandować:

– Precz z reakcjonistami! Precz z reakcjonistami!

W głowach huczał nam ryk dwóch tysięcy więźniów. Kiedy wreszcie zamilki, wystąpił krzepki więzień i podszedł do nas, podciągając rękawy. Byłem pewny, że zaraz mnie uderzy.

– Dlaczego chcieliście uciec?! – wykrzyknął.

Powiedział, że socjalistyczne więzienie to miejsce, które daje na szansę na reformę i edukację. Zdradziliśmy partię i kraj. A potem pytał kolejno każdego z nas:

– Dlaczego chciałeś uciec?

Musiałem zdecydować, czy mam odpowiadać, czy milczeć. Mimo wrogich okrzyków, czułem poparcie wszystkich więźniów. Uprzytomniłem sobie, że nie mogę tak stać bez słowa. To była moja szansa na dokuczenie Chińczykom i okazanie własnej niezależności.

– Powody są bardzo proste – powiedziałem i zacząłem wyliczać nasze krzywdy, w tym masowy głód.

Chińscy urzędnicy zaczęli się nerwowo wiercić, a więźniowie uśmiechać z zadowoleniem. Wszyscy doskonale wiedzieli, dlaczego uciekałem. Krzepki więzień wyglądał na speszonego odpowiedzią na swoje pytanie. Strażnik kazał mu wrócić na miejsce, wywołując na środek innego, imieniem Thangce Łorpa. Thangce był urzędnikiem niskiego szczebla z Gjance; uwięziono go z powodu pochodzenia klasowego. Wychodził wprost ze skóry, żeby przypodobać się Chińczykom. Lubił bić innych więźniów, przestraszyłem się więc, gdy do mnie podszedł. Wygłosił rytualną pochwałę partii i socjalizmu, a następnie zapytał:

– Dlaczego chciałeś uciec?

– Bo bałem się, że umrę z głodu – odparłem.

Thangce uderzył mnie z całej siły w skroń. Upadłem. Wciskając mi twarz w ziemię, krzyczał:

– Ziemia jest partią, a błękitne niebo ludem! Między niebem a ziemią nie ma dla ciebie ucieczki.

Thangce rzucał się na nas po kolei, ciągnąc za włosy, plując w twarz i rycząc jak szaleniec. Strażnik powiedział mu, żeby nie bił, ale był to tylko rytualny gest, mający świadczyć o wielkoduszności partii, którego i tak nikt nie traktował poważnie, doskonale wiedząc, że wszystko, co się tu dzieje, ma błogosławieństwo władz. Jeśli ktoś był bity, brał cięgi dlatego, że chciała tego partia.

Thamzing skończył się nagle. Oficer wstał, żeby odczytać nasze wyroki. Byliśmy teraz więźniami o „najcięższej winie”. Zaczął ode mnie:

– Palden Gjaco z okręgu Panam, osiem lat, do odbycia po zakończeniu pierwszego wyroku, pozbawienie praw politycznych na kolejne trzy lata.

Nie wiedziałem, co czuję. Z jednej strony, cieszyłem się, że nie zostanę stracony, z drugiej – miałem teraz odsiedzieć w więzieniu piętnaście lat.

Inni dostali podobne wyroki. Tylko wyrok starego Gjalpo – dwadzieścia lat – nie został przedłużony. Ogłoszono jednak, że następne cztery lata spędzi z kajdanami na nogach. Jego łańcuch miał również tylko dwa ogniwa.

Przyrzekłem sobie, że nie zrezygnuję z myśli o ucieczce. Chińczycy, wciąż upojeni zwycięstwem nad Indiami, byli jeszcze bardziej wyniośli niż zwykle. Bez przerwy powtarzali swój ulubiony slogan:

– Pod błękitnym niebem nie ma ucieczki przed partią.

Więźniów przygnębiała utrata nadziei na rychłe wyzwolenie.

Fang Yuan przyszedł do mnie w kilka dni po ogłoszeniu wyroku. Powiedział, że kara więzienia ma umożliwić mi „zreformowanie się” i włączenie się w „nowe społeczeństwo”. Nie odpowiedziałem. Dodał, że muszę uczestniczyć w sesjach edukacyjnych, by zrozumieć, że jedynym celem partii komunistycznej jest dobro ludu. Ja jednak rozumiałem już aż za dobrze, że dla Chińczyków „reforma” oznaczała przyjęcie wszystkiego, co chińskie, i odrzucenie tego, co tybetańskie. Nie zamierzałem się jej poddać i nie miałem zamiaru współpracować w jakikolwiek sposób z Chińczykami.

Kilka dni później przyszedł do mnie chiński oficer, który sprawiał wrażenie bardzo spiętego. Z reguły więźniowie nie mieli wielu kontaktów z chińskimi funkcjonariuszami – wszystko załatwiali z nami tybetańscy tłumacze. Pierwszy raz rozmawiałem z wyższym urzędnikiem straży więziennej. Zapytał mnie przez tłumacza, czy zamierzam jeszcze uciekać, a ja odparłem, że nie.

– Czy masz coś do powiedzenia? – zapytał.

Poprosiłem o rozkucie rąk i prośba ta została natychmiast odrzucona. Zamiast tego strażnik wygłosił długą pogadankę na temat zbrodni przeciwko ludowi. Na koniec zapytał mnie, czy chciałbym się czegoś nauczyć.

– Jesteś młody, powinieneś przyczyniać się do budowy socjalizmu.

Nie odpowiedziałem. Chińczyk zaczął się złościć.

– Gadaj! – wysyczał.

– Nie mogę nawet jeść o własnych siłach – odparłem. – Jak mam się uczyć czegokolwiek ze skutymi rękoma i nogami?

Kiedy Tybetańczyk przetłumaczył tę odpowiedź, strażnik zasępił się i kazał mnie wyprowadzić.

W celi zdałem relację z tej rozmowy moim towarzyszom. Powiedzieli, że odrzucenie tej oferty było z mojej strony głupotą. Wszyscy kręcili głowami, a nasz starszy, Jeszi, zapytał dlaczego tak sobie utrudniam życie.

Następnego dnia do naszej celi przyszło dwóch wartowników z tłumaczem. Powiedzieli, że zostałem wytypowany do nauki tkania tradycyjnych wełnianych dywanów. Zdjęto mi kajdanki i choć nie poruszyłem rękoma, poczułem się tak, jak gdybym stracił nagle kilka kilogramów. Spróbowałem jeszcze raz, ale moje ręce nadal były martwe. Spróbowałem ponownie, ale, zupełnie sztywne, wciąż pozostawały na plecach. Zebrałem wszystkie siły i udało mi się poruszyć ramionami. Przez moje ręce, od barków ku dłoniom, popłynął przeraźliwy paroksyzm bólu.

Zakręciło mi się w głowie na myśl, że straciłem ręce. Ostatnich siedem miesięcy było najgorszym okresem mego życia. Nie mogłem robić najprostszych rzeczy i byłem całkowicie uzależniony od współwięźniów. Marzyłem i śniłem o elementarnych czynnościach: o podniesieniu kubka do warg, zawiązaniu sznurka, przeczesaniu włosów, które zrobiły się już bardzo długie, czy podrapaniu się po ukąszeniu wszy, w tym czasie naszych nieodłącznych towarzyszek. Myśl o utracie władzy w rękach napawała mnie przerażeniem.

Strażnik kazał jednemu z więźniów natrzeć mi ręce, ale to zwiększyło tylko ból. Zaprowadzono mnie do lekarza, który dał mi zastrzyk i zrobił masaż. Władzę w rękach odzyskałem jednak dopiero po paru tygodniach. Na pełną sprawność palców przyszło mi poczekać jeszcze kilka miesięcy.

Tkania uczył mnie staruszek imieniem Rabsal Dżhola, słynny mistrz tkacki z Gjance. Kiedy zobaczył moje skute nogi, powiedział natychmiast strażnikowi:

– Nie da się pracować w łańcuchach – i poprosił o ich zdjęcie.

Chińczyk odpowiedział mu tylko, że jestem więźniem o „najcięższej winie”, i wyszedł.

Kajdany nie ułatwiały mi tkania. Tradycyjne tybetańskie krosna zrobione są z drewna i stoją oparte o ścianę. Tkacz siedzi na ziemi ze skrzyżowanymi nogami. Ponieważ ja nie mogłem skrzyżować nóg, wymyśliliśmy dla mnie z Rabsalem inny sposób siedzenia. Przed krosnami wykopaliśmy głęboki na metr dół, w którym układałem nogi.

Tkanie wymaga zręczności i szybkości, a ja uczyłem się bardzo powoli. Wiązanie węzełków było początkowo ponad moje siły i możliwości moich palców. Z trudem panowałem nad drewnianym młotkiem, który dobijał przędzę. Rabsal był jednak niezwykle spokojny i cierpliwy. Nigdy nie złościła go moja niezdarność.

– Zacznijmy od początku – mówił po prostu i pokazywał mi wszystko jeszcze raz.

Pod koniec 1963 roku życie w więzieniu toczyło się już stałym rytmem. Chińczycy byli coraz lepiej zorganizowani. Wygrana w wojnie z Indiami dała naszym oprawcom więcej pewności siebie. Wiece przerodziły się w butne spektakle dumy z chińskich osiągnięć. Do znudzenia opowiadano nam o tybetańskich uchodźcach, którzy żyją w Indiach jak żebracy, i zapewniano, że Dalajlama już wkrótce powróci do kraju.

Moje życie zamykało się w cyklu pracy, wieców i snu. Budzono nas o świcie i, niezależnie od mrozu, wypędzano z cel. Świeże powietrze dawało nam na sekundę ulotne poczucie wolności i rozwiewało ciężką chmurę smrodu, unoszącą się nad wiadrami.

Dwóch więźniów zakładało wiadra na tyczkę i wynosiło z celi. Jedynym pożytkiem z łańcucha było zwolnienie z tego obowiązku. Zawartość wiader wędrowała do wykopanego na dziedzińcu dołu i wiosną służyła za nawóz na polach. Po pobudce więźniowie odbywający wyroki „reformy przez pracę” roznosili kotły ze słabą, czarną herbatą.

Każdy więzień dostawał dwadzieścia cztery gja ma (około jedenastu kilogramów) campy na miesiąc. Dzielono ją na dzienne racje, które wydawano wieczorem. Więźniowie pracujący w kamieniołomach dostawali dodatkowe racje, gdyż ich praca wymagała ogromnego wysiłku. Jeśli idzie o żywność, po wojnie z Indiami sytuacja uległa pewnej poprawie. Więźniowie, których krewni mieszkali w pobliżu, mogli raz w miesiącu dostawać paczki żywnościowe, niemniej często zatrzymywali je sobie strażnicy.

W południe dzwonił dzwonek i wracaliśmy do cel na posiłek. Znowu roznoszono herbatę, w której najbardziej smakowało nam to, że była ciepła. Do kotła dodawano kilka herbacianych liści, które zmieniały nieco kolor wody, ale nie jej smak. Mieliśmy dla siebie dwie drogocenne godziny.

Funkcjonariusze wykorzystywali tę przerwę na drzemkę. My nauczyliśmy się mieścić w niej odpoczynek i sprawy osobiste. Ja siadałem na końcu platformy, recytując modlitwy i teksty buddyjskie. Inni więźniowie spali albo opowiadali sobie o przeszłości i o swoich rodzinach.

Trudno było nawiązać w celi przyjaźń, gdyż władze dbały o to, byśmy nie poznali się zbyt dobrze. Każdy więzień zmieniał celę co trzy miesiące. W ten sposób zapobiegano zorganizowaniu ruchu oporu. Nowe przyjaźnie szybko się kończyły; praktycznie każdego ranka widziało się jakąś nową twarz. Nigdy nie wiedzieliśmy, kiedy znów zobaczymy starych znajomych. W każdej celi byli kryminaliści, którzy czujnie nadstawiali uszu i informowali o wszystkim Chińczyków. Zwłaszcza o każdej krytycznej uwadze na temat socjalizmu. Nie było przed nimi ucieczki. Nawet głupie narzekanie na jedzenie mogło zostać uznane za szkalowanie socjalizmu.

Teoretycznie mieliśmy pracować sześć dni w tygodniu i odpoczywać w niedzielę. Choć nie wysyłano nas do pracy, dzień ten przeznaczano na wiece i sesje edukacyjne. Każde zebranie było pułapką. Nadzorujący nas urzędnicy robili notatki z naszych wypowiedzi i dołączali je do akt. Sesje edukacyjne poświęcone były wyłącznie indoktrynacji. Chyba wszyscy wolelibyśmy pracować.

W 1963 roku nie było jeszcze elektryczności, naszą pracą rządziło więc słońce. Tuż przed zmierzchem więzienie rozświetlała cudowna, pomarańczowa poświata. Strażnicy spędzali nas do cel. Kiedy słyszeliśmy dźwięk ryglowania drzwi w odległych celach, wspinaliśmy się na prycze. Kroki strażnika zbliżały się powoli do naszej celi, ryglowano drzwi. Gasło słońce i robiło się ciemno. Mogliśmy teraz tylko spać, czekać na świt i dźwięk otwierania drzwi.

Lubiłem moją pracę. Tkanie wydawało się miłym hobby w porównaniu z pracą na budowie, która była udziałem większości więźniów. Zimą krosna wnoszono do budynków, żeby chronić je przed śniegiem i lodowatym wichrem. Obręcze na moich kostkach i tak zmieniały się jednak w bryły lodu. Wkładałem pod nie poduszeczki ze skrawków wełny.

* * *

W połowie 1964 roku rozeszła się pogłoska, że więzienie w Gjance zostanie rozwiązane, a my przeniesieni do innych regionów Tybetu. Pewnego ranka kazano nam rozebrać krosna i powiedziano, że wszyscy tkacze będą przewiezieni do Szigace. Następnego dnia, równie niespodziewanie, polecono mi spakować koce i po godzinie siedziałem już na pace wojskowej ciężarówki.

Po drodze mignął mi przed oczami Gadong. Przez trzy lata widziałem tylko glinianą ścianę otaczającą więzienie. Widok starego klasztoru, zagubionego w rozciągających się po horyzont górach, zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Z oddali nic nie wskazywało na ból i cierpienia, które spadły na mieszkańców doliny. Tylko brak trzepocących na wietrze flag modlitewnych podpowiadał, że życie nie toczy się tu ustalonym przed wiekami rytmem.

W więzieniu Gjance od czasu do czasu docierały do mnie wiadomości o losie mojej rodziny. Wiedziałem, że ich bito, że zabrano im cały majątek i dobytek. Ojciec i macocha musieli opuścić dom i zamieszkać w maleńkiej izbie, która służyła niegdyś za spiżarnię. Byłych obszarników traktowano gorzej niż więźniów. Mieszkańcy wsi i dawni dzierżawcy omijali ich jak trędowatych. W nowym społeczeństwie socjalistycznym dawni posiadacze stanowili najniższą formę życia. Każdy mógł ich pobić, zwłaszcza „wyzyskiwani”.

Do Szigace dotarliśmy już po zmroku. Zgraja strażników z latarkami wprowadziła nas na duży dziedziniec. Tę noc mieliśmy spędzić na dworze. Następnego dnia zaprowadzono nas do pozbawionego okien pomieszczenia z bardzo niskimi drzwiami. Na nierównym klepisku nie było żadnych mat. Zwój szmat, który służył mi za pościel, miał teraz stać się i kocem, i materacem.

W nowym więzieniu miałem organizować fabrykę dywanów. Wkrótce po przyjeździe do Szigace przekonaliśmy się, że przeniesiono nas w najgorszym momencie. W październiku 1964 roku Chiny zdetonowały swoją pierwszą bombę atomową. Pewnego ranka ogłoszono nam to na specjalnym wiecu. Chińczycy byli pijani dumą i radością. Urzędnik w niebieskiej kurtce i workowatych spodniach wykrzyczał, że Chiny są potęgą i już nigdy nie zostaną upokorzone przez imperialistów. Opluł imperialistyczną Amerykę i rewizjonistyczny Związek Radziecki, które, jak powiedział, szantażowały dotąd świat arsenałami atomowymi.

* * *

Pamiętam, że jakiś tydzień później siedziałem w celi, czytając Dziennik Tybetański. Gazeta była lekturą obowiązkową; podczas sesji edukacyjnych kazano nam omawiać najważniejsze artykuły. Uderzył mnie nagłówek: „Klika Panczena”. Słowo „klika” odnosiło się jedynie do osób oskarżanych o zorganizowanie grupy, której celem było obalenie rządów partii komunistycznej. Gazeta oskarżała Panczenlamę o powołanie „czarnej organizacji”, próbującej przeciwstawiać się dyktaturze proletariatu i oderwać Tybet od macierzy.

Artykuł był dla nas tym ważniejszy, że mieszkaliśmy tuż obok rezydencji Panczena Rinpocze. Nasze więzienie było niegdyś spichlerzem klasztoru Taszilhunpo. Dlaczego Panczen Rinpocze, nazywany do tej pory „patriotycznym lamą”, i jego „patriotyczny” klasztor stał się przedmiotem takiego ataku? Kiedy w 1960 roku konfiskowano majątki wszystkich klasztorów, posiadłości Taszilhunpo pozostały nietknięte.

Pewnego ranka zobaczyłem z dziedzińca, że klasztor otacza wojsko. Ogłoszono, że nie pójdziemy dziś do pracy, a to mogło oznaczać tylko jedno: wiec. Zebraliśmy się na placu, czekając na przybycie chińskich urzędników. Panczenlamę poddano miażdżącej krytyce. Ogłoszono, że nadużył zaufania partii i dopuścił się perfidnej zdrady. Funkcjonariusz długo opowiadał o tym, jak klika Panczena oderwała się od mas, sprzymierzając się z reakcyjnymi bandytami z „kliki Dalaja”. W pewnej chwili zaczął się zachowywać tak, jakby „zdrada” Panczena dotknęła go osobiście. Wciąż jednak nie wiedzieliśmy, co tak na prawdę zrobił Panczen Rinpocze.

W pierwszej chwili pomyślałem, że uciekł do Indii, by przyłączyć się do Dalajlamy. Chińczycy nazywali teraz Dalajlamę i Panczena Rinpocze „dwoma właścicielami niewolników, popieranymi przez indyjskich ekspansjonistów”. Znacznie później w prasie pojawiły się pierwsze wzmianki o „petycji siedemdziesięciu tysięcy znaków”, którą Panczen Rinpocze przekazał chińskim przywódcom. Chiny oskarżyły go o oczernianie partii i rządu ludowego. Nowa kampania nabierała impetu. Dowiedzieliśmy się, że Chińczycy aresztowali wielu dostojników Taszilhunpo i wtrącili ich do więzienia w Szigace. Nie widziałem jednak żadnego z nich.

Wszystko to napawało mnie najwyższym niepokojem. Kiedy Dalajlama został wygnany z kraju, oczy mieszkańców Tybetu zwróciły się ku Panczenowi Rinpocze. W Panamie darzyliśmy go szczególnym szacunkiem, choć dawniej niektórzy Tybetańczycy oskarżali go o prochińskie sympatie. Jego nagły upadek wzbudził we mnie ogromny smutek. Doskonale wiedzieliśmy, jak Chińczycy traktowali innych tybetańskich przywódców. Funkcjonariusze z naszego więzienia powiedzieli, że musimy zrewidować nasze poglądy na temat Panczena Rinpocze i „jasno się opowiedzieć”. Innymi słowy, już wkrótce mieliśmy „poddać go krytyce”.

* * *

Mój pobyt w Szigace nie trwał długo. Pewnej nocy obudziło mnie światło latarki.

– Który to Palden Gjaco? – zapytał głos, ukryty za kręgiem światła.

– Ja – wymamrotałem sennie.

Zaświecił mi prosto w oczy, każąc spakować pościel i wyjść z celi. Przeżywałem już takie sytuacje i wiedziałem, że oznaczają przeniesienie. Pomyślałem, że trafię do innej grupy roboczej lub nowej celi. Światło latarki nadal błądziło po uśpionych ciałach. Potem głos wywołał jeszcze mego przyjaciela, Lodena Kalsanga. Loden wstał i spojrzał na mnie, jak gdyby chciał spytać, co to wszystko znaczy. Wydano mu takie same instrukcje. Kajdany na moich nogach zadzwoniły, gdy zwijałem koce. Zapakowałem cały dobytek w małe zawiniątko. Życie w więzieniu codziennie uczy, jak ważne są najdrobniejsze przedmioty. Moje dłonie długo błądziły po klepisku, sprawdzając, czy niczego nie zapomniałem. Nadal nie widziałem twarzy człowieka z latarką, ale po głosie poznałem, że musi to być jeden z tybetańskich tłumaczy. Już na korytarzu wskazał nam światłem latarki, gdzie mamy usiąść. Przyniesiono nam trochę gorącej wody i kazano ją wypić. Tłumacz powiedział, że jedziemy do Lhasy.

Dodał, że w więzieniu Drapczi powstaje fabryka dywanów i że będziemy tam uczyć innych więźniów. Po raz pierwszy powiedziano mi, gdzie i dlaczego zostanę przeniesiony. Tłumacz wyjaśnił, że pojedziemy autobusem publicznym, który rusza o świcie.

Najlepsze było jednak dopiero przede mną. Pojawił się oficer z czterema strażnikami. Tłumacz wyprężył się natychmiast, czekając na rozkazy. Oficer powiedział coś, tłumacz skinął głową i ku mojemu zdumieniu zaczął mi zdejmować kajdany z nóg.

Serce wyrywało mi się z piersi. Przez dwa lata kajdany były częścią mego ciała. Zdążyłem się już przyzwyczaić do robienia małych kroczków i stuku żelaza o kamienie. Pogodziłem się z faktem, że przegrywam każdy wyścig do latryny. Chodzenie z łańcuchem przestało mi nawet sprawiać problemy.

Kazano nam podnieść tobołki. Eskortowani przez dwóch strażników z przodu i dwóch z tyłu pomaszerowaliśmy na dworzec autobusowy. Za strażnikami szedł oficer z tłumaczem. Wędrowaliśmy przez godzinę, a każdy krok wymagał pełnej koncentracji. Musiałem uczyć się chodzić bez łańcucha. Patrząc na mnie, każdy więzień domyśliłby się natychmiast, że właśnie zdjęto mi kajdany.

Na dworcu kłębił się tłum Tybetańczyków i Chińczyków. Nie mogli mieć wątpliwości, że jesteśmy więźniami „wielkiej winy”. Kazano nam stanąć o kilka metrów od ludzi i położyć na ziemi tobołki. Natychmiast otoczyli nas strażnicy. Oficer zniknął na chwilę i wrócił z dokumentami, które musiały być naszymi zezwoleniami na podróż. Kazał nam zachowywać się przyzwoicie. Otworzył torbę i pokazał nam dwie pary kajdanek. Powiedział, że zgodnie z przepisami powinniśmy być przez cały czas skuci, ale chce nam oszczędzić upokorzenia.

Weszliśmy do autobusu w towarzystwie strażników i tuzina pasażerów. Ruszyliśmy do Lhasy. Droga była wyboista i brudna. Kurz wpadał przez okna, osiadając na ubraniach i twarzach. Kobiety owijały twarze szalami. Gdy wjechaliśmy na lepszy odcinek szosy, jeden z pasażerów wyjął koszyk pełen ciastek i puścił go w obieg. Podano go wreszcie Lodenowi i mnie, a młoda kobieta, która mówiła po chińsku, zapytała strażnika o pozwolenie. Machnął ręką, wziąłem więc maleńkie ciastko. Loden zrobił to samo.

– Weźcie więcej – powiedziała dziewczyna.

Z trudem oparłem się pokusie i oddałem koszyk. Dziewczyna wzięła wtedy garść ciastek i położyła na moich kolanach. Potem podała taką samą porcję Lodenowi. Byłem tak wzruszony, że z trudem powstrzymałem łzy. Pierwszy raz od czterech lat jadłem coś tak dobrego. Więzienie uczy oszczędności, większość ciastek zostawiłem więc sobie na później.

Wieczorem, gdy słońce chowało się za ścianą gór, dojechaliśmy do położonego w połowie drogi między Lhasą a Szigace Jangpaczen. Przejeżdżałem kiedyś przez to miasto w drodze do Lhasy. Wszędzie było mnóstwo nowych, chińskich domów. Ciężarówki ustawiły się na poboczu. Całe miasto wyglądało jak gigantyczny obóz wojskowy.

Weszliśmy do wielkiej kantyny dla kierowców ciężarówek. Strażnicy przynieśli nam po misce parujących klusek. Były tak dobre, że połknąłem je w mgnieniu oka. Loden nie pozostawał w tyle. Tybetańscy pasażerowie musieli zauważyć, że jemy tak, jakbyśmy nigdy przedtem nie widzieli makaronu, i wieczorem przynieśli nam po jeszcze jednej porcji. I ją zostawiłem sobie na później.

Ruszyliśmy w drogę o świcie po spędzeniu nocy w Jangpaczenie. Pasażerowie, którzy mogli już z nami rozmawiać, zarzucili nas pytaniami. Chciałem zapytać ich, co się dzieje w naszym kraju. W więzieniu jedynym źródłem informacji byli Chińczycy, a im nie mogliśmy wierzyć.

Do Lhasy dotarliśmy pokryci grubą warstwą kurzu. Kiedy zeskakiwaliśmy na ziemię, kilku pasażerów wetknęło mi w dłoń chińskie banknoty. Chciałem je zwrócić, ale natychmiast zniknęli w tłumie.

Dworzec wypełniał tłum ludzi, przybywających ze wszystkich regionów Tybetu. Zauważyłem, że lata, które spędziłem w więzieniu, przyniosły ogromne zmiany. Ludzie wyglądali inaczej. Zaczęli nosić chińskie ubrania. Niemal wszyscy młodzi zamienili tradycyjne czuby na niebieskie mundurki chińskiego proletariatu. Mężczyźni i kobiety nosili się dokładnie tak samo. Z początku myślałem, że byli w armii. Dopiero potem dowiedziałem się, że nową „modę” zaprowadziły władze.

Czekał już na nas dżip, który szybko przejechał przez miasto. Zmienił się również budynek Drapczi. Teraz wyglądał bardziej na więzienie niż obóz wojskowy. Loden sprawiał wrażenie zaniepokojonego. Powiedziałem, żeby się nie martwił, bo czeka nas spotkanie ze starymi przyjaciółmi. Poza tym mieliśmy tu przecież tylko uczyć tkania.

W 1964 roku Drapczi było więzieniem pokazowym, więzieniem numer jeden. Wszyscy więźniowie nosili nowe uniformy. Budynki zelektryfikowano, w każdej celi wisiała naga żarówka. Pierwszy raz w życiu – zdumiony i oczarowany – byłem w pomieszczeniu oświetlonym światłem elektrycznym. Inni więźniowie wybuchnęli śmiechem i ochrzcili mnie „wieśniakiem”. Światła nie wyłączano na noc.

W Drapczi odsiadywali wyroki najsłynniejsi więźniowie i dysydenci Tybetu. Więzienie podzielono na pięć ruka, brygad. Do piątej ruka należeli wszyscy byli dostojnicy rządu tybetańskiego i najwyżsi lamowie – między innymi Lobsang Taszi, ostatni premier Tybetu, i Lhalu, były generał armii we wschodnim Tybecie. W pierwszej ruka byli więźniowie z wyrokami dożywocia, drugą nazywano po ruka ruka dziadków, do trzeciej należały kobiety. Ja znalazłem się w czwartej.

Każda brygada dzieliła się dalej na cuki dla dwunastu, szesnastu więźniów. Cuki odpowiadały celom, w których spaliśmy i odpoczywaliśmy. Każdy cuk miał zuzhanga, starszego celi. Zuzhang był najważniejszą postacią w systemie penitencjarnym.

Następnego dnia zaprowadzono mnie do wielkiego magazynu, w którym więźniowie czesali i przędli wełnę. Bardziej wyglądało to na fabrykę niż na więzienie. Lodena i mnie przedstawiono jako mistrzów tkackich, więźniowie odnosili się więc do nas z szacunkiem.

Kilka tygodni później władze ogłosiły, że rezygnują z pomysłu utworzenia fabryki w Drapczi. Więźniowie, których tu przywieziono, mieli zostać ponownie przeniesieni. Na apelu kazano spakować się wszystkim, którzy mieli tu uczyć się tkania. Wszystkim, z wyjątkiem Lodena i mnie.

Nie mieliśmy pojęcia, co się dzieje. W więzieniu panowała dość spokojna atmosfera, nie odbywały się regularne wiece. Władze były więc albo zajęte, albo nie miały pewności co do polityki partii. Czuliśmy, że w więzieniu zachodzą poważne zmiany administracyjne, nie mogliśmy jednak wiedzieć, jak się odbiją na naszej niepewnej przyszłości.

Rozdział VII

Mistrz tkacki

Na początku 1965 roku kampania przeciwko Panczenowi Rinpocze nabrała impetu; więzienie trzęsło się od plotek na temat jego losu. Naszą brygadę zaprowadzono na wystawę, która miała jakoby świadczyć o zdradzieckim charakterze Panczena Rinpocze i jego ludzi. Zebrano tu dowody na to, że organizowali prywatną armię i dorobili się ogromnych fortun. Pamiętam czarno-białą fotografię z podpisem: „Imperialistyczny szpieg wysłany z Indii, by nawiązać kontakt z kliką Panczena”. Znałem tego „szpiega”. Nazywał się Cełang Namgjal. Był szczupłym młodzieńcem, który w 1959 roku uciekł z matką do Indii, ale później siedział ze mną w Gjance. Wrócił do Szigace po śmierci matki, ponieważ poprosiła go, żeby pojechał do Taszilhunpo i złożył ofiary w klasztorze, w którym modliła się przez całe życie. Tylko dlatego wrócił do Tybetu. Aresztowano go i oskarżono o szpiegostwo. To zdjęcie upewniło mnie, że postawione Panczenowi Rinpocze zarzuty są wyssane z palca.

Upodlono więc kolejnego przywódcę Tybetańczyków. Coraz lepiej rozumiałem sposób działania Chińczyków, instrumentalnego traktowania ludzi tak, by służyli ich celom. Panczen Rinpocze przestał być użyteczny, postanowiono więc go zniszczyć. W więzieniu było dokładnie tak samo: chwalony nas i nagradzano, dopóty władze miały z nas pożytek. Podczas sesji edukacyjnych i wieców walki kazano nam oskarżać się nawzajem, by zawsze mieć na podorędziu kozła ofiarnego.

Życie w więzieniu było coraz lepiej zorganizowane. Poprawiły się nawet nasze racje żywnościowe: wzbogacono je teraz o warzywa. Władze wydawały się łagodniejsze, coraz rzadziej wzywano nas na thamzingi. A może, pogodzeni z losem, zdążyliśmy się już po prostu do wszystkiego przyzwyczaić.

Do Drapczi przeniesiono mnie jako mistrza tkackiego. Władze zgromadziły tu ogromne ilości wełny. Powiedziałem stolarzom, jak zbudować krosna, a do więzienia zwieziono ludzi z całego Tybetu, by założyć tu fabrykę. Potem partia zmieniła zdanie. Kiedy prosiłem o wyjaśnienie co sympatyczniejszych strażników, niezmiennie odpowiadali: „Taka jest polityka partii”. Po pewnym czasie człowiek uczy się w więzieniu spokojnego wykonywania bezsensownych czynności w stanie doskonałej niewiedzy.

Moja sytuacja uległa przy tym jednak znacznej poprawie. Zdjęto mi kajdany, miałem większą swobodę ruchów. Potrafiłem znów chodzić i biegać jak inni. Uwolniony od łańcucha, mogłem nawet przespać całą noc. Nigdy nie nauczyłem się spać w kajdanach. Ciągle się drapałem, a najdrobniejszy ruch sprawiał mi ogromny ból. Teraz łańcuch zniknął. Skoro odstąpiono jednak od pomysłu zorganizowania fabryki, moje tkackie kwalifikacje potrzebne były jak psu na budę. Obawiałem się zsyłki do brygady roboczej i pracy przy tłuczeniu kamieni.

Któregoś dnia powiedziałem innemu mnichowi z Drepungu, że nadal nie przydzielono mi pracy. Zapytałem, czy nie mógłbym, jak on, zająć się stolarką. Władze nie zwracały uwagi na takie drobiazgi. Nie dane mi było jednak długo zajmować się drewnem, ktoś bowiem uznał, że powinienem zostać krawcem. Była to dobra wiadomość. Kamień spadł mi z serca, gdy okazało się, że jeszcze raz ominęły mnie ciężkie roboty. Od chwili aresztowania moja sytuacja nigdy nie była lepsza.

Moja radość miała jednak swoje granice. Zdawaliśmy sobie sprawę, że żelazna pięść Chin coraz mocniej zaciska się na naszym kraju i że nie ma wielkich nadziei na przyszłość. Nie mogliśmy nie widzieć rosnącej pewności siebie naszych nowych panów. Wciąż chełpili się nowymi osiągnięciami, postępem czy podnoszeniem stopy życiowej ludności. Niemniej nowi więźniowie przynosili ze sobą świadectwa bezmiaru cierpień zwykłych ludzi.

Pewnego ranka, gdy szedłem do pracy, zobaczyłem i natychmiast poznałem młodą kobietę. Była to Dolkar, dziewczyna z Lhasy, która przesłuchiwała mnie w Norbukhungce. Nosiła niebieski uniform i czesała włosy w dwa krótkie warkocze. Spojrzała na mnie z obrzydzeniem i chyba mnie nie poznała. Przypomniałem sobie, jak mówiła: „Zastrzeliłabym cię bez wahania”.

W Drapczi odpowiadała za brygadę kobiecą i wszyscy ją tu znali. Podobała się wielu więźniom. Ulubienica Chińczyków, wzorowa funkcjonariuszka, była u szczytów władzy i sławy. Budziła w nas strach. Wyszła właśnie za Chińczyka, którego przezywaliśmy Tro Tro Lha Lo, bo wyrzucał z siebie słowa jak karabin maszynowy. Był szefem brygady budowlanej.

Na początku 1965 roku kazano nam zgłosić „uwagi krytyczne”. Najpierw nie chcieliśmy mówić, wiedząc, że Chińczycy zrobią notatki i prędzej czy później wykorzystają je przeciwko nam. Większość więc zwyczajowo wychwalała partię.

Wstał jednak pewien Khampa, który powiedział, że ma skargę. Podczas rutynowego przeszukania cel jeden ze strażników ukradł mu zhi, drogocenny kamień, ceniony niezwykle wysoko przez wszystkich Tybetańczyków, którzy przypisują mu różne cudowne moce. Mężczyzna powiedział, że dostał go od matki i że klejnot należał do jego rodziny od pokoleń. Oświadczył, że zabrała go Dolkar. Na dziedzińcu zapadła cisza. Wszystkie oczy zwróciły się na Tro Tro Lha Lo, którego twarz ścisnęła się jak pięść.

Wstrząsnęła mną odwaga Khampy. Nie zdarzyło się jeszcze, by więzień poskarżył się na konkretnego strażnika. Władze miały jednak dobry powód do okazywania wyrozumiałości. Wszędzie urządzano huczne uroczystości z okazji utworzenia Tybetańskiego Regionu Autonomicznego, który uznał się za integralną część Chin. Do Lhasy zjechali dostojnicy z Pekinu, a ich delegacja zaszczyciła swoją obecnością nasze więzienie. Władze starały się więc zjednać sobie więźniów, by nic nie zakłóciło obchodów. Poważne potraktowanie młodego Khampy otworzyło usta innym.

Niemal wszystkie skargi dotyczyły Dolkar. Kobiety oskarżyły ją o przywłaszczanie racji żywnościowych. Inna brygada krzyczała, że zmuszała skazanych do przynoszenia sobie dodatkowych porcji mleka z więziennego gospodarstwa. Władze zareagowały natychmiast. Dolkar została zdymisjonowana i przeniesiona do nadzorowania grupki więźniów opiekujących się krowami.

Zobaczyłem ją kilka dni później. Wyglądała zupełnie inaczej. Straciła całą pewność siebie. Nie paradowała już po placu, niemal biegła, unikając spojrzeń więźniów. Było mi jej nawet trochę żal, choć cieszyłem się, że sprowadzono ją na ziemię. Zresztą jej los miał się już wkrótce odwrócić.

Myślami, jak zawsze, byliśmy przy Dalajlamie. Wierzyliśmy, że jego zabiegi o wolność dla Tybetu muszą kiedyś przynieść niepodległość. Nadzieje te podsyciła notka w Dzienniku Tybetańskim, który z oburzeniem informował o założeniu biura Dalajlamy w Ameryce.

Ameryka! Myśl o poparciu Ameryki dla Tybetu przyprawiała nas o dreszcz. Dobrą nowinę przekazywano sobie z ust do ust lotem błyskawicy. Pamiętam, że Tendar Nagbo zapytał Nimę Tenzina, czy ten słyszał już ostatnią wiadomość. Nima, który wiedział, co ma na myśli Tendar, odparł:

– Musimy wytrwać. To już niedługo. Teraz, gdy Ameryka, najpotężniejsze państwo świata, pomaga Dalajlamie, wkrótce będziemy wolni!

To był niebezpieczny temat i zdawaliśmy sobie z tego sprawę. Jedną z pierwszych rzeczy, jakich człowiek uczy się w więzieniu, jest trzymanie języka za zębami. Nie zdradzaliśmy po sobie smutku ani radości. Nasz gniew i śmiech były na usługach partii – okazywaliśmy je tylko na jej komendę. Własne myśli powierzaliśmy niechętnie nawet bliskim przyjaciołom.

W więzieniu zawsze znajdzie się ktoś, kto postanowi zaskarbić sobie względy władz donosem. Tak też informacja o rozmowie Tendara i Nimy dotarła do Dolkar.

To była szansa, na którą czekała. Następnego ranka wpadła do naszej celi i kazała wszystkim zostać na terenie więzienia. Towarzyszyło jej trzech strażników i wysoki chiński urzędnik, ale nie mieliśmy wątpliwości, że to ona znów gra pierwsze skrzypce.

Na dziedziniec sprowadzono też więźniów z innych cel. Kazano nam ustawić się jak do apelu.

– Są tu ludzie, którzy rozpuszczają kontrrewolucyjne pogłoski – krzyknęła gniewnie Dolkar – i dają więźniom „próżne nadzieje”!

„Próżne nadzieje” stały się ostatnio jednym z ulubionych powiedzonek Chińczyków. Pojawiały się na każdym wiecu i zebraniu. Odnosiły się do naszych marzeń o powrocie Dalajlamy i niepodległości Tybetu.

– Bandyci udają, że się reformują – ryczała Dolkar maszerując w tę i z powrotem przed naszym szeregiem – podczas gdy w rzeczywistości nadal spiskują przeciwko partii i ludowi!

Na koniec kazała wystąpić „przestępcom” i przyznać się do popełnionych „zbrodni”. Przyglądała się nam wyczekująco.

Czekaliśmy w milczeniu. Nie mieliśmy pojęcia, czego dotyczy zebranie, i kogo ma na myśli, mówiąc o „przestępcach”. Nigdy nie wiedzieliśmy, jak zakończy się taki nagły wiec; niektóre przeradzały się w egzekucje. Nikt nie wystąpił. Wszyscy milczeli. Obserwowanie strachu więźniów zdawało się sprawiać władzom najwyższą radość.

Dolkar postanowiła dać nam więcej konkretów.

– Wczoraj – powiedziała – dwóch więźniów wykorzystało wizytę w izbie chorych do spiskowania przeciwko partii.

Dało się słyszeć głośne westchnienie ulgi – większość z nas nie była wczoraj w izbie chorych. Nima Tenzin zrobił kilka niepewnych kroków i wykrztusił:

– Ja byłem wczoraj w izbie.

W tej samej chwili rzuciło się nań dwóch strażników i odwróciło twarzą do naszego szeregu.

– Przyznajesz się?! – krzyknęła Dolkar.

Znałem go dobrze i wiedziałem, że jest silnym człowiekiem. Nie należał do takich, którzy trzęsą się przed lada groźbą. Zdawał sobie sprawę, że nie powinien się do niczego przyznawać, dopóki nie zorientuje się, co tak naprawdę wie Dolkar. Ta zaś wyglądała na bardzo zadowoloną ze zdemaskowania „reakcyjnego bandyty”. Ku mojemu zaskoczeniu Nima trząsł się i wyglądał tak, jakby miał się zaraz rozpłakać.

Przesłuchania i thamzingi były wojną nerwów między więźniem i funkcjonariuszem. Celem przesłuchującego było zawsze wydobycie przyznania się do winy bez określenia przestępstwa. „Przyznaj się!” – padało nieuchronnie. „Co takiego zrobiłem?” – pytał z reguły więzień. „Dopuściłeś się zbrodni i mamy przeciwko tobie górę dowodów – odpowiadał przesłuchujący. – Przyznaj się”.

Wtedy więzień gorączkowo zastanawiał się, czy przypadkiem nie powiedział czegoś, co można by uznać za szkalowanie lub przeciwstawianie się partii. Ponieważ niemal każdy czyn dało się obrócić w przestępstwo, doświadczony więzień czekał na jakieś wskazówki, które podpowiedziałyby mu, do czego miałby się przyznać. Jednak presja dezorientuje. Wielokrotnie więźniowie przyznawali się do zbrodni, których nigdy nie popełnili, lub oskarżali o nie innych, by uniknąć bicia. Nima czekał więc, aż Dolkar zdradzi, ile wie, lub da do zrozumienia, o co jej chodzi. Jego milczenie wprawiało ją jednak w furię.

– Przyznaj się! Przyznaj! – ryczała, wymachując mu przed nosem zaciśniętą pięścią.

Całemu spektaklowi przyglądał się jeden z najwyższych funkcjonariuszy partii w więzieniu. Później dowiedzieliśmy się, że identyczny wiec zorganizowano w brygadzie budowlanej, do której należał Tendar Nagbo. Tam karty rozdawał Tro Tro Lha Lo. Tendar nie przyznał się do niczego, ale Nima nie wytrzymał w końcu i powiedział o swojej rozmowie z Tendarem.

Dolkar triumfowała.

– Reakcjoniści Tendar i Nima spiskowali i rozsiewali kontrrewolucyjną propagandę – ogłosiła. – Wychwalali wroga ludu.

Nimę powleczono teraz na spotkanie z Tendarem, który nadal wszystkiemu zaprzeczał.

Śledztwo trwało kilka dni. Później wezwano nas na wiec, podczas którego musieliśmy potępić ich obu. A potem, pewnego wieczora, tuż przed zamknięciem cel, zaczął się ogromny ruch. Brakowało mnicha imieniem Gedun Sonam i strażnicy rozpoczęli gorączkowe poszukiwania. Słyszałem warczenie silników dżipów od strony bramy. Żołnierze nerwowo wychylali się z wieżyczek. Jeden ze strażników raz po raz przypominał, że nadszedł czas zamykania cel i wykrzykiwał imię Sonama, jak gdyby ten zapomniał nagle, gdzie jest i która jest godzina. Zastanawiałem się, czy Sonam rzeczywiście zdołał uciec. Był znacznie starszy ode mnie; pochodził z Drepungu i pracował jako kucharz w naszej brygadzie. Jowialny i przyjazny, słynął ze swojej wiedzy i wykształcenia.

Strażnicy znaleźli go w końcu za kuchnią. Podciął sobie gardło toporem rzeźniczym.

Samobójstwo Geduna Sonama tchnęło nowego ducha w śledztwo przeciwko Tendarowi i Nimie. Władze ogłosiły, że sprawy te łączą się i że to oni odpowiadają za śmierć Sonama. Skazano ich na dożywocie. Tydzień później odebrał sobie życie Nima. Więzień z jego celi powiedział mi, że wieczorem Nima położył się na pryczy i zagrzebał pod kocem. Kiedy rano nie wstał, starszy celi podniósł koc. Nima leżał w kałuży krwi. Wbił sobie w szyję tępy kawałek metalu, nie wydając przy tym żadnego dźwięku, który mógłby obudzić współwięźniów.

Wielu więźniów odbierało sobie życie. Jedni uważali to za tchórzostwo, inni – za akt odwagi. Ja nie ważyłem się ich osądzać. Nikt nie potrafi zrozumieć rozpaczy, która popycha drugiego człowieka do samobójstwa. Jako buddyjskiego mnicha uczono mnie uważać ludzkie życie za jedną z najcenniejszych rzeczy na świecie. Znajdowałem siłę w pragnieniu pokazania oprawcom, że nie złamali mnie i że nadal miałem odwagę, by żyć.

Jedyną zbrodnią Tendara i Nimy była myśl, że zbliża się wyzwolenie. Marzenia takie napawały komunistów przerażeniem, a nam dawały wolę życia. Źródłem nadziei był fakt, że Dalajlama jest wolny.

Chińczycy lubili teraz zaczynać wiece zdaniem: „Musicie porzucić próżne nadzieje”. Często mówiono na nas a-jong go-khar, co znaczyło, że będziemy czekać na wolność Tybetu, aż osiwiejemy. Dawanie wyrazu takiej nadziei uważane było za poważne przestępstwo.

Po samobójstwach Geduna Sonama i Nimy Dolkar została nagrodzona jako gorliwa bojowniczka sprawy socjalizmu i odzyskała dawną pozycję. Znowu zarządzała brygadą kobiecą i przechadzała się po więzieniu z taką miną, jakby był to jej prywatny folwark. Czułem, że poluje na nowe ofiary; robiliśmy wszystko, żeby jej unikać.

Jednak nie dało się uniknąć kłopotów. Niewinny dla nas gest mógł zostać uznany przez władze za przekroczenie jakiegoś nie znanego nikomu prawa. W październiku 1965 roku, podczas obchodów rocznicy przejęcia przez partię komunistyczną władzy w Chinach, wysłano mnie do pomocy w kuchni naszej brygady. Kucharz, którego znałem jeszcze z Drepungu, był w doskonałym nastroju. Powiedział mi, że będziemy jeść pierogi z mięsem.

– Nie cieszysz się? – zapytał.

Odpowiedziałem cytatem z VI Dalajlamy, który był autorem najpiękniejszych liryków Tybetu:

– „Kiedy nie możesz mieć ukochanej na zawsze, jakiż pożytek z jednego dnia?” – i niemal natychmiast o tym zapomniałem.

Kilka tygodni później, podczas jednego z regularnych zebrań, których celem było „ujawnianie kryminalistów”, padło na kucharza. Zawsze siedzieliśmy w milczeniu, z szybko bijącymi sercami, przerażeni, że tym razem możemy zostać wytypowani na ofiarę wiecu.

Oczywiście, wiedziałem, że nie popełniłem żadnego przestępstwa. Niemniej każdy więzień musiał opanować sztukę obwiniania się, które sprawiało radość partii. Ja przyjąłem taktykę polegającą na przyznawaniu się do jakiegoś drobnego wykroczenia, ubierając je w szumne ideologiczne slogany. Mogłem na przykład powiedzieć, że często chodziłem do latryny, by uniknąć pracy, zakłócając w ten sposób produkcję i budowę socjalizmu. Największym problemem był jednak moment, gdy kazano nam oskarżać i krytykować innych.

Podczas tego akurat wiecu kucharzowi polecono poddać krytyce mnie. Zacytował moją uwagę z kuchni, przedstawiając ją jako szkalowanie partii i gloryfikację społeczeństwa feudalnego. Moje słowa miały być próbą przywrócenia starego porządku.

Kazano mi wstać. Strażnik wpatrywał się we mnie z udawanym zdumieniem.

– Ty zatwardziały reakcjonisto! – powiedział w końcu. – Jak możesz porównywać epokę feudalną z nowym społeczeństwem?

Potem zapytał innych więźniów, czy żyło im się lepiej przed przybyciem Chińczyków. Oświadczył, że dawniej odmawiano więźniom jakiegokolwiek pożywienia i głodzono ich w lochach, podczas gdy nowe społeczeństwo daje szansę zmienienia się nawet zbrodniarzom, którzy podnieśli rękę na partię.

Milczałem. Moje wyjaśnienia i tak na nic by się nie zdały. Dla oskarżonych nie było żadnej obrony. Kazano mi uważnie obserwować własne myśli i postępowanie.

– Nie spuścimy cię z oka – powiedział strażnik. – Musisz odciąć się od feudalnych mrzonek i włączyć w życie nowego społeczeństwa.

A potem przesłuchiwano mnie przez osiemnaście dni, pytając, czy rzeczywiście sądzę, że stary porządek był lepszy od nowej, socjalistycznej epoki.

Siedziałem już pięć lat, ale wciąż nie mogłem się przyzwyczaić do więziennego reżimu. Utrata wolności tak bardzo boli. Praca, jaką wykonywałem w Drapczi, nie była wyczerpująca, ale strach przed wiecami krytyki palił jak najgorsze tortury. Na dodatek nie miałem żadnych wiadomości o rodzinie. Nie wolno nam było pisać listów, bo każdy kontakt ze światem za murami budził natychmiast podejrzenia.

W tym samym czasie krewnych zmuszano do krytykowania i wyrzekania się nas. Kontakt z więźniem politycznym uznawany był za przestępstwo. Jeśli do niego doszło, rodzinę odwiedzał funkcjonariusz partii i poddawał ją tak zwanej „reedukacji”. Pytał, czy stoi po stronie socjalizmu i ludu pracującego, czy też „reakcjonistów, którzy występują przeciwko partii i jedności macierzy”. Na to pytanie mogła być, oczywiście, tylko jedna odpowiedź.

Zapomnienie o najbliższych było dla wszystkich najbezpieczniejszym rozwiązaniem. Nauczyliśmy się żyć tak, jakbyśmy byli sierotami – bez rodziców, braci, sióstr, a nawet przyjaciół za murami. Dla mnie, mnicha, było to chyba łatwiejsze niż dla wielu innych więźniów. Ja nauczyłem się żyć w samotności. Nie łączyły mnie z nikim silne więzy, nie prześladowały wspomnienia o żonie i tulonych w ramionach dzieciach. Często zdarzało się, że kobiety wychodziły ponownie za mąż, by udowodnić, że całkowicie zerwały więzi z reakcyjnymi mężami. Partia lubiła publiczne deklaracje tego rodzaju.

W lutym 1966 roku przeniesiono mnie znowu do innego więzienia. Kiedy kazano nam się spakować, wszyscy wpadliśmy w popłoch na myśl, że trafimy do graniczącego z Birmą Kongpo. Więźniowie żyli tam w sercu tropikalnej dżungli, tak daleko od Lhasy i innych ośrodków władzy, że strażnicy nie czuli się niczym skrępowani, bijąc i wymierzając kary.

Nigdy nie podawano nam przyczyn przeniesienia. Przeprowadzki urządzano nie tylko ze względów administracyjnych, ale przede wszystkim po to, by zapobiec tworzeniu się jakichkolwiek nieformalnych więzów i struktur w więzieniach. Partia wszędzie węszyła spisek.

Co kilka miesięcy wszyscy więźniowie zmieniali cele, by nie pozostawać za długo w jednym miejscu. Jeśli władze uznały, że między więźniami zawiązuje się przyjaźń, natychmiast ich rozdzielano. Karcono nas za każdy ludzki odruch. Przyjaźń nazywano oficjalnie „pociskiem w polewie cukrowej”, zwłaszcza gdy łączyła przedstawiciela klasy pracującej z osobą o „złym” pochodzeniu klasowym. Pamiętam, że byłego arystokratę poddano thamzingowi za poczęstowanie więźnia papierosem. Uznano to za „próbę wkupienia się w łaski klasy pracującej”.

Przestrzegano nas przed „pociskami w cukrze”, które wystrzeliwał wróg klasowy, by udaremnić socjalistyczną rewolucję. Więźniowie szybko uczyli się unikać niepotrzebnych kontaktów towarzyskich. Kryminalnych i politycznych więźniów z ubogich rodzin zachęcano do wspierania rewolucji ujawnianiem wrogów klasowych. Niektórzy brali sobie te rady do serca.

Wielokrotnie przenoszono mnie z celi do celi, czasem zmieniałem też brygady. Pewnego zimnego lutowego poranka przewieziono mnie do Sangjipu, nowego więzienia, które zawdzięczało nazwę pobliskiej wiosce, zagubionej w wąskiej dolinie, położonej o jakieś piętnaście mil na północny zachód od Lhasy.

Strome ściany doliny chroniły Sangjip przed lodowatymi wichrami. Kompleks szybko się rozrastał i już wkrótce obejmował trzy odrębne więzienia oraz szkołę Ludowej Policji Zbrojnej i administrację całego systemu penitencjarnego Tybetu. Niemniej w 1966 roku, kiedy mnie tu przeniesiono, Chińczycy mieli tu tylko dwa więzienia: Outritu i Jitritu, czyli numer pięć i jeden. Wysłano mnie do więzienia numer pięć, podzielonego na pięć brygad. Moja brygada stacjonowała poza budynkami i wykonywała różne prace za drutami.

Więźniowie mieszkali w namiotach otoczonych gęstymi zasiekami. Teren obozu patrolowano dzień i noc. Każdy namiot, w którym mogło mieszkać do piętnastu więźniów, stanowił zespół. Mój zajmował się pracami, takimi jak malowanie, kruszenie kamieni, wypalenie cegieł itd.

W nocy temperatura spadała poniżej zera i tuliliśmy się do siebie w poszukiwaniu odrobiny ciepła. Często budziło mnie wycie wiatru. Brezent namiotu pokrywała gruba warstwa lodu.

Chińczycy spieszyli się ze wznoszeniem budynków, które miały wkrótce stać się sercem Sangjipu. Bez wątpienia szykowali się na przyjęcie większej grupy nowych więźniów. Z początku przydzielono mnie do kruszenia młotem ogromnych głazów, ale potem dano mi lżejsze zajęcie – malowanie okiennych ram.

Cotygodniowe zebrania odbywały się w namiocie i, tradycyjnie, spędzały nam sen z powiek. Po sześciu latach w więzieniu trudno było wymyślić coś, do czego mógłbym się przyznać. Często zabierało mi to cały dzień. Z reguły starałem się znaleźć coś związanego z lenistwem i unikaniem pracy, a więc zakłócaniem socjalistycznej produkcji. Jeżeli miałem szczęście, starsi celi kupowali tę bzdurę i udzielali mi reprymendy. Czasem jednak czepiali się jakiegoś drobnego wykroczenia, oskarżając mnie o przeciwstawianie się partii. Nie było cięższego oskarżenia.

Wiosną 1966 roku zacząłem wyczuwać pewne zmiany w polityce partii. Codziennie, podczas przerwy na obiad, czytaliśmy wspólnie artykuł wstępny Dziennika Tybetańskiego i musieliśmy o nim dyskutować. Zwykle sprowadzało się to do ciskania gromów na wroga, o którym mówił dzisiejszy artykuł: czy to na imperialistyczną Amerykę, rewizjonistyczny Związek Radziecki czy też ekspansjonistyczne Indie. Powtarzaliśmy po prostu akceptowane przez władze i drukowane w gazecie poglądy.

Tej wiosny jednak artykuły wstępne straciły nagle na wyrazistości. Pełno w nich było niejasnych oskarżeń pod adresem wrogów klasowych i reakcjonistów. Chińscy urzędnicy zaczynali się gubić, nie znajdując w gazecie jasno określonego wroga. Później, gdy zacząłem lepiej rozumieć sposób funkcjonowania partii komunistycznej, uświadomiłem sobie, że brak precyzji artykułów wstępnych świadczy o chwilowej dezorientacji, spowodowanej walkami wewnętrznymi między najwyższymi przywódcami. Ten akurat okres ogólnego zamieszania miał okazać się początkiem rewolucji kulturalnej.

Pewnego majowego poranka kazano nam zostawić pracę i rozebrać namioty. Upchano nas na ciężarówkach i przewieziono do więzienia Sangjip. W budynkach mieszkały stale tylko trzy z pięciu brygad, wieczorem w więzieniu było więc bardzo tłoczno. Tybetański oficer kazał nam rozbić namioty na dziedzińcu. Każdy zespół rozpaczliwie szukał wolnego miejsca i wkrótce plac pokrył się namiotami.

Maj nie był typowym miesiącem takich spędów. Zwykle zbierano nas w zimie, kiedy to Chińczycy zwoływali miesięczny wiec „nagród i kar”. Z doświadczenia wiedziałem już, że nagłe zmiany są zawsze zwiastunem złych nowin.

Tłok i strach przed tym, co miała przynieść nam przyszłość, skutecznie odpędzał sen. Następnego dnia po pobudce zapadła niezwykła cisza. Nikt nie pędził nas do pracy. Nawet drzwi cel stały otworem. Snuliśmy się więc bez celu po dziedzińcu.

Kiedy wreszcie pojawiła się grupa oficjeli, brygadierzy zarządzili apel. Zebranie prowadził wysoki chiński oficer. Powiedział, że przewodniczący Mao osobiście polecił każdemu mężczyźnie, każdej kobiecie i każdemu dziecku w Chinach wziąć udział w rewolucji kulturalnej, która oczyści szeregi partii z rewizjonistów.

Wręczono nam książeczki z „Szesnastopunktową dyrektywą” przewodniczącego Mao. Oficerowie kazali nam nauczyć się jej na pamięć, jasno określić „swoją pozycję” i wydać wojnę wszystkim wrogom partii. Byłem zdumiony szybkością, z jaką władze opublikowały broszurkę i jej tybetański przekład. Już to wskazywało, że nową kampanię należy traktować bardzo poważnie.

Ogłoszono również, że powinniśmy dać wyraz swoim wątpliwościom i zastrzeżeniom. Najwyraźniej sam Mao zapewnił, że nikt nie zostanie ukarany za wyrażanie swoich poglądów. Oficer, który nas o tym informował, mówił łagodnym, melodyjnym głosem i sprawiał wrażenie szczerego. Nie przekonał mnie jednak. Zabrzmiała znajoma nuta, którą poznałem tak dobrze podczas wszystkich przesłuchań: Przyznaj się, a zostaniesz potraktowany łagodnie.

Ale niektórzy z nas rozpaczliwie pragnęli mówić. Chińskie obietnice sprawiły, że wielu więźniów dało upust żalom i uczuciom, które dławili w sobie od lat. Nigdy nie mówiliśmy o braku wolności, o strachu, jaki wzbudzały w nas cotygodniowe zebrania, o okrucieństwie starszych cel. A najbardziej tęskniliśmy za tym, by znów swobodnie rozmawiać ze sobą bez strachu, że nasze słowa zostaną przekręcone i uznane za szkalowanie partii. Obiecana wyrozumiałość okazała się oczywiście pułapką, taktyką, którą Chińczycy nazwali później „wywabianiem węża z nory”. Obietnica ta dała początek rewolucji kulturalnej, która na najbliższych dziesięć lat miała zepchnąć Tybet na dno piekieł.

Rozdział VIII

Rewolucja kulturalna

Pewnego ranka tego lata kazano mi pomalować nowy dom w pobliżu Drapczi. Nie zdążyłem wiele zrobić, gdy pracę przerwało mi nagle pojawienie się płynącego ku mnie lasu czerwonych flag. Sztandary łopotały dumnie na wietrze, ich czerwień krwiście odcinała się od błękitu nieba. Potem usłyszałem dudnienie bębnów i brzęk czyneli. I slogany wzbijające się ponad ten łoskot: Mao Wanzi! Mao Wanzi!, „Niech Mao żyje przez tysiąc lat!”.

Kiedy zobaczyłem wyraźniej tłum, pomyślałem, że to jakieś święto dla dzieci. Nie dostrzegłem nikogo, kto wyglądałby na więcej niż piętnaście lat. Później dzieci te dały się poznać jako awangarda rewolucji. W marszach uczestniczyli nawet malcy, klaszcząc z entuzjazmem w dłonie. Wszyscy nosili na rękach czerwone opaski, byli przecież Czerwoną Gwardią. Nie zaszczycili obserwujących ich więźniów nawet jednym spojrzeniem.

Wieczorem dowiedziałem się, że podobna grupa złożyła wizytę w naszym więzieniu i wręczyła deklarację, w której domagano się, by wszyscy funkcjonariusze przystąpili do rewolucji kulturalnej i oczyścili szeregi partii z reakcjonistów. Czerwona Gwardia miała wywołać w najbliższych latach wiele zamieszania. Młodzi ludzie podchwycili slogan Mao: „Dobrze jest się buntować”. Wyszli na ulice, niszcząc wszystko, co ich zdaniem przeszkadzało rewolucji. Jeśli mogę być wdzięczny za coś więzieniu, to chyba tylko za ocalenie przed okrucieństwem czerwonogwardzistów.

Kiedyś w Seitru widziałem, jak plądrują budynek administracji. Robili z papieru wysokie czapki z oślimi uszami i zakładali je wyższym oficerom, a potem rwali na nich ubrania i wypędzali z budynków. Kazano im stanąć na małym dziedzińcu przed świeżo pobieloną ścianą. A potem pochylali się powoli, z rękoma na kolanach. Trzęśli się ze strachu i bólu. Czerwona Gwardia kazała im się kłaniać.

Najpierw pomyślałem, że dostają wreszcie to, na co zasłużyli – poznają smak lekarstwa, które tak długo podawali innym. Choć poczucie zemsty sprzeciwia się mojej religii, jest przecież potężnym impulsem. Oficerowie straży więziennej i strażnicy stanowili szary koniec długiego łańcucha władzy, jednak to oni, bez litości, zadawali nam ból. Nic więc dziwnego, że nasz gniew kierował się przede wszystkim ku nim. Czerwonogwardziści pluli na nich, oskarżając o przeszkadzanie rewolucji. Nie ujawniali jakoby wrogów partii.

Następnego dnia ci ludzie chodzili po więzieniu z opuszczonymi głowami. Wyglądali na pokornych i zagubionych. Zgodnie z polecenie Czerwonej Gwardii zwołali wiec, przyznając się do braku gorliwości we wspieraniu rewolucji. Teraz czekały ich sesje edukacyjne.

Od połowy maja nasza brygada też pilnie studiowała. Przez miesiąc musieliśmy uczyć się dyrektyw Mao i śledzić – za artykułami wstępnymi Dziennika Ludowego – rozwój rewolucji. Puszczono nam też film ze spotkania Mao z tysiącami czerwonogwardzistów na placu Niebiańskiego Spokoju w Pekinie.

Później ogłoszono, że rewolucją kierują bezpośrednio przewodniczący Mao i Lin Biao. Nigdy przedtem nie słyszałem o tym drugim. Nazywano go „pierwszym uczniem ukochanego przewodniczącego Mao”. Przez następne dwa lata nie odbyło się zebranie, na którym by o nich nie wspomniano.

Powiedziano nam, że rewolucję kulturalną rozpoczął przewodniczący Mao w celu usunięcia czynników blokujących rozwój socjalizmu i wyeliminowania tych wrogów partii, którzy usiłowali zniszczyć rewolucję. Mieliśmy z pełnym oddanie włączyć się w rewolucję, reformując nasze myśli i działania. Ostrzegano, że każdy, kto zejdzie z drogi postępu, zostanie zdeptany jak robak.

Nie mogłem zrozumieć, co to wszystko ma wspólnego z Tybetem.

Pewnego letniego poranka poinformowano nas, że nie wyjdziemy dziś do pracy. Zamarło mi serce; większość z nas wolała pracę niż nie kończące się wiece. Praca stała się wytchnieniem od obowiązku sławienia partii i przewodniczącego Mao. Tego ranka przecież mogliśmy tylko stać na dziedzińcu i patrzeć, jak nasi oficerowie i jacyś urzędnicy zasiadają za stołem na wysokim podium.

Komendant więzienia, wychudzony Chińczyk po czterdziestce, powiedział:

– Stare feudalne społeczeństwo jest martwe. Jedyną drogą jest socjalizm. Musicie poddać się reformie, nauczyć kochać partię i masy.

Pierwszym krokiem do tego, wyjaśnił, było porzucenie „czterech starych”: naszej starej kultury, obyczajów, nawyków i myśli. Potem potrząsnął kułakiem i krzyknął:

– Nie ma ucieczki przed żelazną pięścią proletariatu!

Wygłoszono jeszcze kilka przemówień w tym duchu, a następnie zakończono zebranie i kazano nam wrócić do cel, by omówić „poruszone kwestie”. Starszy celi czekał już na nas; zaczął powtarzać to, co usłyszeliśmy na dziedzińcu. Nagle przerwały mu odgłosy jakiegoś zamieszania. Wybiegliśmy na dziedziniec, gdzie więźniowie rzucali na rosnącą w oczach stertę swoje wełniane koce, księgi, buty, ubrania i inne przedmioty osobistego użytku.

Porzucali „cztery stare”. Oczekiwano od nas zniszczenia wszystkiego, co nie było „nowe”. Pod stertę podłożono ogień i po chwili płonęła jak stos pogrzebowy. Zachęcano nas do ciśnięcia w płomienie całego dobytku. Udało mi się przechować komplet mnisich szat, których używałem jako koca; teraz rzuciłem je w ogień. Inni więźniowie palili swoje najcenniejsze rzeczy, w tym księgi religijne i przedmioty rytualne. Dziedziniec spowiła czarna chmura lepkiego dymu.

Młody strażnik wpadł do naszej celi, zauważył parę skórzanych butów i kazał je spalić.

– Ależ one są nowe – jęknął ogłupiały właściciel.

– Ale zrobione przez indyjskich ekspansjonistów – odparł strażnik.

Potem zauważył moją małą skórzaną sakwę, thang go, i zapytał:

– Dlaczego czepiasz się starego?

Wszyscy tybetańscy pasterze używają thang go do noszenia campy. Pielgrzymi trzymają je za pasem – można nawet z nich jeść, jeśli nie ma się odpowiedniejszego naczynia.

– To przedmiot codziennego użytku klasy pracującej – odpowiedziałem natychmiast.

– To do niczego nie potrzebny przeżytek feudalizmu – uciął krótko. A potem dodał: – Dzięki dobroci partii nawet więźniowie mogą jeść z nowoczesnych talerzy. W przeszłości przywilej ten zarezerwowany był jedynie dla członków klasy wyzyskującej.

Wyszedłem na dziedziniec i spaliłem moją feudalną thang go. Patrzyłem jak żar płomieni marszczy wysłużoną skórę i nie wiedziałem, czy płakać, czy śmiać się. Nawet zwykła skórzana sakwa budziła niepokój naszych nowych władców.

Od tej pory wszystkie rzeczy dzieliły się na „przeżytki starego społeczeństwa feudalnego” i na „nowe przedmioty socjalistyczne”. Niektórych więźniów zmuszono do spalenia tradycyjnych drewnianych misek. Nasz dobytek dokładnie przeszukano, abyśmy nie mogli niczego ukryć. Zniszczeniu podlegały też wszystkie przedmioty bordowe i żółte, gdyż kolory te wiązano z religią – chyba że udało się nam zafarbować je na czerwono lub zielono. Wybrałem farbowanie. Inni palili swoje rzeczy, by wykazać się rewolucyjnym entuzjazmem. Więzienie pogrążyło się w chaosie.

Kilka dni później zobaczyłem dym unoszący się nad Sera – trzecim co do wielkości klasztorem Tybetu, oddalonym o kilka mil na wschód od naszego więzienia. Niemal przez tydzień wyrastały wokół nas słupy czarnego dymu, nieme świadectwa gorączkowej walki ze „starym”. Ogień trawił księgi, szaty, obuwie, wszystko, co było nam bliskie i drogie. Dopiero po opuszczeniu więzienia miałem zrozumieć prawdziwą skalę zniszczeń dziedzictwa mego kraju.

Pamiętam, jak na głównym dziedzińcu znalazłem kiedyś walającą się po ziemi, nadpaloną, pojedynczą kartkę. Podniosłem ją i zobaczyłem, że pochodziła z księgi, której uczyłem się kiedyś na pamięć w klasztorze. Sczerniały papier rozpadł mi się w palcach. Zacząłem płakać, ale niemal natychmiast wziąłem się w garść i wytarłem łzy rękawem. Wróciłem do baraków, gdzie powitał mnie nowy, ogromny portret przewodniczącego Mao.

Kampania przeciwko „czterem starym” wywołała we mnie coś w rodzaju paraliżu. Nie byłem w stanie powiedzieć czy zrobić czegokolwiek bez strachu przed oskarżeniem o lgnięcie do starych myśli, obyczajów, kultury czy nawyków. Potem ogłoszono, że wykreśliwszy z naszego życia „cztery stare”, musimy nabrać nawyków nowych, socjalistycznych. Uczyliśmy się na nowo mówić i pisać, w nowym, socjalistycznym duchu, godnym nowej, socjalistycznej kultury. A jeśli chcieliśmy przetrwać, musieliśmy dobrze udawać, że robimy to z zapałem.

Codzienne zebrania stawały się coraz brutalniejsze. Po pracy wracaliśmy do baraków na wieczorny posiłek i krótką lekcję, poświęconą lekturze „Czerwonej książeczki” Mao lub artykułu wstępnego Dziennika Tybetańskiego. Raz w tygodniu zwoływano wiec zeznań i krytyki.

Moja taktyka, polegająca na zarzucaniu sobie próżniactwa i krytykowaniu lenistwa innych więźniów, przestawała się sprawdzać. Starszy celi osobiście odpowiadał za jakość zarzutów, które stawialiśmy sobie nawzajem. Pamiętam, że siedziałem kiedyś na pryczy, czekając na swoją kolej z absolutną pustką w głowie. Nie potrafiłem wymyślić żadnego samooskarżenia. Zmęczony moim milczeniem, starszy celi ogłosił z pogardą:

– Palden poddał się tak głębokiej reformie, iż sądzi, że powinien zostać natychmiast zwolniony! Czyż nie?

Wiedziałem, że próbuje mnie sprowokować. Pomyślałem, że najlepiej zrobię, milcząc, ale po chwili uświadomiłem sobie, że tym razem mi nie daruje. Postanowił zmusić mnie do powiedzenia czegoś, co będzie można uznać za „antypartyjne”. W końcu zapisał sobie, iż odmówiłem zeznań, oskarżając mnie o aroganckie poczucie, że poddałem się w pełni reformie.

Następnego wieczora do naszej celi przyszli dwaj oficerowie. Starszy usiadł przy drzwiach i zapalił papierosa, młodszy energicznie przemaszerował przez celę i stanął na jej drugim końcu. Poczułem, że przyszli tu dla mnie. Notatka starszego celi powędrowała do biura. Wszyscy więźniowie przyglądali się w milczeniu, jak starszy ze strażników idzie ku mnie ze skrzyżowanymi na piersi rękoma.

– Niektórzy więźniowie sądzą, że zostali członkami nowego społeczeństwa – powiedział. – Ale człowiek winny, reakcjonista nie zmienia się w ciągu jednej nocy. Jest jak kamień owinięty w bawełnę: na wierzchu miękki, a w środku twardy.

Nagle pochylił się ku mnie i spojrzał mi prosto w oczy.

– Paldenie, czy rzeczywiście sądzisz, że powinniśmy cię wypuścić?

Milczałem. Strażnik uśmiechnął się słabo i powiedział:

– Ci, którzy odmawiają odpowiedzi, okazują socjalizmowi pogardę.

Potem ryknął, że mam wstać i stanąć na środku celi. Wrzeszczał na mnie, jak gdybym był krnąbrnym dzieckiem.

– Została ci tylko jedna droga! – wrzasnął na koniec.

Skinął na starszego celi, który podniósł pięść i zaczął skandować:

– Zniszczyć reakcjonistów! Zniszczyć reakcjonistów! – natychmiast dołączył do niego chór wszystkich więźniów.

Pierwsze uderzenia zadał strażnik i starszy celi. Osłoniłem głowę rękoma. Wydawało mi się, że biją mnie całą wieczność, ale nie mogło to trwać dłużej niż dwadzieścia minut. Kiedy strażnicy wyszli, wpełznąłem na pryczę i mimo bólu zasnąłem. Rano zdjąłem koszulę, żeby obejrzeć sińce i zadrapania, które pokrywały moje ramiona i żebra. Kiedy kuśtykałem do latryny, inni więźniowie sprawiali wrażenie bardzo zajętych, jak gdyby chcieli uniknąć spojrzenia mi w oczy.

Rewolucja kulturalna trwała do śmierci przewodniczącego Mao. Dziesięć lat. W tym okresie pobito mnie w podobny sposób co najmniej trzydzieści-czterdzieści razy. Nie było więźnia, który uniknąłby thamzingu. A ponieważ zawsze uczestniczyli w nim inni więźniowie, partia nie ponosiła żadnej odpowiedzialności. Byliśmy jak marionetki, niezdolne do jakiejkolwiek obrony. Gdyby władze powiedziały, że słońce wschodzi na zachodzie, wszyscy by przytaknęli.

* * *

Tybet podzielony był teraz na dwie zwalczające się frakcje: Gjenlog – buntowników, i Njamdrel – sojuszników. Podziały biegły przez biura, wydziały pracy, często członkowie jednej rodziny stali po dwóch stronach barykady. Na walki frakcyjne nie byli uodpornieni również nasi strażnicy i oficerowie. Młodsi oskarżali starszych o to, że sprawując władzę, blokowali postępy rewolucji. Dziennik Tybetański wzywał masy do tępienia agentów Liu Shaoqi, byłego wiceprezydenta Chin, uznanego za przywódcę kapitalistów, którzy przeniknęli w szeregi partii.

Te wewnętrzne spory odbierały nam resztki spokoju. Nadal trwały wiece i wymierzano kary. Wciąż napływali nowi więźniowie, głównie młodzi Tybetańczycy i Chińczycy. Większość należała do partii i została oskarżona o sprzyjanie Liu lub Dengowi w Tybecie. W lecie 1967 roku walki między Gjenlog i Njamdrel sparaliżowały cały kraj. Jedyną funkcjonującą instytucją była armia, zarządzanie więzieniem przejęli więc żołnierze. Musieliśmy nazywać ich „obrońcami macierzy”.

Panujący w kraju chaos uprzytomniło mi pewne zdarzenie. Idąc pewnego dnia do kuchni, zauważyłem grupę chińskich więźniów, wygrzewających się w promieniach słońca. Czyste ubrania zdradzały nowo przybyłych. Jeden z nich wydał mi się znajomy. Palił i rozmawiał z innymi, ale gdy podszedłem, spojrzał mi prosto w oczy.

– Witaj, Cai Juzhang! – powiedziałem.

Zerwał się i podbiegł do mnie z wyciągniętą ręką, śmiejąc się serdecznie.

Cai był komendantem więzienia Norbukhungce, w którym siedziałem w 1960 roku. Nigdy mnie nie przesłuchiwał, ale zdążyłem dobrze go poznać. Miał okrągłą, pulchną twarz i, choć choleryk, nie był złym człowiekiem. Łatwo wpadał we wściekłość, ale równie szybko wracał do równowagi i zwalniał więźnia bez dalszych przykrości. Jego obecność w więzieniu – jako więźnia – wprawiła mnie w osłupienie.

Równie szokujący był widok Łangjala, młodego Tybetańczyka z Gjance, który był osobistym tłumaczem Cai Juzhanga. Łangjal skorzystał na wkroczeniu Chińczyków do Tybetu. Pochodził z biednej rodziny, a komuniści wysłali go do Chin, by zdobył wykształcenie. Sprawiał wrażenie zagubionego i zniechęconego. Poznał mnie, ale nie odezwał się słowem – może wstydził się, a może bał oskarżenia o kontakty z reakcjonistą.

Cai został w więzieniu do 1976 roku. Oskarżono go – i Łangjala – o finansowe nadużycia. Był to typowy fałszywy zarzut stawiany wielu urzędnikom.

Dni wlokły się powoli; praca była jedynym wytchnieniem od strachu przed oskarżeniem. Presja na przyznawanie się do winy i oskarżanie stawała się nieznośna. Wszyscy szpiegowali się nawzajem. Każdy gest obserwowały setki par oczu. Strach czynił nas uległymi, choć w głębi duszy gardziłem władzami chińskimi za ich okrucieństwo.

Niemniej między więźniami nawiązywała się nić zrozumienia i sympatii. Wiedzieliśmy, że wszystkich nas zmusza się do robienia tych samych rzeczy. I choć na oskarżenia reagowaliśmy początkowo wrogością, wkrótce nauczyliśmy się wybaczać je i nie żywić do siebie żadnej urazy.

Nie było innego wyjścia. Odmowa udziału w sesji czy wiecu zostałaby uznana za działanie antysocjalistyczne równoznaczne z buntem. Podczas wieców walki żołnierze notowali każde słowo. Jeżeli zauważyli, że ktoś ociąga się lub udaje, oskarżali go o brak rewolucyjnego entuzjazmu. Wymagano od nas, byśmy traktowali współwięźniów jak najgorszych wrogów.

Jako reakcjonista należący do klasy wyzyskiwaczy, byłem łatwym celem. W więzieniu, tak jak za jego murami, jedynymi beneficjantami rewolucji kulturalnej byli „biedni chłopi”. Więźniów kryminalnych, którzy pochodzili z ubogich rodzin, traktowano znacznie łagodniej. Szybko odkryli oni zalety swego nowego statusu i zaczęli je wykorzystywać. Nazywaliśmy ich „szerokimi karkami”. Owi „biedni chłopi”, nie skażeni pragnieniem przywrócenia feudalnego porządku, mieli według władz „czystą kartę polityczną”. Paradowali po więzieniu napuszeni jak pawie i choć również podlegali krytyce, należało być z nimi bardzo ostrożnym, by nie narazić się na oskarżenie o gnębienie klasy pracującej.

Tak w więzieniu, jak poza jego murami, o wartości człowieka decydowało teraz wyłącznie pochodzenie klasowe. Więzień kryminalny, który ciężko pracował, żarliwie krytykował i okazywał entuzjazm w wojnie klasowej, mógł liczyć na rychłe odpuszczenie grzechów i zwolnienie.

Pod koniec 1967 roku wiece przerodziły się w popisy oratorskie; recytowaliśmy litanie błahych oskarżeń i przyznawali do niezliczonych śmiesznych przewinień. Kary były tak surowe i okrutne, jak zawsze. Krytykowano nawet sposób, w jaki siedzimy. Jeżeli siadaliśmy ze skrzyżowanymi nogami, w pozycji Buddy, natychmiast oskarżano nas o okazywanie feudalnego szacunku Buddzie. Kazano nam naśladować żołnierzy AL-W i kucać. Ta pozycja okazała się dla mnie bardzo niewygodna; jestem też przekonany, że większość Tybetańczyków uważała ją za głupią. Trzęsły się nam nogi. Po kilku minutach musiałem wstawać, udając, że muszę czegoś poszukać.

Wiosną 1968 roku wysłano mnie do pracy w położonej w pobliżu więzienia cegielni. Przez kilka miesięcy nie bito mnie i nie krytykowano. Wieczory poświęcaliśmy na studia, czyli na czytanie „Czerwonej książeczki”. Pewnego dnia weszło do naszej celi dwóch żołnierzy i nasz tybetański brygadier, Czungla, który był bardzo śniady i słynął z wybuchowego charakteru. Pierwszy przemówił wyższy oficer.

– Partia była łagodna i cierpliwa – zaczął z udawanym oburzeniem. – Partia dała reakcyjnym przestępcom szansę na poddanie się reformie, oni jednak nadal występują przeciwko ludowi i partii. Ci bandyci są jak rzeźnicy: wykładają na ladzie owcze łby, ale sprzedają tylko żylastą kozinę.

Miał ten żołnierz talent aktorski, trzeba mu to przyznać. Dla nas jednak taki nagły spektakl oznaczać mógł tylko jedno: ktoś z nas zostanie ukarany, i to surowo. W panikę wpadł nawet starszy celi. Jeśli przypadkiem nie doniósł nawet o drobnym wykroczeniu, mógł zostać oskarżony o współudział. Oficer spojrzał na drugiego żołnierza, a ten warknął:

– Palden Gjaco.

Zamarłem. Wszyscy więźniowie natychmiast się odprężyli. Nie miałem pojęcia, co mogłem zrobić. Wstałem i wyszedłem na środek celi. Oficer kazał mi się przyznać, oskarżając mnie o „wystrzelenie pocisku owiniętego w wełnę”.

– Przyznaj się! Przyznaj! – ryczał.

Niektórzy więźniowie, powodowani panicznym strachem, wyznawali w takiej chwili najbardziej strzeżone sekrety, ja wiedziałem jednak aż za dobrze, że muszę zachować spokój i czekać, aż Chińczyk powie, o co mu chodzi. Moje milczenie zaczęło irytować żołnierzy. Oficer kazał starszemu celi i innym więźniom przytrzymać mnie za ręce.

Przydusili mi głowę do ziemi i wykręcili ręce na plecach.

– Opuść głowę, bezwstydny reakcjonisto! – krzyknął oficer.

– Przyznaj się! Przyznaj się! – wtórował mu chór więźniów.

Nadal jednak milczałem. Do celi weszły jeszcze dwie osoby, więzień i strażnik. Starszy celi pociągnął mnie za włosy, żebym spojrzał na drzwi, i wskazując na nowego więźnia, zapytał:

– Poznajesz go?

Poznawałem. Nazywał się Rigzin i pochodził z Lhasy. Należeliśmy do tej samej brygady i często go widywałem. Pracował w tej samej cegielni, nadal jednak nie rozumiałem, co może nas łączyć.

– Tak – odpowiedziałem. – Znam go.

Starszy znów wcisnął mi głowę w ziemię i kazał zeznawać Rigzinowi.

– Reakcjoniści tacy jak Palden – zaczął nasz gość – nigdy nie pogodzili się z klęską feudalizmu. W duchu marzą ciągle o wskrzeszeniu jego trupa.

A potem ujawnił zbrodnię, którą jakoby popełniłem. Powiedział, że wcześniej tego dnia dokonałem „rytualnego ofiarowania wody”. „Rytuał” ów znał i praktykował każdy Tybetańczyk: po prostu zanurzało się palec w wodzie i rozpryskiwało kilka kropel jako ofiarę dla bóstw. Nie robiłem takich gestów od chwili rozpoczęcia rewolucji kulturalnej, doskonale znając konsekwencje, które spotkałyby każdego, kto dałby się na tym złapać.

– Przyznajesz się? – zapytał oficer.

– Nie składałem żadnych ofiar – odparłem z gniewem.

Oficer odwrócił się do Rigzina i kazał mu szczegółowo opisać okoliczności mojej zbrodni. Nie wierzyłem własnym uszom. Rigzin powiedział, że zanurzyłem ręce w strumieniu, nabrałem w nie wody i podrzuciłem ją w górę. Przypomniałem sobie tę chwilę. Po pracy wracaliśmy do więzienia wzdłuż wąskiego, czystego strumyka. Upuściłem rękawicę i schyliłem się po nią. Przy okazji napiłem się wody. Była tak przyjemnie chłodna, że obmyłem sobie twarz, a potem potrząsnąłem dłońmi, żeby je wysuszyć.

Rigzin zrobił z tego religijny rytuał. Oficer natychmiast zarządził thamzing. Więźniowie rzucili się na mnie, bijąc w plecy i żebra. Nie mogłem się ruszyć. Spadł na mnie grad ciosów. Więźniowie nie mieli wyjścia – gdyby nie bili wystarczająco mocno, oskarżono by ich zdradę socjalizmu. Nie mogłem nawet podnieść rąk, żeby zasłonić głowę.

Widziałem już, jak więźniowie umierali podczas thamzingów. Świetnie pamiętałem uroczego staruszka imieniem Szolkar Jonten, który był skrybą XIII Dalajlamy. Pobito go, bo nie chciał potępić Jego Świątobliwości. Umarł w drodze do izby chorych.

Nie miałem nic przeciwko szybkiej śmierci. Powiedziałem strażnikom, żeby mnie zabili. Sprawiali wrażenie zdumionych moją bezczelnością, odpowiedzieli uderzeniem w twarz i kopniakiem w żebra.

Kiedy bicie wreszcie się skończyło, strażnicy sapali jak psy. Śmierdziało potem. Leżałem na podłodze. Starszy celi rozwiązał sznur i zacząłem normalnie oddychać.

Oficer odwrócił się w drzwiach, spojrzał na mnie przeciągle i powiedział:

– Nie myśl, że z tobą skończyliśmy. Będziemy kontynuować śledztwo, dopóki się nie przyznasz.

Wdrapałem się na pryczę i gdy zelżał nieco ból, usnąłem. Następnego dnia przypadała moja kolej na przyniesienie herbaty z obozowej kuchni. Miałem opuchniętą twarz, ręce i ciało pokryte siniakami. Wszyscy widzieli, że ledwie się ruszam. Każdy więzień chętnie by mnie zastąpił, gdyby nie to, że gest taki uznano by za „bratanie się z reakcją” albo „okazywanie sympatii antysocjalistycznemu bandycie”. Wszyscy przyglądali się więc w milczeniu, jak niezdarnie podnoszę wiadro i kuśtykam na dziedziniec.

Później, jak co dzień, pomaszerowaliśmy do cegielni. Wystarczyło na mnie spojrzeć, żeby zrozumieć, co się stało. Wszyscy odwracali oczy. Starałem się pracować tak ciężko, jak mogłem, żeby nie pogorszyć swojej sytuacji. Im bliżej wieczora, tym większy ogarniał mnie niepokój. Bałem się powrotu do celi. Starszy celi czekał już na mnie, paląc papierosa. Kiedy zacząłem wspinać się na pryczę, zapytał:

– A ty co robisz?

Odparłem, że chcę się położyć. Starszy zaczął krzyczeć. Nazywał mnie dzie-lu pa, „zacofanym”, „opóźnionym”. Potem do celi przyszedł brygadier Czungla z dwoma żołnierzami, których poznałem poprzedniego dnia. Powtórzył oskarżenie, pytając, dlaczego nadal składam ofiary, wiedząc, że jest to zakazane. Znów zaprzeczyłem.

Starszy celi ogłosił więc thamzing. Opuściłem głowę. Więźniowie zaczęli mnie bić, wykrzykując oskarżenia. Niektórzy szarpali mnie tylko za ubranie, nie mogąc się zmusić do bicia kogoś tak bezradnego i wycieńczonego.

Trwało to przez trzynaście kolejnych wieczorów. Nie mogłem jeść. Jedynym wytchnieniem była praca. Kiedy odgwizdywano koniec zmiany i ustawiano nas w szeregu, mój żołądek kurczył się, a umysł napełniał strachem.

Pamiętam, że w tym samym czasie popełnił samobójstwo mnich z klasztoru Namgjal w pałacu Potala. Nazywaliśmy go Mei Metok, gdyż miał na twarzy charakterystyczne znamię. Mei został aresztowany w 1959 roku za udział w powstaniu i padł ofiarą thamzingu w tym samym czasie co ja.

Mei pracował ze mną w cegielni. Między fabryką i więzieniem zbudowano drogę, codziennie wędrowaliśmy jej poboczem w tumanach wzniecanego przez ciężarówki kurzu. Tego wieczora Mei szedł przede mną, dzieliły nas chyba trzy osoby. Tuż przed więzieniem wyrwał się z szeregu i rzucił pod koła wyjeżdżającej główną bramą ciężarówki. Wóz zatrzymał się z piskiem hamulców, ale zbyt późno. Stopy Mei przez chwilę konwulsyjnie kopały ziemię, a potem powoli znieruchomiały. Odwróciłem głowę. Kazano nam przyspieszyć kroku.

Nikt nie wspominał o śmierci Mei, jak gdyby – zapewne słusznie – nie dostrzeżono w niej nic niecodziennego. Byliśmy zbyt przerażeni, by okazywać uczucia. Nawet łzy były już tajemnicą.

Nasze życie stało się taką udręką, że nauczyliśmy się patrzeć obojętnie na bicie i tortury. Czułem, że tracę siły. Brzemię strachu i niepokoju, które towarzyszyły mi każdego dnia, zaczynało mnie dławić. Zastanawiałem się, czy nie pójść w ślady Mei Metoka. W celi znów zarządzono thamzing, ale tym razem nikt nie bił mocno. Nawet Czungla wydawał się przybity.

Przez dwa tygodnie odmawiałem przyznania się do winy, trzymając się swojej wersji. Oficer dał mi wreszcie spokój, mówiąc, że wróci do tej sprawy podczas dorocznego „wiecu oceniającego”. Myślę, że mój upór zjednał mi szacunek towarzyszy z celi.

Doroczny „wiec oceniający” odbywał się zawsze w zimie. Brygadierzy odczytywali raporty zgromadzonym więźniom. „Pilni”, którzy donosili na innych, dostawali nagrody – z reguły zdjęcia Mao lub egzemplarze „czerwonej książeczki”. Tym, którzy „nie poddali się reformie”, podnoszono wyroki. Zawsze też wydawano kilka wyroków śmierci.

Pewnego listopadowego poranka 1970 roku obudził nas zgrzyt otwieranej metalowej bramy, co zdarzało się bardzo rzadko. Potem rozległ się krzyk brygadierów, którzy kazali strażnikom budzić więźniów. Drzwi celi otworzyły się na oścież, strażnicy zaczęli nas zrzucać szturchańcami z prycz. Spędzono nas na dziedziniec. Było jeszcze ciemno, na niebie migotały tysiące, setki tysięcy gwiazd. Owiał nas lodowaty wiatr, zmywając resztki snu. Kiedy usłyszeliśmy silniki zbliżających się do więzienia ciężarówek, starszy celi powiedział nam, że wracamy do Drapczi na doroczny wiec „nagród i kar”. Wiedzieliśmy, że oznacza to egzekucję.

Do Drapczi dotarliśmy jeszcze przed świtem. Zeskoczyliśmy z ciężarówek i strażnicy kazali nam usiąść na błotnistej ziemi. Co chwila podjeżdżały nowe ciężarówki z setkami więźniów. W wiecu mieli wziąć udział wszyscy więźniowie z Lhasy i okolic. O świcie wpuszczono nas na dziedziniec, na którym wypisano kredą numery poszczególnych więzień i brygad.

Oficer zapoznał nas z trzema zasadami wiecu: „żadnego gadania, żadnego spania, żadnego chodzenia do latryny”. Z ulgą powitaliśmy ciepło pierwszych promieni słońca. Z budynku wyszli urzędnicy sądowi i zasiedli przed nami na długiej ławce. Jeden z nich dał sygnał i strażnicy wyprowadzili więźniów, którzy mieli zostać straceni. Odetchnąłem z ulgą, że nie zostałem wybrany, i poczułem pierwszy skurcz mdłości na myśl o czekającym nas spektaklu.

Uzbrojeni strażnicy kolejno wyprowadzali ciasno związanych więźniów, których zakneblowano jutowym sznurem. Każdy miał na piersi dużą drewnianą tablicę, gęsto zapisaną chińskimi znakami, których nie rozumiałem. Sądzę, że podano na nich imiona i spisano zbrodnie, których jakoby dopuścili się skazani. Przez dłuższą chwilę na dziedziniec wprowadzano kolejnych więźniów z drewnianymi tablicami. Wkrótce stało ich przed nami ponad pięćdziesięciu.

Strażnik skinął ręką, starsi cel i „aktywiści” zaczęli skandować:

– Śmierć kontrrewolucjonistom! – Po chwili do chóru dołączyły tysiące głosów.

W szeregu stało dwóch więźniów z mojej brygady. Przypomniałem sobie, że obu – Dikhunga Paldara i Labczunga z Meldrogonkaru – wezwano do biura przed dwoma dniami. Plotkowano nawet, że zostali zwolnieni. Nic nie wskazywało na egzekucję. Ale oto stali tu przed nami. Trudno siedzieć i patrzeć na kogoś, kogo znasz, wiedząc, że za chwilę nie będzie już żył.

Nagle usłyszałem, że stojący na podium oficer wywołuje moje imię. Kazano mi wstać, przejść na środek i stanąć przed więźniami, którzy, klęcząc, czekali na egzekucję. Jednego z nich chwycono za włosy i kazano na mnie spojrzeć. To była stara kobieta, pomarszczona i bezzębna. Miała opuchniętą, posiniaczoną twarz. Nie mogła oddychać. Na myśl o tej twarzy nawet dziś przechodzi mnie dreszcz.

Dwaj strażnicy chwycili mnie za ramiona i zgięli mi kark. Odczytano imię kobiety i listę jej przestępstw: podniosła rękę na macierz, dopuściła się kontrrewolucyjnych zbrodni, próbowała obalić dyktaturę proletariatu… Ale mnie wciąż dźwięczało w uszach jej imię.

To była Kundeling Kunsang-la. Ileż razy słyszałem to imię! Pochodziła z jednego z najstarszych rodów Tybetu; wszyscy podziwiali odwagę, z jaką wystąpiła przeciwko Chińczykom. 12 marca 1959 roku zorganizowała i poprowadziła ogromną demonstrację lhaskich kobiet. Słyszałem, że podczas thamzingu uparcie powtarzała, że Tybet jest niepodległym krajem. Była bohaterką powstania 1959 roku.

Patrzyliśmy sobie w oczy. Jej były czerwone i zamglone, wydawało mi się, że widzę w nich niemą prośbę o modlitwę. Słońce świeciło tak jasno, że zaczęło kręcić mi się w głowie. Wyobraziłem sobie szybującego po niebie orła, który spadnie w dół, chwyci mnie w szpony i zabierze jak najdalej od tej świątyni nadchodzącej śmierci.

Otrzeźwiły mnie ręce żołnierze, które spoczęły na moich ramionach. Tuż obok stał mój brygadier.

– Paldenie Gjaco – powiedział. Miałem tak wyschnięte gardło, że nie mógłbym wykrztusić słowa, ale on nie oczekiwał ode mnie żadnej odpowiedzi. – Czy wiesz, że balansujesz na krawędzi przepaści? – ciągnął. – Czy wiesz, że jesteś tak blisko – podsunął mi pod nos niemal stykające się palce – tych więźniów? – Jego ręka powędrowała powoli ku skazanym.

Byłem tak sparaliżowany strachem i obrzydzeniem, że ledwie go słyszałem.

Wiec wlókł się w nieskończoność. Imiona i zbrodnie oskarżonych wyliczano do późnego popołudnia. Potem ogłoszono, że partia postanowiła odebrać im prawo do życia. Grzmiący chór tysięcy głosów zażądał śmierci dla kontrrewolucjonistów i wrogów ludu. Skazanych wrzucono na pakę ciężarówki, która powoli przejechała przed frontem wszystkich brygad, nim zatrzymała się przed głębokim na półtora metra rowem, wykopanym przez więźniów tuż przed bramą. Oficerowie weszli na mur, żeby mieć lepszy widok. Niektórzy wyjmowali lornetki.

Skazanym kazano uklęknąć na krawędzi rowu. Potem wypalił do nich pluton egzekucyjny. Siła uderzeń kul cisnęła ciała do rowu. Żołnierze podeszli bliżej, żeby dobić tych, których tylko raniła pierwsza salwa. Po minucie zapadła głucha cisza. Tego dnia zastrzelono piętnaście osób.

Ich rodziny powiadomiono o egzekucji, wysyłając fakturę, informującą o koszcie wystrzelonych kul i jutowego sznura, który zużyto do spętania skazanego.

Śmierć była naszym nieodłącznym towarzyszem i najwyższym wyrazem władzy partii. Więźniowie szli na jej spotkanie na różne sposoby. Pamiętam, że jesienią 1971 roku zaczęto nas kolejno wzywać do niewielkiego biura. Drzwi zostawiano otwarte, a przez wielkie okno widać było wyraźnie, co się dzieje w środku. Przede mną stał w kolejce mnich imieniem Dziampa Czoephel.

Dziampa był opatem klasztoru Szang Petok i słynącym z ogromnej wiedzy mnichem Gandenu. Był gruby i okrągły. Żadne bicie, żadne tortury nie zmusiły go do wyrzeczenia się zakonnych ślubów. Jego reakcja na ogłoszenie mu wyroku śmierci zaskoczyła więc nas wszystkich. Dziampa błagał o litość. Składał przed Chińczykiem pokłony, jak gdyby był on nauczycielem lub wielkim lamą. Płakał jak dziecko. Żołnierze rzucili się na niego, zawlekli do stołu i odcisnęli jego palec pod wyrokiem. A potem związali go jak worek i rzucili do kąta.

Następny wchodził Pema Dhonden, który był głównym służącym regenta Taktry, rządzącego Tybetem w okresie małoletniości Dalajlamy. Lubili go chyba wszyscy więźniowie. Nie wiedział, że idzie po wyrok śmierci. Stanął przed stołem, a oficer poinformował go, że partia postanowiła odebrać mu prawo do życia.

Thugczi-cie – powiedział Pema, co znaczy „dziękuję”.

Sprawiał wrażenie uradowanego. Osłupiałem, podobnie jak chiński oficer. Ale Pema miał nas dopiero naprawdę zaskoczyć.

Du-po mi-ce cung-na ga, kji-po mi-ce ring-na ga, „Dobrze cieszyć się długim, szczęśliwym życiem, ale jeszcze lepiej młodo umrzeć, gdy jest on smutne” – zacytował tybetańskie przysłowie i zamoczywszy palec w tuszu, zamaszystym ruchem odcisnął go pod wyrokiem.

Pamiętam, że zdziwiłem się, bo Pema był człowiekiem świeckim, nie wiedział wiele o medytacji i nigdy nie studiował filozofii buddyjskiej. Czemu szedł na śmierć z taką odwagą, podczas gdy wykształcony mnich buddyjski, który przez całe niemal życie rozmyślał o śmierci i o tym, że ten świat jest nietrwały i pełen cierpienia, oszalał ze strachu i błagał o zmiłowanie? Postawa Pemy odebrała Chińczykom grozę i władzę, jego nonszalancja ośmieszała i pozbawiała sensu okrucieństwo, którego nam nie szczędzili.

Innego więźnia skazano na śmierć za przypadkowe uszkodzenie portretu Mao. Zbrodnię ujawniono na cotygodniowym wiecu. Przewodniczył, jak zwykle, starszy celi. Jeden z więźniów oskarżył współtowarzysza o nienawiść dla Wielkiego Sternika. Dowodem był odcisk paznokcia na portrecie przewodniczącego. Podczas wiecu wiele uwagi poświęcono dokładnym wymiarom haniebnej skazy. Władze chciały wiedzieć, jak owa rysa znalazła się na fotografii. Więzień nie umiał wyjaśnić. Skazano go na śmierć.

* * *

W tym okresie partia rozpoczęła w Chinach kampanię przeciwko Konfucjuszowi i Lin Biao. W Tybecie jej obiektem byli Dalajlama i Panczen Rinpocze. Wszyscy wiedzieliśmy, że władze chcą nas zmusić do wskazania Jego Świątobliwości jako największego wroga partii i nowego społeczeństwa socjalistycznego. Staraliśmy się to obejść, piętnując arystokrację. Ale Chińczycy wciąż powtarzali to samo pytanie: „Kto jest przyczyną wszystkich nieszczęść Tybetu?”.

Pewnego dnia wstał więzień imieniem Thupten Kunga, który odsiadywał dwudziestoletni wyrok za udział w powstaniu 1959 roku. Spokojnym, stanowczym głosem wygłosił oświadczenie, którego wszyscy staraliśmy się uniknąć:

– Dalajlama – powiedział. – Dalajlama jest przyczyną wszystkich nieszczęść Tybetu – nie wierzyliśmy własnym uszom, a Thupten ciągnął dalej: – Dalajlama jest panem niewolników, który zdradził macierz. Musimy ujawnić wszystkie zbrodnie Dalajlamy.

Wyrok Kungi zmniejszono o siedem lat i mianowano go starszym celi.

Pod koniec 1970 roku walki frakcyjne miały się już ku końcowi. Władzę w kraju sprawowała armia. Wszystkie klasztory i świątynie zamknięto lub zniszczono. Lud Tybetu żył teraz w komunach, które nazywano „najwyższym szczeblem rozwoju”.

Rozdział IX

Reforma przez pracę

Pod koniec 1970 roku obchodziłem dziesiątą rocznicę uwięzienia. Zaczynałem wierzyć, że już nigdy nie wyjdę na wolność. Byłem bardzo słaby, fizycznie i psychicznie. Ciągle brakowało mi oddechu. Poprosiłem brygadiera o pozwolenie na udanie się do izby chorych, ale odmówił.

Dwustu z nas przewieziono do pracy przy budowie elektrowni wodnej w Tolungu, na południe od Lhasy. Powiedziano nam, że elektrownia świadczy o wkroczeniu Tybetu w epokę nowoczesności. Kopaliśmy kanały, by zawrócić bieg rzeki. Pracowaliśmy tak ciężko, że w trzy dni wykonaliśmy roboty zaplanowane na tydzień. Przyszli nam nawet pogratulować jacyś urzędnicy, dali każdemu po kawałku mydła i po ręczniku. Chyba nie zdawali sobie sprawy, że szaleńczy wysiłek jest dla nas jedyną ucieczką przed myślami. Znajdowaliśmy w nim ulgę.

Kiedy wróciłem do Sangjipu, stan mojego zdrowia jeszcze się pogorszył. Znów nie dostałem pozwolenia na wizytę u lekarza. Strażnicy powiedzieli, że udaję chorobę, żeby wymigać się od pracy. W nagrodę wysłano mnie do pracy w kamieniołomach – najcięższej w naszym więzieniu. Pewnego dnia zemdlałem.

Ocknąłem się w izbie chorych. Było tu szokująco czysto, kręciło mi się w głowie od zapachu chemikaliów. Lekarz powiedział, że jestem w szpitalu.

– Dlaczego nie zgłosiłeś się wcześniej? – zapytał.

Powiedziałem, że zabronił mi brygadier. Lekarz był wściekły, orzekł, że jestem bardzo chory i trzeba przenieść mnie do większego szpitala. I tak znów trafiłem do Drapczi.

Pierwszy raz w życiu zostałem zbadany przez lekarza, młodego Chińczyka imieniem Wang, który mówił trochę po tybetańsku.

Jag-po min-du, „niedobrze” – powtarzał ciągle, a ja milczałem.

Kiedy skończył badanie, wezwał młodą tybetańską pielęgniarkę, żeby przetłumaczyła terminy medyczne. Zrozumiałem z tego tylko tyle, że mam kłopoty z sercem.

Dziwnie było spać we własnym łóżku, z dala od tłoku i zgiełku celi. Czyste, białe, bawełniane prześcieradło wydawało mi się niewiarygodnym luksusem. Dostawałem trzy posiłki dziennie, a do tego jeszcze jakieś przekąski! Rano przynosili nam prawdziwą tybetańską herbatę z masłem; często był ryż, a nawet warzywa.

Wang naprawdę przejmował się stanem pacjentów, ale partia wiedziała, jak wykorzystać do swoich celów nawet lekarzy. Wang dostał moją teczkę, znał więc całą historię. Często pytał mnie, dlaczego trwam przy reakcyjnych poglądach, i radził obrać drogę socjalizmu. Mawiał, że socjalizm oznacza postęp na całym świecie.

Oszołomieni troską i łagodnością personelu, niektórzy więźniowie wyjawiali tajemnice ukrywane całymi latami. Nie zamierzałem wpaść w tę pułapkę, ale pewnego dnia straciłem czujność na tyle, że dałem się przyłapać na „szkalowaniu” socjalizmu. Władze umieszczały zaufanych „obserwatorów” w każdej celi, każdym warsztacie i szpitalnej sali, żeby nie tracić więźniów z oczu nawet na sekundę. Obserwatorami, czy raczej donosicielami, byli z reguły więźniowie kryminalni z „czystym” pochodzeniem klasowym. To właśnie oni grali też pierwsze skrzypce podczas wieców krytyki.

W dzień po przeniesieniu do szpitala zorientowałem się, kto jest naszym szpiclem. Na sąsiednim łóżku położono młodego mężczyznę z Nagczu w północno-wschodnim Tybecie. Nie sprawiał wrażenia szczególnie chorego. Przedstawił mi się i poinformował z zaskakującą nonszalancją, że zamordował żonę. Dodał, że z pochodzenia jest „biednym koczownikiem”, a to znaczyło, iż zyskał na chińskiej okupacji. Z powodu rewolucyjnych skłonności wszyscy nazywali go Mardho, Czerwonym.

Wzmiankę o pochodzeniu klasowym potraktowałem jako ostrzeżenie i miałem się przed nim na baczności. Choć ciągle mi dokuczał, starałem się nie dać sprowokować. Pewnego dnia nie wytrzymałem jednak, kiedy zażądał ode mnie nowej piżamy, którą trzymałem pod poduszką.

– Jako biedny nomad dostałeś wszystko od partii! – krzyknąłem. – Ja jestem z klasy wyzyskiwaczy, więc odebrano mi już wszystko.

Mardho był uradowany. Wiedziałem już, że to głupie zdanie będzie przekręcano na sto sposobów, aż stanie się wreszcie dowodem na moją głęboką niechęć do socjalizmu. I rzeczywiście. Już wkrótce przy moim łóżku pojawił się brygadier z pogadanką o „reakcjonistach, którzy nie pogodzili się z klęską feudalizmu”.

Przez dwa tygodnie poddawano mnie thamzingom i zmuszano do przyznania się do winy. Tym razem, dla odmiany, bito tylko słowami. Moi chorzy współtowarzysze wychodzili ze skóry, by ich oburzenie wyglądało autentycznie. Dzielnie wykrzykiwali zwyczajowe oskarżenia. Przyznałem się. Mardho promieniał, ujawnił przecie reakcjonistę.

Kiedy poczułem się trochę lepiej, dano mi lekką pracę w szpitalu – sprzątałem albo robiłem bandaże z pączków bawełny. Ciągle brakowało mi oddechu. Od czasu do czasu klatkę piersiową przeszywał ostry ból. Wypisano mnie na początku 1971 roku i przewieziono do Sangjipu. Trafiłem do celi numer jeden, która cieszyła się sławą najgorszej.

Po trzech dniach zwolnienia od pracy popędzono mnie znów do kamieniołomu, gdzie dołączyłem do setek więźniów wykuwających z głazów sześcienne bryły. Najpierw dostałem młot, ale po chwili kazano mi nosić – na plecach – kamienie na oddalony o jakieś sto metrów plac budowy.

Drugiego dnia zobaczyłem młodego mężczyznę leżącego bez ruchu z głazem na piersiach. Nasi strażnicy lubili takie rozrywki. Miesiąc później Łangjal, starszy celi, roztrzaskał więźniowi czaszkę żelaznym prętem.

Moje dłonie pokryły się odciskami i ranami. Niektórzy więźniowie robili sobie ochraniacze z zelówek, poszedłem więc w ich ślady. Kiedy udało mi się znaleźć i zebrać sześć starych podeszw, zszyłem je drutem. Chroniły dłonie przed ostrymi krawędziami kamieni i stały się moim najcenniejszym skarbem.

We wrześniu zauważyłem, że strażnicy zdejmują portrety Lin Biao, którego na zjeździe partii nazwano następcą przewodniczącego Mao. Skoro przez pięć lat rano i wieczorem kazano nam skandować „Niech żyje Lin Biao”, usuwanie portretów musiało świadczyć o poważnym kryzysie.

Kilka dni później wezwano nas na wiec. Komendant więzienia ogłosił, że Lin Biao próbował zamordować przewodniczącego Mao. Zamach się nie udał, a samolot, którym próbował zbiec Lin, rozbił się. Wszyscy spiskowcy zginęli na miejscu. Chińscy oficerowie zdawali się nie dowierzać własnym uszom.

Zaczęła się więc kampania szkalowania Lin Biao. Studiowaliśmy Dziennik Tybetański i wygłaszali stosowne oskarżenia. Powoli stawało się to naszą drugą naturą. Z podręczników historii partii szybko wymazano wszelkie wzmianki o Lin Biao. Niszczono albo przemalowywano plansze i obrazy. Z książek bezceremonialnie wyrywano stronice, na których pojawiało się wyklęte nazwisko.

Podczas innego wiecu młody tybetański funkcjonariusz imieniem Tenpa ogłosił, że Chiny odwiedził Henry Kissinger. Nic mi nie mówiło to nazwisko, ale Tenpa udzielił nam niezbędnych wyjaśnień, podkreślając, że stosunki między Stanami Zjednoczonymi a Chinami są coraz lepsze. Kilka miesięcy później poinformowano nas o przyjeździe prezydenta Nixona.

Wizytę Nixona uznano za triumf rewolucji proletariackiej. Dla nas była wyłącznie gorzkim rozczarowaniem. Od 1960 roku żyliśmy nadzieją, że Amerykanie pomogą wyzwolić nasz kraj. Wtedy właśnie, w Drapczi, usłyszałem, że w Indiach utworzono armię tybetańską, którą szkolą Amerykanie. Więzień, który mi o tym powiedział, mówił, że sam był szkolony w Stanach Zjednoczonych, a potem zrzucono go na spadochronie do Tybetu.

Nasze oczekiwania podsycała gwałtowność ataków chińskiej propagandy, która przedstawiała Amerykanów jako reakcjonistów, usiłujących zawładnąć światem. Uznawano ich za największego wroga Chin. Wiec za wiecem krytykowaliśmy amerykański imperializm. Wiadomość o ugięciu się Stanów Zjednoczonych przed Chinami napawała nas smutkiem i przygnębieniem. Chińczycy mówili radośnie, że wschodni wiatr zatriumfował nad zachodnim.

Musieliśmy słuchać nie kończących się zwycięskich przemówień. Powtarzano nam, że nadaremnie czekaliśmy na pomoc amerykańskich imperialistów, którzy okazali się równie bezużyteczni i słabi jak nasi bogowie. Czytaliśmy gazety z relacjami z uroczystego powitania Nixona w Pekinie, więzienne szczekaczki tygodniami zawodziły o chińsko-amerykańskiej przyjaźni. Mówiono, że amerykański prezydent przyjechał do Pekinu jak pies z podwiniętym ogonem. Rok później Chiny Ludowe zostały członkiem Organizacji Narodów Zjednoczonych. Wydawało się, że rozwiewają się ostatnie szanse na wyzwolenie Tybetu.

Jedynym pocieszeniem była myśl, że Dalajlama jest nadal wolny.

Jeżeli miałem jakieś nadzieje na zwolnienie, to teraz wydawały się one zupełnie nierealne. Nie byłem przy tym wcale pewny, czy pragnę wyjścia na wolność. Dowiedziałem się o śmierci rzemieślnika imieniem Dram-la, który robił przedmioty rytualne z brązu. Dram-la został aresztowany w 1960 roku i odsiedział dziesięć lat. Kiedy wrócił do rodzinnej wioski, powitano go thamzingiem. Zgromadzili się wszyscy mieszkańcy, w tym jego krewni, i oskarżyli go o bycie wrogiem klasowym i reakcjonistą. Po kilku dniach „wolności” Dram-la odebrał sobie życie.

Władze opowiadały nam tę historię jako ostrzeżenie. Mówiono nam, że musimy się w pełni zreformować, jeśli chcemy uciec przed gniewem mas. Lud Tybetu płonął bowiem rewolucyjnym entuzjazmem, wpatrzony w swą gwiazdę przewodnią – Mao. W ten sposób Chińczycy dawali nam do zrozumienia, że świat za murami nie różni się zbytnio od więzienia.

* * *

W 1975 roku powinien skończyć się mój wyrok. Rankiem 24 grudnia powiedziano mi, że zamiast w pracy, mam stawić się w głównym bloku administracyjnym. Wiedziałem, że nie oznacza to zwolnienia, a co najwyżej przeniesienie. Przed budynkiem czekało już kilku innych więźniów, którzy również nie spodziewali się spotkania z krewnymi i przyjaciółmi. Kiedy kończyły się formalne wyroki, wysyłano nas najczęściej do obozów „reformy przez pracę”, czyli innego więzienia.

Z biura wyszedł jakiś Tybetańczyk i wyczytał moje imię. W środku siedzieli naczelnik więzienia i brygadier. Przez chwilę zachowywali się tak, jakby czekała na mnie wielka nowina o zwolnieniu, a potem brygadier powiedział, że pojadę do Njethang Żuanła Czang.

– Żuanła Czang! – parsknąłem, z trudem hamując śmiech.

Był to obóz słynący z najcięższych robót, strażnicy straszyli nas nawet czasem przeniesieniem do Żuanła Czang. Znajdował się o piętnaście mil od Lhasy, nad brzegiem największej rzeki Tybetu, Cangpo. W obozie była jedna z największych fabryk w kraju, w której produkowano dachówki i cegły. Szczerze mówiąc, spodziewałem się właśnie czegoś takiego.

Kiedy poszedłem się spakować, znalazłem pokwitowanie na rzeczy, które skonfiskowano mi w 1960 roku. Zaniosłem kwit do biura. Po dwudziestu minutach strażnik przyniósł mi małe zawiniątko. Obejrzałem jego zawartość i zauważyłem, że brakuje zegarka. Wszedłem do środka i poinformowałem o tym chińskiego oficera, pokazując mu kwit.

Kazano mi zaczekać na zewnątrz. Po kilkunastu minutach wyszedł do mnie brygadier i poinformował mnie, że mój zegarek został zniszczony.

– Ale właściciel żyje – odparłem.

Niszczono tylko rzeczy więźniów, którzy umarli. Urzędnik wrócił do biura i usłyszałem podniesione głosy. Po chwili przyszedł do mnie tybetański oficer i zażądał pokwitowania.

– To złoty „Rolex” – powiedziałem. – Najlepszy zegarek na świecie. Słyszałem, że chodzi nawet wtedy, gdy się go wrzuci w ogień albo pod lód.

– Jak mamy go znaleźć bez szczegółowego opisu? – zapytał.

– Musicie go mieć w moich aktach – odparłem.

Wróciliśmy do biura. Strażnik pokazał kwit juizhangowi, naczelnikowi więzienia.

– Damy ci odszkodowanie – powiedział spokojnie.

Nie zamierzałem się na to zgodzić. Powiedziałem, że zegarek był bardzo drogi.

– Mamy oficjalne ceny złota – uspokoił mnie naczelnik.

Zaczynałem się dobrze bawić.

– Mój brat nie kupił zegarka po oficjalnym kursie. Poza tym wolę swój zegarek niż pieniądze.

Udawałem oburzenie, oskarżając ich o kradzież i naruszenie przepisów więziennych. Lata thamzingów nauczyły mnie, że najlepszym atakiem jest podanie w wątpliwość lojalności adwersarza wobec partii i jej ideologii.

– Przewodniczący Mao wydał armii rozkaz przestrzegania pewnych zasad, które zabraniają żołnierzom odbierania ludowi nawet szpilki – powiedziałem. – Tylko reakcjonista mógł okraść więźnia.

W końcu naczelnik powiedział, że sprawa zostanie zbadana a zegarek przesłany do Njethang Żuanła Czang. Traktor już czekał, zabrałem więc swoje rzeczy i wybiegłem, uskrzydlony poczuciem triumfu. Ruszyliśmy w kierunku Lhasy.

Na dojechanie do fabryki potrzebowaliśmy trzech godzin. Na przyczepie siedziało jeszcze dwóch więźniów – Chińczyk, który był księgowym, i były mnich z Szigace. Przejechaliśmy przed pałacem Potala; nie widziałem tej wspaniałej budowli od 1964 roku.

Biuro fabryki było nowym budynkiem pokrytym blaszanym dachem. Za biurkiem siedziało dwóch urzędników – Chińczyk i Tybetańczyk. Ten drugi, Trinlaj, przejrzał moje akta. Chińczyk patrzył na nas tylko, głęboko zaciągając się papierosem. Trinlaj zapytał mnie o imię, datę urodzenia i inne podstawowe dane, sprawdzając je z zapisami w aktach.

– Nie jesteś już więźniem – poinformował mnie.

Milczałem, choć zupełnie nie zgadzałem się z jego oceną, co nie sprawiało mu chyba żadnej różnicy. Dał mi parę rękawic i białą maskę, podobną do lekarskiej. Powiedział mi kilka słów o pracy w fabryce i wyliczył prawa i obowiązki lej-mi: więźnia poddanego „reformie przez pracę”.

Lej-mi mogli poruszać się tylko po najbliższej okolicy. Nie wolno nam było wyjeżdżać do Lhasy. Mogliśmy dokonywać zakupów w lokalnym sklepie spółdzielczym, ale tylko za zgodą brygadiera i w towarzystwie innego lej-mi, który pełnił rolę poręczyciela.

Baraki z glinianych cegieł nie różniły się niczym od więziennych. W rogach stały zamarznięte kałuże, na ścianach wisiały portrety Marksa, Engelsa, Stalina i Mao. Był też drewniany wieszak i długa platforma, służąca za łóżko wszystkim lej-mi. Pięć stert szmat wskazywało, że będę dzielił to pomieszczenie z pięcioma osobami.

Było późne popołudnie, moi nowi towarzysze nie wrócili więc jeszcze z pracy. Zdrzemnąłem się; obudził mnie stukot butów i gwar rozmów. Więźniowie zdziwili się na widok nowej twarzy, przywitali serdecznie i zasypali gradem pytań. Dwóch z nich było mnichami w Drepungu, mieliśmy więc wielu wspólnych przyjaciół. Czułem się z nimi jak w domu.

Panowała tu znacznie lepsza atmosfera niż w więzieniu. Organizowano thamzingi i sesje edukacyjne, ludzie byli jednak bardziej otwarci i swobodni. Obaj mnisi zaopiekowali się mną i wprowadzili w świat lej-mi.

Każdy z nas wstawał przed świtem, zarzucał na plecy duży kosz i wychodził w mrok w poszukiwaniu łajna i ludzkich odchodów, które wykorzystywano później jako nawóz. Ponieważ musieliśmy napełnić swoje kosze, między dwiema setkami więźniów panowała zażarta rywalizacja o fekalia.

Więzień imieniem Ceten Łangczuk odmówił zbierania nawozu. Kiedy ważono wszystkie kosze, Ceten podał swój pusty, mówiąc, że na wzgórzach nie ma już żadnego gówna. Natychmiast zwołano thamzing.

Jako byłego zarządcę majątku arystokratycznego rodu, uznano go za „przedstawiciela klasy wyzyskującej”. Ceten miał ostry język i używał go bez wahania. Jego dawny majątek oddalony był zaledwie o pół mili od Njethangu, chłopi kpili więc z niego, gdy szukał nawozu na polach. Pewnego dnia powiedział im:

– Żyjemy w cudownych czasach, zbieramy gówna, jakby były kwiatami.

Ktoś doniósł o tym władzom i Cetena poddano znów thamzingowi za szkalowanie socjalizmu.

Następnego ranka powiedział, że nie wstanie. Więźniowie prosili go, żeby się opamiętał, ale on nawet nie drgnął. Po chwili w baraku był już brygadier ze strażnikami. Ceten powiedział im, że obszedł już wszystkie wzgórza i nie znalazł żadnego gówna. Brygadier kazał mu wykazać się większą inicjatywą i szukać na poboczu szosy.

– Nie wiem, jak miałyby srać ciężarówki – odpowiedział Ceten. – Chyba że jest to nowe wiekopomne osiągnięcie socjalizmu.

Tego dnia odwołano pracę. Wszystkich lej-mi i mieszkańców pobliskich komun zwołano na wiec. Więźniom i wieśniakom z dawnego majątku Cetena kazano poddać go krytyce. Zelżono go, pobito, a potem stracono.

* * *

Po zebraniu odpowiedniej ilości nawozu prowadzono mnie do fabryki, gdzie mieszałem glinę aż nadawała się ona na dachówki, które wypalałem potem w piecu. Kurzyło się tak, że nie mogłem oddychać. Płacono nam grosze, które mogłem przeznaczyć na zakup miesięcznego przydziału ziarna. Wolno mi też było kupić 12 metrów tkaniny i prawie pięć kilogramów cukru na rok. Nasze pobory uzależnione były od pochodzenia klasowego, trudno się więc dziwić, że dostawałem najniższą stawkę.

Kiedy przychodził czas na posiłek, ustawialiśmy się w głównym halu, gdzie wydawano nam jedzenie. Mówiliśmy, ile chcemy bułek, a strażnik patrzył w listę i stawiał odpowiednią ilość kresek przy naszym imieniu. Obok nazwiska wpisywano przysługującą nam ilość ziarna. Strażnik podliczał zjedzone przez nas bułki i sprawdzał, czy coś nam jeszcze zostało. Po wykorzystaniu miesięcznego przydziału nie dostawaliśmy ani okrucha. Władze potrącały nam też z pensji koszty elektryczności, wody, soli, herbaty, warzyw i opału.

Ponieważ obóz miał finansować się sam, ponosiliśmy również koszty utrzymania administracji. Ogromna sieć obozów pracy nie kosztowała więc rządu niemal grosza.

Władze miały dla nas motto: „Jedz mniej, więcej produkuj”. Zamiast letniego i zimowego, dostawaliśmy teraz tylko jeden watowany uniform na cały rok. Moje buty były zupełnie zdarte, a ubranie trzymało się wkrótce tylko na łatach.

Tybet stał się jedną wielką komuną. Nie istniała już własność prywatna. Produkcja rolna gwałtownie spadała, a ludzie żyli na głodowych racjach. Kraj zmieniał się stopniowo w gigantyczne więzienie. Nie można było niczego kupić ani podróżować bez specjalnego zezwolenia.

Obozy pracy służyły dwóm celom: izolowaniu wrogów klasowych i dostarczaniu taniej siły roboczej. Mówiono nam, że jedyną ucieczką jest dla nas entuzjazm w pracy i gorliwość w reformie. Co tydzień, tak samo jak w więzieniu, musieliśmy stawić się na wiecu i poddawać krytyce siebie oraz swoich przyjaciół. Robiłem to, co inni – krytykowałem i byłem krytykowany.

Nigdy nie przyzwyczaiłem się do bólu, jaki wywołuje zadenuncjowanie przyjaciela. Musieliśmy się jednak nauczyć zapominać o wymuszonych zdradach. Więźniów łączyło prawdziwe poczucie wspólnoty; niemal wszyscy unikali oskarżeń, które mogłyby się skończyć podniesieniem wyroku lub egzekucją. Zawsze jednak znalazło się kilku, gotowych udowodnić swą lojalność wobec partii bez zważania na cenę i konsekwencje. Nazywaliśmy ich hurcon-czen, gorliwymi.

Wkrótce po moim przybyciu do Njethang, po trzech tygodniach wyjątkowo brutalnego thamzingu popełnił samobójstwo więzień imieniem Pasang. Wszyscy go lubili. Inny więzień, Sonam Palden, wychodził wprost ze skóry, by dać świadectwo swej żarliwej miłości do socjalizmu. Sonam odkrył tajemnicę Pasanga, który zdołał przechować maleńki znaczek z wizerunkiem Dalajlamy, i ujawnił to na jednym z zebrań. Gdy Pasang odebrał sobie życie, władze ogłosiły, że nie umiał przystosować się do życia w nowym społeczeństwie.

Rozdział X

Śmierć Sternika

Obóz pracy był przystankiem w połowie drogi między więzieniem a nowym społeczeństwem socjalistycznym. Teoretycznie obozy miały służyć reedukacji, w praktyce były wyłącznie źródłem taniej siły roboczej. Poddawano nas tu kwarantannie, izolując od „zdrowej części społeczeństwa” nosicieli zaraźliwych myśli o wolności i niepodległości Tybetu. Więźniowie, którzy trafili do obozu, zdawali sobie sprawę, że najprawdopodobniej dokonają w nim żywota.

Reżim w Njethangu nie różnił się zbytnio od więziennego. Najwyższy chiński oficer, podły, porywczy człowiek, kazał się nazywać Changzhangiem, dyrektorem fabryki. Zarządzał obozem tak, jakby był on jego prywatnym folwarkiem, budząc strach nawet w strażnikach. Miał tybetańskiego asystenta imieniem Łangdu, niskiego, krępego człowieczka, który darzył nas sympatią.

Brak patroli pozwalał sądzić, że nasze baraki nie różnią się niczym od normalnych kwater dla robotników. My byliśmy jednak lej-mi, a nie wolnymi ludźmi. Nieobecności wieżyczek strażniczych nie należało brać za brak nadzoru. Partia znalazła na to skuteczniejszy sposób.

Podzielono nas na dwie kategorie: więźniów „w czapkach” i „bez czapek”. Czapki nosili więźniowie uznani za reakcjonistów, bez czapek chodzili kryminaliści. Władze wykorzystywały i tu walkę klasową do wywoływania konfliktów i siania nieufności między więźniami. Tym, którzy nie nosili czapek, mówiono, że są obrońcami socjalizmu i rewolucji.

Cieszyli się władzą, którą im dano. Donosili Chińczykom o każdym wykroczeniu, gdyż w zamian obiecywano im szybki powrót do nowego społeczeństwa.

* * *

Kiedy w kilka dni po przeniesieniu do obozu usiadłem przed stołówką w czasie obiadowej przerwy, przy głównej bramie pojawiła się grupka dzieci, niepewnie zaglądających na dziedziniec. W końcu najodważniejszy chłopczyk wszedł do środka i, ku mojemu osłupieniu, zaczął błagać mnie o coś do jedzenia. Powiedział, że jego rodzina nie jadła nic od kilku dni.

Partia mówiła nam, że głód i niedostatek należą do przeszłości, ale twarze tych dzieci, opuchnięte, blade i zielonkawe, nie mogły kłamać – widziałem setki podobnych w najgorszym okresie mego życia: w więzieniu Tolung. Z trudem otwierały oczy, były bose i w łachmanach. W „starym, feudalnym społeczeństwie” lepiej wiodło się nawet żebrakom. Przynajmniej mieli pełne brzuchy.

Zastanawiałem się, czy nie są w takim stanie dlatego, że pochodzą z rodzin byłych „obszarników”. Wiedziałem, że „przedstawiciele klas reakcyjnych” są okrutnie dyskryminowani i traktowani gorzej niż zwierzęta. Zapytałem je więc o pochodzenie klasowe. Pochodzenie było w nowym Tybecie kwestią najwyższej wagi; odpowiednie adnotacje umieszczano na każdym dokumencie: kartach żywnościowych, medycznych, dowodach tożsamości itd.

Dzieci powiedziały mi jednak, że „są z ubogich chłopów”. To mnie zaskoczyło, gdyż powtarzano nam ciągle, że pierwszymi beneficjantami rewolucji socjalistycznej są właśnie ubodzy chłopi. Dzieci utrzymywały, że żywności brakuje we wszystkich pobliskich komunach. Ich krewnym pozostało jedzenie trawy. Gotowano z niej gęstą, ale i niestrawną zupę. Dałem dzieciom kilka bułek i wkrótce stały się one naszymi stałymi gośćmi.

Według partii, Tybet osiągnął właśnie „najwyższy etap komunistycznego rozwoju”. Okolice Njethangu podzielono na dwanaście wielkich komun. Ziemia i stada należały teraz do wszystkich, a ludzi wynagradzano podług skomplikowanego systemu punktowego.

W obozie pojawiało się jednak coraz więcej żebrzących. Zacząłem wypytywać, z jakich pochodzą komun, i już wkrótce nie miałem żadnych wątpliwości, że podobny los jest udziałem wszystkich mieszkańców regionu. Kiedy przychodzili dorośli, pytałem o przyczyny głodu. Mówili, że nie było żadnej klęski naturalnej.

Żywności brakowało dlatego, że ludzie musieli oddawać większość zarobków w formie „dobrowolnych” kontrybucji dla rządu. Płacono niezliczone podatki, a naciskane przez władze kierownictwa komuny zawyżały wskaźniki produkcji.

Partia zmuszała wieśniaków do gorączkowego współzawodnictwa. Mówiono im, że ich plony świadczą o miłości do macierzy, partii i przewodniczącego Mao, nikt więc nie chciał zostać w tyle. Podobnie zachowywały się komuny chcące wykazać się największym wkładem w budowę społeczeństwa socjalistycznego. Fałszowano więc statystyki, zmuszając się tym samym do płacenia zawyżonych podatków. Kończyło się to tym, że chłopi chodzili głodni.

W „nowym społeczeństwie socjalistycznym” ludzie jedli więc łupiny, którymi „za feudalizmu” karmiono wyłącznie zwierzęta. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że sytuacja jest tragiczna, żaden urzędnik nie odważył się jednak zakwestionować mądrości partii i jej przywódcy. Więzienia i obozy pracy przypominały każdemu, co spotyka tych, którzy opierają się władzy.

Te małe, wycieńczone dzieci były dla nas świadectwem cierpienia całego kraju. My, jako więźniowie, mogliśmy przynajmniej oczekiwać złego traktowania, podczas gdy zwykli ludzie nie mieli się czym pocieszać – to oni w końcu „wygrali” wielką proletariacką rewolucję. Cały ten gigantyczny aparat opresji został ponoć stworzony po to, by uwolnić biednych chłopów i koczowników od feudalnych zależności – jednak minionych dwadzieścia lat przyniosło im wyłącznie nędzę.

Kiedy władze lokalne dowiedziały się, że więźniowie dają jedzenie rolnikom, poskarżyły się dyrekcji „fabryki”. Uznano mnie za prowodyra, winnego „zachęcania do kapitalistycznej praktyki żebrania”. Zostałem wezwany do naczelnika na przesłuchanie, a potem, ku memu zdumieniu, oskarżenie odrzucono. Między fabryką a komuną musiała toczyć się jakaś rywalizacja i dyrekcja obozu wyraźnie cieszyła się tym, że może przedstawić komunę w jak najgorszym świetle.

* * *

Wiosną 1976 roku dostałem wreszcie pierwsze wiadomości o rodzinie. Powiedziano mi, że mam gościa – pierwszego od czasu wtrącenie mnie do więzienia. Serce waliło mi jak młotem. Wybiegłem na dziedziniec i zobaczyłem pucołowatą dziewczynę w niebieskiej chustce na głowie, połatanych spodniach i zielonej, watowanej kurtce. Miała spękane wargi i wilgotne oczy. Przyniosła termos i mały koszyk.

Przeprosiłem za to, że nie mogę jej poznać, i zapytałem, jak się nazywa.

– Nangma Mingke – odpowiedziała, ale nic mi to nie mówiło.

– Musiałaś mnie z kimś pomylić – odparłem. – Nazywam się Palden Gjaco i jestem mnichem z Drepungu.

Wyjaśniła, że jest córką kucharza mego ojca. Od chwili opuszczenia przeze mnie Panam minęło piętnaście lat, nie mogłem więc jej pamiętać. Zapytałem, jak mnie znalazła. Odparła, że zauważyła mnie w fabryce.

Mingke właśnie przeniosła się do Njethangu. Pracowała z mężem przy budowie drogi, która miała przebiegać w pobliżu obozu. Powiedziała, że mój ojciec umarł w 1965 roku. Jako były obszarnik, musiał przejść przez niezliczone thamzingi. Mój starszy brat, którego darzyłem takim podziwem, został zabity podczas „wiecu walki” w 1968 roku. Moja rodzina stała się ulubionym celem czerwonogwardzistów. Moi krewni byli wielokrotnie publicznie bici, czasem razem, czasem pojedynczo. Moja macocha została sparaliżowana po jednym z takich wieców.

Tej nocy nie udało mi się zasnąć. Przed oczami stawały mi twarze najbliższych, nie umiałem nie wyobrażać sobie zadanego im bólu. Wiedziałem, że wszystkich ludzi, których uznano za feudalnych posiadaczy, spotkał podobny los, nie było to jednak żadną pociechą.

Mingke umiała zrobić użytek ze swojego pochodzenia klasowego. Jako byłą służącą, uznawano ją za „czystą”, miała więc dużą swobodę. Odwiedzała mnie regularnie, zawsze przynosząc mi coś do jedzenia. Pewnego dnia jej mąż dał mi nowy koc, który musiał kosztować ich fortunę.

Ich wizyty i dobroć były jak balsam, jak promyk słońca po długiej, zimowej nocy. Wniosły w moją samotność i rozpacz szczęśliwe wspomnienia. Mingke, jako robotnica, mogła bez przeszkód wrócić do Panamu; to od niej moi bliscy dowiedzieli się, że nadal żyję.

Na początku 1976 roku umarł premier Chin, Zhou Enlai i twórca AL-W, Zhu De. Gazety pisały tylko o tym, a obóz pogrążył się w żałobie. Wszyscy hrucon-czen zachowywali się tak, jakby stracili najbliższego krewnego. Władze wykorzystywały takie okazje do oceniania postawy więźniów wobec partii, staraliśmy się więc wyglądać na przybitych i zasmuconych.

Miesiąc po śmierci Zhu De przeczytałem w Dzienniku Tybetańskim, że Chiny nawiedziło potężne trzęsienie ziemi. Chińczycy nie mylili się, twierdząc, że nie porzuciłem feudalnych przesądów, natychmiast pomyślałem bowiem, iż te dwa zgony i trzęsienie ziemi zapowiadają ważne wydarzenia. Moja zabobonność znalazła kolejną pożywkę, gdy w sierpniu zauważyłem na niebie kometę.

Tybetańczycy uważają kometę za zwiastuna ważnych wydarzeń. Natychmiast pobiegłem do baraku zapytać, czy ktoś jeszcze widział kometę, na szczęście ugryzłem się w język, słusznie podejrzewając, że takie pytanie stanie się pretekstem do oskarżenia mnie o rozpuszczanie plotek i zachęcanie do zabobonów.

W gazecie przeczytałem o „deszczu kamieni”, zapewne meteorycie, który spadł gdzieś w Chinach. Następnego ranka nie wytrzymałem i zapytałem mnicha imieniem Taszi, czy też widział kometę. Skinął głową, ale bał się o tym rozmawiać.

Informacja o komecie szybko rozeszła się po obozie. Wszyscy pamiętali o trzęsieniu ziemi i komecie, które poprzedzały chińską inwazję w 1950 roku. Widok komety najwyraźniej zniweczył dwadzieścia lat komunistycznej indoktrynacji i walki z przesądami.

Byłem przekonany, że wszystkie te znaki zapowiadają śmierć Mao. Wszyscy wiedzieliśmy, że musi być stary i chory, choć oczywiście nikt nie odważyłby się powiedzieć tego na głos. 9 września 1976 moje przeczucia okazały się rzeczywistością: Mao umarł w Pekinie. Pamiętam tę chwilę tak, jakby wydarzyło się to wczoraj. Latami Chińczycy próbowali przekonać nas, że Mao jest nadczłowiekiem, czymś w rodzaju boga, ale teraz kończył jak wszyscy śmiertelnicy.

Wróciłem właśnie z pracy i ustawiłem się w kolejce po jedzenie. Z umocowanego na wysokim maszcie głośnika rozległ się głośny trzask. Nauczyliśmy się nie zwracać uwagi na bzdury z obozowej szczekaczki, nadal więc spokojnie rozmawialiśmy. Tak czy owak, wszelkie obwieszczenia podawano najpierw po chińsku, a że mało kto znał ten język, i tak musieliśmy poczekać na komunikaty tybetańskie.

Tym razem mówiono jednak po tybetańsku.

– Radiostacja Ludowego Rządu Centralnego podała – głos spikera załamał się, urwał, zaczął czytać od początku i znów przerwał.

– Co się z nim dzieje? – zapytał ktoś z kolejki.

Spiker odetchnął głęboko i zaczął jeszcze raz. Przebrnąwszy przez litanię pochwał i inwokacji, które zawsze poprzedzały imię Mao, powiedział:

– Czerwone słońce naszych serc, umiłowany przez lud przewodniczący Mao odszedł od nas.

Zakręciło się nam w głowach. Czy Mao rzeczywiście nie żyje? Z pewnością, bo nikt przecież nie odważyłby się na taki żart. Im bardziej docierała do mnie ta informacja, tym większe czułem podniecenie. Chciałem skakać, chciałem tańczyć, chciałem śpiewać! Mao był moim przeciwnikiem, moim oprawcą. Niemal przez dwadzieścia lat każdego ranka i wieczora musiałem powtarzać jego imię. Nawet tak pobity, że nie mogłem otworzyć ust, by napić się wody, musiałem jakoś wykrztusić: Mao Zedong Wanzi. Zawsze miałem przy sobie jego „Czerwoną książeczkę”. Uszyłem nawet dla niej czerwony woreczek, gdyż widziałem takich, którzy zginęli tylko dlatego, że pobrudzili jej okładki.

Imię Mao odciśnięte było na moim cierpieniu i na śmierci tysięcy więźniów. Wszystkich nas łączyło piętno tego imienia. Śmierć Mao była dla mnie promieniem słońca w mroku bólu.

Jestem przekonany, że inni czuli się podobnie, choć oczywiście musieli to skrzętnie ukrywać. Zrobiłem zasępioną minę i udawałem pogrążonego w myślach. Nie miałem pojęcia, czy nasze życie się poprawi, jednego mogłem być jednak pewny: że się zmieni. Wizję powrotu Dalajlamy rozwiała niemal natychmiast myśl o przejęciu władzy przez kogoś jeszcze gorszego od Mao. Czułem więc radość i strach. Tyran nie żył, ale kto zasiądzie teraz na jego tronie?

Następnego dnia zwołano wiec. Wszyscy urzędnicy mieli na ramionach czarne opaski, a niektórzy, dodatkowo, papierowe białe kwiaty w kieszeniach na piersi.

– Nasz Ukochany Przywódca, Najjaśniejsze Słońce Naszych Serc, Przewodnik, Wielki Przewodniczący Mao nie żyje – powiedział naczelnik, a z głośników popłynęła żałobna muzyka.

Niektórzy więźniowie zaczęli płakać, inni rozpaczliwie zawodzili.

– Przewodniczący Mao był dla mnie lepszy niż rodzice – zapłakał ktoś.

Większość stała jednak w milczeniu, udając zasępienie. Ostrzegano nas, że mamy przyjąć „właściwą postawę” w tym smutnym dniu. Wszystkie te lata zrobiły ze mnie doskonałego aktora. Przybrałem zrozpaczoną minę i nie odzywałem słowem. Coraz więcej więźniów zanosiło się płaczem, niektórzy udawali nawet zasłabnięcie. To właśnie była chińska „właściwa postawa”. Urzędnicy na podium łkali jak dzieci.

Dwóch strażników przyniosło worek czarnych opasek, które rozdano wszystkim więźniom, z wyjątkiem „politycznych”. Przywilej żałoby przysługiwał tylko kryminalistom, „reakcjoniści” nie zasługiwali na opłakiwanie Mao. Jeden z więźniów z mojej grupy założył opaskę z nie ukrywaną dumą. Pokazał mi udekorowane ramię, mrugając przy tym jak dziecko, które popisuje się nową zabawką. Następnego dnia wszyscy więźniowie bez czapek pojechali do Lhasy na ogromny wiec żałobny opłakiwać Wielkiego Sternika.

* * *

Śmierć Mao przyniosła rozluźnienie dyscypliny w obozie. Skończyły się wreszcie regularne wiece i zebrania. W 1978 roku kazano nam spalić „Czerwone książeczki”. To było niezwykłe uczucie: niszczyć coś, co tak długo odgrywało w naszym życiu tak ponurą rolę. Zrezygnowano również z rytuału porannych modłów do przewodniczącego.

Nasza sytuacja szybko się poprawiała. Poproszono mnie o zorganizowanie produkcji dywanów. W obozie mieliśmy stado owiec, ale do tej pory wełnę sprzedawano spółdzielni lub rzucano do kąta. Miałem więc dużo materiału i z radością powitałem szansę ucieczki z fabryki dachówek.

Problem polegał na tym, że byłem jedynym więźniem, który wiedział coś o tkaniu. Musiałem więc robić wszystko sam – nawet snuć i farbować przędzę. Pracowałem bardzo ciężko, ale byłem wreszcie sam. Po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna nikt mnie nie śledził i nie obserwował.

Gazety rozpisywały się o Bandzie Czworga, a zwłaszcza o wdowie po Mao, Jiang Qing. Bandę oskarżano o próbę przejęcia kontroli nad partią po śmierci przewodniczącego i winiono za przemoc szalejącą w okresie rewolucji kulturalnej. Partia obiecywała naprawę błędów poprzedniej dekady, co już wkrótce dało się odczuć w obozie. Podniesiono nam pobory i przyznano nawet dodatek za pracę w trudnych warunkach, który nazywał się „słońce i wiatr”.

* * *

Zimą 1977 roku wszystkich więźniów w czapkach zwołano na wiec, podczas którego pytano nas ponownie o rolę, jaką odegraliśmy w powstaniu 1959 roku. Powtórzyłem swoją historię. Niektórzy więźniowie głupio zaprzeczali, że byli obecni tam, gdzie toczyły się walki. Nikt nie wyjaśnił nam, dlaczego znów wraca się do tej sprawy.

Kilka dni później na porannym apelu wyczytano imiona czterech więźniów, w tym moje. Powiedziano nam, że pojedziemy do Lhasy. Zawieziono nas do wielkiej bazy wojskowej na przedmieściach, gdzie w ogromnym halu czekało już kilkuset więźniów z innych obozów pracy. Salę udekorowano jak na wystawne przyjęcie, pod ścianami stały długie stoły uginające się pod ciężarem półmisków. Nigdy nie widziałem tyle jedzenia. Żołnierze podawali nam herbatę i traktowali tak, jakbyśmy byli delegacją ważnych dygnitarzy. Spotkałem wielu znajomych z Drapczi, Seitru i Orithridu; przywitaliśmy się bardzo serdecznie. Wszyscy mieliśmy wrażenie, że za chwilę będziemy wolni.

Do sali wszedł Łangczuk, wysoki funkcjonariusz partii w Tybecie.

– Towarzysze i przyjaciele – zaczął swoje przemówienie.

„Towarzysze i przyjaciele!” Nie wierzyłem własnym uszom. Łangczuk wyliczył zasługi partii, podkreślając, że to, co wydarzyło się w Tybecie w ciągu ostatnich dwudziestu lat, uznać należy za wypaczenia, za które partia nie ponosi winy. Wszystkie te „wypaczenia” przepisywał Bandzie Czworga. A potem cichym, spokojnym głosem obwieścił, że wszelkie polityczne etykiety i czapki zostają zniesione.

Łangczuk mówił, że pod rządami przewodniczącego Hua Guofenga świta nowa era i że wszyscy powinniśmy włączyć się teraz w proces budowania socjalistycznego Tybetu. To akurat znaliśmy na pamięć. Siedziałem obok mądrego, starego mnicha z Drepungu imieniem Czoephel Tharczin, który nosił długą, siwą brodę, podobną do tych, które na klasztornych malowidłach symbolizują długowieczność.

– Co teraz zrobisz? – zapytałem.

– Chciałbym wrócić do klasztoru – odparł.

Uświadomiłem sobie nagle, że i ja najbardziej pragnę powrotu do Drepungu.

Poproszono nas o przedstawienie naszych próśb na piśmie następnego dnia. Urzędnicy mówili, że zezwoli się nam na powrót do domów, ale Łangczuk dodał szybko, że, jako ludzie wykształceni, powinniśmy pomyśleć o włączeniu się w budowę socjalizmu.

Spotkanie trwało trzy dni. Spaliśmy w halu, a każdego ranka żołnierze przynosili nam herbatę. Pamiętam, ktoś powiedział, że jesteśmy jak jagnięta tuczone przed zarżnięciem. Trzeciego dnia poinformowano mnie, że moją prośbę rozpatrzono pozytywnie i że dostanę zezwolenie na zamieszkanie na terenie klasztoru. Nie posiadałem się z radości i wymachiwałem otrzymanym zaświadczeniem. Okazało się, że z dwustu zgromadzonych tu mnichów tylko trzech poprosiło o zgodę na powrót do klasztoru. Inni, nie wierząc w uzyskanie zezwolenia, pisali z reguły, że chcą być nauczycielami, licząc na to, iż w ten sposób szybciej trafią do domów. Kiedy jednak dowiedzieli się, że dano nam zgodę, wszyscy zmienili zdanie i rzucili się na pechowego oficera, który wydawał nam zaświadczenia. On jednak nie mógł nic zrobić. To była wciąż ta sama partia komunistyczna – nikt nie odważyłby się zmienić decyzji podjętej przez wyższego urzędnika.

Wróciłem do Njethangu podniecony perspektywą zwolnienia. Więźniowie przychodzili do mnie z gratulacjami i z listami, które chcieli przekazać krewnym. Spodziewałem się, że zostanę zwolniony natychmiast, ale przez kilka dni nic się nie działo. W końcu do obozu przyjechał wojskowy dżip i wezwano mnie do biura, przed którym czekali już dwaj inni mnisi, Czoephel Tharczin i Thupten Dhundup. Tharczin wyszedł po kilku minutach z szerokim uśmiechem. Był wolny.

Nadeszła moja kolej. Brygadier siedział za biurkiem i przeglądał gruby plik akt. Przywitał mnie kaszlnięciem.

– Miałem zostać zwolniony do klasztoru – powiedziałem tak uprzejmie, jak umiałem.

Władze obozu nie mogły przychylić się do mojej prośby, gdyż potrzebowały mnie na miejscu. W ramach nowej polityki gospodarczej partii obóz miał zwiększyć produkcję dywanów. Jako jedyny więzień, który coś o tym wiedział, musiałem zostać. Moje protesty nie zdały się na nic. Jedyną pociechą było to, że raz w tygodniu mogłem teraz jeździć do Lhasy.

* * *

Mniej więcej w tym czasie do obozu trafił Lobsang Łangczuk. Po raz pierwszy spotkaliśmy się w Drapczi na początku 1964 roku, teraz miałem znaleźć w nim mentora i przyjaciela. Wszyscy w więzieniu nazywali go po prostu gjenem, nauczycielem. Pamiętam, że kiedyś w Drapczi Gjen Lobsang wstał podczas zebrania i powiedział, że napisał modlitwę, w której prosi bóstwa opiekuńcze o zapobieżenie katastrofom naturalnym w Tybecie. Wymagało to wielkiej odwagi, gdyż Chińczycy uznawali takie wystąpienia za „rozpuszczanie reakcyjnych pogłosek”.

Gjen był wysoki jak na Tybetańczyka, nosił wąsiki, miał szczupłą, uduchowioną twarz i tę naturalną pokorę, która znamionuje wielką siłę wewnętrzną i wiedzę. Aresztowano go w 1960 roku za udział w powstaniu, od 1970 był lej-mi i pracował w obozie reedukacji przez pracę.

Zapytałem brygadiera, czy mogę dostać kogoś do pomocy przy snuciu przędzy. Powiedział mi, żebym wybrał sobie kogoś z grupy pracującej na pobliskim polu, a ja poprosiłem o Gjena Lobsanga. Pomyślałem, że to lepsza praca dla starego człowieka. Gjen miał już sześćdziesiąt cztery lata, był wychudzony i kruchy.

Zaczęliśmy pracować razem w sierpniu 1978 roku. W małym pomieszczeniu było nas tylko dwóch, ja tkałem w kącie, a Gjen prządł. Zachodzące zmiany napawały większość więźniów entuzjazmem, zapytałem więc Gjena, co o nich myśli.

– To tylko nowa para butów na starej drodze – odparł.

Już wkrótce zacząłem dostrzegać, co miał na myśli. Uświadomiłem sobie, że są dwie kwestie, wobec których partia nie zgodzi się nigdy na żadne ustępstwa. Pierwszą była niepodległość Tybetu, drugą – wolność religijna. Otaczający nas ludzie zdawali się błyskawicznie zapominać o przeszłości. A przecież tak naprawdę nic się zmieniło. Nadal byliśmy więźniami, uzależnionymi od kaprysów strażników i urzędników więziennych. Fakt, że partia postanowiła ogłosić nadejście nowej ery, nie był jeszcze żadnym powodem do radości.

Rozmowy z Gjenem, który prządł dla mnie wełnę, pozwoliły mi spojrzeć na mój los z nowej perspektywy. Moje uwięzienie było tylko małą cząstką zniewolenia całego kraju. Tysiące więźniów, którzy nigdy nie popełnili żadnego przestępstwa, zadręczono lub zagłodzono na śmierć. Nasz kraj zajęli okupanci, wtrącając jego prawowitych mieszkańców do więzień. Jak moglibyśmy uważać się za wolnych? Rosła moja pogarda dla partii komunistycznej. Dla partii, która twierdziła, że służy biednym, odbierając życie tysiącom z nich. Dla partii, która nie miała żadnego szacunku dla ludzkiego życia.

* * *

Pewnego zimnego lutowego poranka w 1979 roku wszystkich lej-mi znowu spędzono na wiec. Mieliśmy swobodnie, bez obaw zgłaszać wszelkie krytyczne uwagi. Takie spotkania zwoływano z reguły w okresie zażartych walk frakcyjnych między najwyższymi przywódcami partii. Skrzętnie notowano wówczas wszelkie oskarżenia więźniów i ludności, by wykorzystać je przeciwko tym, którzy sprawowali akurat władzę.

Wiec zdominował jak zwykle chór pochlebców, wynoszących pod niebiosa nową erę i partię komunistyczną. Wpadłem w gniew. Pomyślałem, że szkoda okazji i że trzeba przypomnieć Chińczykom o naszych cierpieniach i żalach. Kiedy wróciłem do pracy, Gjen siedział już na podłodze obłożony kłębkami wełny. Spojrzał mi w oczy i zapytał:

– Czy oni naprawdę zapomnieli już o tym, co przeżywali przez dwadzieścia lat? Po kilku dniach?

Potem powiedział, że powinniśmy napisać, co myślimy, i przedstawić to władzom w formie petycji. Moglibyśmy zacząć od tego, że chcieliśmy mówić na wiecu, ale nie dano nam szansy. Natychmiast się zgodziłem i przez następne dwa dni Gjen pisał długą petycję, przerywając tylko po to, żeby przeczytać mi ostatnie zdania. Za każdym razem zdumiewała mnie jego wiedza i zachwycał styl. Pisał w starym, postrzępionym notesie.

Zaczął od cytatu z modlitwy Dalajlamy o powszechną prawdę. Każdą część otwierały cztery wersy tej modlitwy. Część pierwsza mówiła o cierpieniach, jakie zadano narodowi tybetańskiemu w ciągu ostatnich lat; druga streszczała 2700 lat historii Tybetu i kończyła się stwierdzeniem, że Tybet jest niepodległym państwem.

Zbliżał się nowy rok kalendarza tybetańskiego; wszyscy strażnicy i urzędnicy byli w świątecznym nastroju. Po raz pierwszy Chińczycy pozwolili nam świętować Nowy Rok. Powiedziałem Gjenowi, że to chyba odpowiedni moment na wręczenie petycji. Zgodził się i natychmiast zaniósł ją do biura. Strażnicy nie mieli dlań czasu i kazali mu zostawić notes na stole. Kiedy miał już wyjść, odwrócił się nagle i zapytał:

– Czy ludzie mogą to przeczytać?

– Tak – odparł oficer, nie patrząc nawet na kartki.

Gjen dostał zgodę na odwiedzenie krewnych w Lhasie z okazji świąt noworocznych. Wstał przed świtem i poszedł do miasta, zabierając ze sobą dziewiętnastostronicową petycję, którą podpisaliśmy „Więźniowie Obozu Reformy przez Pracę, Palden Gjaco i Lobsang Łangczuk”. Gjen przykleił ją na ścianie Tybetańskiej Akademii Medycznej w Lhasie. Była to pierwsza petycja, jaka pojawiła się w stolicy po śmierci Mao.

Kiedy wrócił do Njethangu, Gjen powiedział mi, że przed naszą petycją zgromadziły się tłumy ludzi, nim skończył nalepiać ostatnie kartki. Inni więźniowie mówili mi, że wywołała w Lhasie ogromne poruszenie. Policja zaczęła nas przesłuchiwać dziesięć dni później. Najpierw wezwano Gjena, a po godzinie przyszedł po mnie tybetański strażnik imieniem Pasang.

Zostaliśmy przesłuchani, nie postawiono nam jednak żadnych zarzutów. Gjen i ja powtarzaliśmy, że dostaliśmy zgodę oficera dyżurnego. Przecież zostawiliśmy nawet kopię w biurze! Władze starały się przekonać wszystkich, że nadeszły lepsze czasy, i prześcigały się w okazywaniu „wyrozumiałości”. Zamiast nas ukarać, przeniesiono Gjena do innej grupy roboczej, a więźniom kazano mieć nas na oku. Od tego czasu musieliśmy spotykać się potajemnie.

We wrześniu 1979 roku w obozie pojawiła się grupa wysokich urzędników partyjnych; ogłoszono, że przez dwa tygodnie nie wolno nam odwiedzać Lhasy. Dowiedzieliśmy się, że do stolicy ma przybyć delegacja uchodźców, wysłana przez Dalajlamę. Chińczycy najwyraźniej nie chcieli, żeby ktoś z nas się nią spotkał. Później dowiedziałem się, że delegaci prosili o widzenie z Gjenem.

W obawie, że władze mogą próbować przekonać delegatów, iż Tybetańczycy żyją szczęśliwie pod nowymi rządami, postanowiliśmy rozlepić nowe plakaty, wzywające do walki o wolność. Napisałem ich wiele – żądałem niepodległości i opuszczenia przez Chińczyków Krainy Śniegów. Pokazałem je Gjenowi, a on wydawał się zadowolony. Powiedział, że sam też zrobi kilka.

Jeszcze tego samego dnia zaczął malować plakat, ale zauważył go jeden z najbardziej „zasłużonych” donosicieli, Rongpa, który natychmiast popędził do strażnika z informacją o swoim odkryciu i mojej porannej wizycie u Gjena.

Już po chwili w tkalni zjawił się tybetański strażnik, Pasang.

– Po co byłeś dziś u Lobsanga Łangczuka? – zapytał.

– Oddać książkę – odparłem.

Pasang zaczął wrzeszczeć i kazał mi iść do baraku Gjena. Kiedy tam wszedłem, Gjen stał na środku z podniesionymi rękami. Na podłodze leżał nie dokończony plakat. Obok na skrawkach papieru wypisane były hasła, które chciał na nim umieścić. Kilku strażników przeszukiwało rzeczy Gjena.

– Wiesz coś o tym? – zapytał mnie jeden z nich.

– Byłem w pracy. Nic nie wiem – odparłem, myśląc o plakatach, ukrytych w moich rzeczach.

– Palden nie ma z tym nic wspólnego – odezwał się Gjen.

– To po co się dziś spotkaliście? – zapytał Pasang.

– Przyszedł oddać mi książkę – powiedział Gjen.

Myślałem, że serce wyskoczy mi z piersi.

1 października więzień imieniem Samten, który uciekł później do Nepalu, wyniósł moje plakaty z obozu i rozlepił je na ulicach Lhasy. Następnego dnia do obozu przyjechały dwa policyjne dżipy, a Gjena i mnie wezwano do głównego biura.

– Czy któryś z was był wczoraj w Lhasie? – zapytał młody tybetański oficer.

– Brygadier może potwierdzić, że nie opuszczaliśmy obozu – odpowiedział łagodnie Gjen.

Nie udało im się powiązać nas z plakatami.

Mimo że Gjena złapano na gorącym uczynku, władze nie podjęły żadnych kroków. Przeniesiono go z Njethangu do Akademii Medycznej, gdzie miał zebrać i opracować starożytne tybetańskie traktaty medyczne, których większość zniszczono w trakcie rewolucji kulturalnej. Moją prośbę o przeniesienie do Drepungu ponownie odrzucono, stwierdzając, że jestem tu niezbędnym robotnikiem wykwalifikowanym.

Później odkryłem, że Chińczycy wzięli nas obu pod ścisłą obserwację, podejrzewając, że należymy do podziemnej organizacji o nazwie „Tag Drug”, Tygrysiątka. Do śledzenia mnie wyznaczono trzech więźniów. Chińczycy nie musieli się spieszyć, gromadzili dowody i spokojnie rozstawiali sieci, czekając na większą zdobycz.

Ponad sześć miesięcy nie miałem kontaktu z Gjenem; zajmowałem się wyłącznie pracą. Po pewnym czasie moi aniołowie stróże zaczęli się nudzić i tracić czujność. Następny ruch władze wykonały dopiero w 1981 roku, aresztując Gjena i zamykając go w więzieniu Guca. To była bardzo smutna wiadomość – traciliśmy jedno z ostatnich źródeł inspiracji. Gjen napisał do mnie, prosząc, bym nie poddawał się i nie rezygnował z walki o wolność i niepodległość Tybetu. Kilka tygodni później udało mi się przemycić do Lhasy plakat informujący o aresztowaniu Gjena i żądający jego uwolnienia.

Miałem wrażenie, że wielu Tybetańczyków żyje w złudnym poczuciu bezpieczeństwa. Do domu wracali kolejni krewni i przyjaciele, którzy zniknęli po 1960 roku, wydawało się też, że nie dochodzi do nowych aresztowań. Chciałem pokazać rodakom, że ludzie nadal znikają, lecz Biuro Bezpieczeństwa Publicznego jest na tyle mądre, żeby nie robić tego w świetle dnia. Na jednym z plakatów opisałem życie w obozie reedukacji przez pracę, kończąc zdaniem: „To wciąż jest więzienie”. Władze chińskie utrzymywały, że obozy te nie są więzieniami. Z oficjalnych dokumentów nie wynikało, jak długo będziemy w nich przetrzymywani. Gjen Lobsang, na przykład, został formalnie zwolniony w 1970 roku, ale następnych dziesięć lat spędził w obozie pracy.

Inni więźniowie ostrzegali mnie, że moje działania skończą się powrotem złych, starych czasów. Chcieli, żebym przestał, i powtarzali, że żyjemy przecież w znacznie lepszych warunkach i nie mamy tak surowego rygoru. Pogrążali się – z własnego wyboru – w amnezji; nikt nie chciał pamiętać o koszmarach przeszłości. Znacznie łatwiej, co zrozumiałe, przyjąć było maksymę partii: „Przeszłość należy do przeszłości”.

Partia chciała, żebyśmy zapomnieli o głodzie, o smaku zupy z trawy, o ciężarze kajdan, o bliznach na plecach. To „należało do przeszłości”, która miała się już nigdy nie powtórzyć. W 1980 roku przyjechał do Lhasy nowy sekretarz partii komunistycznej, żeby publicznie przeprosić mieszkańców Tybetu. Strażnicy rozdawali nam Dziennik Tybetański, żebyśmy mogli przeczytać tekst przemówienia Hu, który obiecywał nam więcej wolności – zwłaszcza religijnej.

Ja jednak nadal budziłem się co rano w więzieniu. W Njethangu wciąż przebywało ponad dwustu więźniów, choć wszyscy dawno odsiedzieli swoje wyroki. Codziennie wychodziliśmy rano z obozu napełniać nawozem nasze kosze. Nadal też uczestniczyliśmy w sesjach edukacyjnych, poświęconych dla odmiany nie kończącym się obietnicom o nadejściu nowej ery.

W lutym 1982 roku postanowiłem zawiesić w Lhasie nowy plakat. Było zimno, owinąłem się więc szczelnie czubą. Przynajmniej znów wolno nam było nosić tradycyjne tybetańskie stroje. Szedłem szybko, żeby być w mieście przed wschodem słońca. Kiedy dotarłem na otaczający Dżokhang Barkor, zdumiałem się na widok tłumu ludzi, składających pokłony przed najbardziej czczoną świątynią Tybetu. Mieszkańcy Tybetu znowu mogli pielgrzymować do swojej stolicy.

W centrum miasta roiło się od szepcących modlitwy pielgrzymów, nie mogłem zaryzykować nalepienia plakatu przy tylu świadkach. Nie miałem pojęcia, jak by zareagowali. Poszedłem więc w kierunku głównych budynków rządowych, przy których nikt się nie kręcił. Ponieważ nie zauważyłem żadnego wartownika, postanowiłem nalepić plakat właśnie tutaj.

Plakat wzywał Tybetańczyków do obudzenia się i powstania przeciwko naszym oprawcom. Pisałem, że żyjemy w paszczy wilka i połknięcie nas jest jedynie kwestią czasu, że reformy i liberalizacja to jeszcze jeden wybieg, o którym szybko zapomnimy, jak tylko Deng Xiaoping poczuje się pewny swojej władzy.

Kiedy wróciłem do Njethangu, piały właśnie koguty. Nikt nie zauważył mojej nieobecności. Zauważyłem dym nad kuchnią, poszedłem więc prosto po herbatę. Dopiero dwa lata później Chińczycy mieli dowiedzieć się, kto był autorem tych plakatów.

* * *

We wrześniu 1982 roku Hu Yaobang został ponownie wybrany na sekretarza Komunistycznej Partii Chin. Uważano go za ojca polityki reform i liberalizacji; pamiętam, że nawet Dziennik Tybetański informował o telegramie gratulacyjnym, który wysłał mu wówczas Dalajlama. Wydawało się to dobrym znakiem. Hu obiecał wycofać z Tybetu większość chińskich oddziałów i już wkrótce przekonaliśmy się o tym na własne oczy. Chiński changzhang został odesłany do Chin, a jego miejsce zajął dotychczasowy tybetański asystent, Łangjal.

Pewnego ranka, idąc po swoją herbatę, zauważyłem grupę więźniów tłoczących się przed jakimś plakatem. Podszedłem zaciekawiony i ze zdumieniem przeczytałem obwieszczenie Komitetu Centralnego Partii. Rozwiązano wszystkie obozy reformy przez pracę! Skoro władze nie mogły nas tu dłużej trzymać, zaczęliśmy natychmiast domagać się zwolnienia.

I rzeczywiście zwolniono większość lej-mi. Pod koniec roku zostało nas w obozie tylko dziesięciu. Podano nam ten sam powód co zwykle: wykwalifikowani robotnicy muszą zakończyć rozpoczęte już prace. Na opuszczenie obozu pozwolono mi dopiero wiosną 1983 roku.

Zastanawiałem się, czy wracać do Panamu czy do Drepungu. Wiedziałem, że łatwiej uzyskam zezwolenie na pobyt w Panamie, ale nie byłem pewny, czy chcę tam wrócić. Rok wcześniej niespodziewanie odwiedził mnie syn brata. Był bosy, w łachmanach. Powiedział, że moje siostry nie rozmawiają z naszą macochą. Podczas rewolucji kulturalnej zadenuncjowały ojca i przyglądały się, jak chińscy żołdacy biją go na śmierć. Żona ojca nigdy im nie wybaczyła.

Dowiedziałem się też, że ludzie, którzy zamordowali mego brata, są nadal na wolności. Niektórzy piastowali nawet jakieś ważne urzędy. Klasztor Gadong został splądrowany i zniszczony. Zastanawiałem się, czy starczy mi sił na powrót w ruiny.

Rozdział XI

Wśród ruin

Autobus zatrzymał się u stóp wzgórza, wysiadłem i ruszyłem w górę ku Drepungowi. Klasztor stracił swój imponujący blask, który tak mnie oszołomił, gdy przed trzydziestu laty zobaczyłem go po raz pierwszy po długiej wędrówce z Panamu. Ciągle pamiętałem lśniącą biel ścian i majestatyczny blask złotych dachów. Teraz zostało tylko rozrzedzone górskie powietrze. Trudno było uwierzyć, że miejsce, do którego zmierzałem, tętniło kiedyś życiem i rozbrzmiewało głosami ponad sześciu tysięcy mnichów. Spękane, brudne ściany chyliły się ku upadkowi; przypominały okaleczonego olbrzyma.

Oparłem się o skałę i zamknąłem oczy. Kiedy je znów otworzyłem, miałem wrażenie, że przeniosłem się w czasie. Zobaczyłem idącą ku mnie grupę Khampów. Mężczyźni zarzucili na ramiona czuby, we włosy wpletli długie kity z jaskrawoczerwonego jedwabiu. Kobiety nosiły wspaniałą biżuterię i duże bryły bursztynu. Tylko ich buty, identyczne trampki z niebieskiego płótna na gumowych podeszwach, przypominały o czasach, w jakich przyszło nam żyć. W całej tej scenie jedynie one świadczyły o obecności Chińczyków w naszym kraju.

Pielgrzymi uśmiechnęli się do mnie radośnie, a ja dołączyłem do nich i razem ruszyliśmy ku zrujnowanemu klasztorowi. Stanęliśmy w progu, patrząc na dziedziniec otoczony rozpadającymi się ścianami. Pielgrzymi potrząsnęli głowami z niedowierzaniem i pochylili się ku ziemi w pokłonie.

Złożyłem trzy pokłony. Po raz pierwszy od trzydziestu lat nie oglądałem się przy tym nerwowo przez ramię. Na widok tej dewastacji i zniszczeń moje oczy napełniły się łzami. Powoli wszedłem między ruiny, próbując odtworzyć w pamięci dawny kształt klasztoru. Próbowałem znaleźć mój pierwszy szag, ale nie został po nim nawet ślad.

Spotkałem grupę byłych mnichów, którzy, jak ja, usiłowali odbudować w wyobraźni wspaniałość zrównanych z ziemią budynków. Starszy spojrzał mi prosto w oczy i zapytał:

– W którym byłeś dracangu?

– W Loselingu – odparłem, a on bez słowa zatoczył ręką koło.

Staliśmy na czoe-ra Loselingu, otwartym dziedzińcu, który był niemym świadkiem tysięcy filozoficznych dysput.

Zaczęliśmy rozmawiać o dawnych przyjaciołach i więzieniach, w których przyszło nam siedzieć. Zapytali mnie, czy zamierzam tu wrócić. Powiedziałem, że mam na to zgodę władz obozu pracy, pod warunkiem że klasztor zgodzi się mnie przyjąć.

Pokazali mi biuro Komitetu Demokratycznego Zarządzania Klasztoru Drepung. Powołał je Wydział do spraw Religii, zajmowało się administracją. W teorii, powinni kierować nim demokratycznie wybrani mnisi, wkrótce jednak miałem się przekonać, że nazwiska kandydatów przysyłała partia, a mnichom pozostawało ich formalne „zatwierdzenie”.

Na tyłach klasztoru ocalało kilka budynków; na ich wyblakłych ścianach wymalowano po chińsku rewolucyjne slogany. Wszedłem na kamienny dziedziniec. W rogu kilka kobiet robiło pranie. Jedna z nich pokazała mi drzwi do siedziby KDZ.

W środku powitał mnie były mnich imieniem Dzinpa Lhencog, śniady, wychudzony mężczyzna, który sprawiał wrażenie bardzo chorowitego. W rzeczywistości był zdolnym człowiekiem o ogromnej energii i choć uważano go za chińskiego sługusa, usiłował chronić klasztor przed bandami czerwonogwardzistów. Wszystko, co zostało z Drepungu, ocalił właśnie on. Teraz był zhurenem, przewodniczącym KDZ. Powiedziałem mu, że chciałbym przenieść się do klasztoru.

– Które więzienie? – zapytał, mimo że nie wspomniałem słowem o więzieniu. Wiedział przecież, że niemal wszyscy byli mnisi zostali aresztowani przez Chińczyków.

Szybko opowiedziałem mu o pobycie w różnych więzieniach, dodając, że pracowałem jako tkacz i stolarz. Wyraz twarzy Dzinpy zmienił się zupełnie, gdy tylko usłyszał, że umiem tkać dywany. Spodobał mu się pomysł robienia dywanów.

– Czy mógłbyś nauczyć tego kobiety? – zapytał.

Wprawiło mnie to w zmieszanie. Czyż Drepung nie był klasztorem? Wkrótce okazało się, że teraz jest bardziej wioską. Wszyscy mnisi mieli żony. Mówili, że zmuszono ich do zawarcia małżeństw w czasie rewolucji kulturalnej; w ten sposób wykazywali się „rewolucyjnym entuzjazmem” i dowodzili, że nie są dzie-lu pa, zacofani. Dzinpa też był żonaty i miał dwoje dzieci.

KDZ udzielił mi zgody na powrót i w maju 1983 roku przeniosłem się do Drepungu. Zhuren powiedział, że mogę wybrać sobie dowolne pomieszczenia; zdecydowałem się na mały szag z dwoma izbami i przepięknym widokiem na dolinę Lhasy. Miałem bardzo skromny dobytek – pościel i dwie stare czuby. Przez całe lata chodziłem przecież tylko w więziennych uniformach. Nie miałem też żadnych garnków, ale w Njethang kupiłem dwa duże chińskie termosy.

Ponieważ w całym Tybecie rozwiązano obozy reformy przez pracę, do klasztoru nagle zaczęli wracać starzy mnisi. Władze chętnie ich przyjmowały, gdyż rozpaczliwie potrzebowały wykwalifikowanych robotników. Zająłem się odtwarzaniem malowideł ściennych w ocalałych budynkach.

Nowe życie klasztorne miało w sobie coś z farsy. Nikt z nas nie nosił tradycyjnych szat. Dawniej żartobliwie nazywano Drepung „szkołą teatralną”, gdyż mnisi tak często zmieniali tu rytualne stroje. Teraz chodziliśmy w niebieskich kombinezonach roboczych, a wspólne modlitwy wolno nam było odprawiać tylko trzy razy w miesiącu. Klasztor przypominał bardziej zwykłą komunę; przyznawano nam punkty za pracę i na tej podstawie rozdzielano żywność. Mimo tych dziwnych zmian cudownie było żyć znów w klasztorze.

Pewnego dnia, gdy wyjaśniałem młodym mnichom, jak najłatwiej nauczyć się na pamięć długiego tekstu, powiedziano mi, że do Drepungu przybyła grupa policjantów i urzędników Biura do spraw Religii. Przed paroma dniami doszło do niepokojów w klasztorze Ganden, pomyślałem więc, że władze zajmują się „profilaktyką”, i niemal natychmiast o tym zapomniałem.

Przez kilka dni klasztor patrolowali urzędnicy i policjanci w nowych, niebieskich i białych, mundurach. Zaniepokoiłem się widząc, że zajmują duży budynek, jakby chcieli mieć w nim stałe biuro. Ciągle podjeżdżały i wyjeżdżały dżipy.

Pewnego wieczora, kiedy siedziałem na łóżku, recytując modlitwy, ktoś zapukał do moich drzwi. Do celi zajrzał młody mnich.

– Śpisz? – zapytał.

– Nie, wejdź – odparłem.

– Kuszo Palden-la – wyszeptał. – Policjanci wypytują o ciebie. Musisz być ostrożny – powiedział tylko, zostawiając mnie moim modlitwom.

Następnego wieczora usłyszałem warkot silników kilku dżipów. Po klasztorze kręciły się setki bezpańskich psów, przegonionych z Lhasy w ramach przygotowań do przyjęcia pierwszych zachodnich turystów – teraz wszystkie zaczęły wściekle ujadać. Zastanawiałem się, co je mogło tak zaniepokoić. Potem usłyszałem kroki na dachu mojego domku – nie psie, ludzkie. Siedziałem bez ruchu, uważnie nasłuchując. Po kilku minutach rozległo się pukanie do drzwi.

– Otwarte – powiedziałem.

Izba pogrążona była w zupełnej ciemności.

– Gdzie jest światło? – zapytał ktoś.

Wyjaśniłem, a gdy w szagu rozbłysło światło, zobaczyłem w drzwiach lufę karabinu. Zdezorientowany, usiadłem na łóżku. W tej samej chwili do izby wbiegło dwóch młodych chińskich policjantów, mierząc do mnie z karabinów.

Za nimi weszło ponad dziesięciu innych, przed moim szagiem było pełno ludzi. Przewodził im chiński oficer o szerokiej, nalanej twarzy, któremu towarzyszył Dzinpa Lhencog. Chińczyk przez chwilę rozglądał się bez słowa, a potem warknął nagle:

– Jak się nazywasz? – przełożył pytanie tłumacz.

– Palden Gjaco – odpowiedziałem spokojnie.

Pomyślałem, że lepiej będzie, jeśli zostanę w łóżku.

Chińczyk wyciągnął z kieszeni kartkę papieru i zaczął czytać.

– Aresztujemy cię na podstawie nakazu wydanego przez sędziego Thuptena Cundro z Sądu Najwyższego w Lhasie.

Nie podano żadnych powodów. Policjant kazał mi wstać. Wszyscy cofnęli się o krok, żeby zrobić mi miejsce. Założono mi kajdanki, nowy model z lekkiej, błyszczącej w półmroku stali, i znów poczułem na skórze chłód żelaza.

Policjanci zaczęli przeszukiwać pokój. Kupiłem dużą płachtę białej bawełny, którą obiłem sufit. Zerwano ją teraz, wzbijając kłęby kurzu. Ktoś podniósł moje księgi i rzucił je na podłogę. Zamarło mi serce, kiedy z jednej z nich wypadł kawałek kalki, której używałem do kopiowania plakatów. Litery były nadal bardzo wyraźne. Policjanci powitali ten pierwszy dowód radosnym śmiechem.

Dwóch Chińczyków badało moje termosy. W jednym, między wkładem a ścianką, ukryłem flagę Tybetu i pisma Dalajlamy. Policjant wylał wodę z termosa i zaczął nim potrząsać. Kiedy jego kolega odkręcił denko, na podłogę posypały się kartki i flaga. Kolejny wybuch śmiechu.

Wyższy chiński oficer poklepał mnie po ramieniu i zapytał doskonałym tybetańskim:

– Paldenie Gjaco, czy poznajesz swoje zbrodnie?

Wskazał ręką na papiery na podłodze:

– To są twoje zbrodnie. Czyż nie trafiliśmy prosto w cel? Sa gung-treng, nam gung-treng tang – „Partia rządzi niebem i ziemią”.

Po raz pierwszy usłyszałem te słowa, kiedy aresztowano mnie w 1960 roku. Nie wiem czemu, ale przed oczami stanęło mi bicie w Norbukhungce.

Zauważyłem, że Dzinpa Lhencog trzęsie się jak w gorączce. Wiedział, że władze będą go pytać, dlaczego dał mi zgodę na pobyt w klasztorze. Migmar, zastępca sekretarza KDZ też był zdenerwowany, ale natychmiast zaczął mnie oskarżać o bycie „wilkiem w owczej skórze”.

– Nie ma potrzeby rzucać kamieniami w tonącego psa – powiedziałem mu.

Oficer kazał mnie wyprowadzić. Popychany lufą karabinu przeszedłem przez dziedziniec i wsiadłem do dżipa. Po obu stronach usiedli policjanci z karabinami. W klasztorze roiło się od policji. Pojechaliśmy w kierunku Lhasy, a potem gwałtownie skręcili do Starego Seitru, więzienia, w którym przebywali niegdyś najważniejsi dostojnicy dawnego Tybetu, w tym jego ostatni premier, Lobsang Taszi.

Seitru było teraz aresztem; więźniowie czekali tu, aż sąd uzna za stosowne ogłosić ich wyrok. Powitało nas kilku strażników. Poznałem zuzhanga Dhargjala, tybetańskiego brygadiera. Młodzi chińscy strażnicy trzymali w rękach metrowe pałki elektryczne. Dhargjal otworzył drzwi i wyciągnął mnie z dżipa. Było już po północy.

Przeprowadzono mnie przez wiele drzwi i ciemnych, wilgotnych pomieszczeń, potem wyszliśmy na otwarty dziedziniec otoczony celami. Trafiłem na oddział numer sześć. Strażnicy zdjęli mi kajdanki i wepchnęli do celi, wrzucając za mną pościel, którą zabrali z szagu. Zatrzaśnięto drzwi.

Kiedy tak stałem samotnie w mroku celi, w pełni dotarło do mnie, że jestem aresztowany. Czułem, że prędko stąd nie wyjdę. Z punktu widzenia partii, nie poddałem się reformie, zbłądziłem z prawdziwej ścieżki socjalizmu. W celi była tylko słomiana mata na betonowej podłodze, którą pomalowano na zielono i wypolerowano tak, że mogłem się w niej przejrzeć. Przeżyłem za murami więzienia trzy miesiące i osiemnaście dni.

Nowa cela różniła się bardzo od poprzednich. Pachniała świeżą farbą. Naprzeciw stalowych drzwi, opatrzonych w lipo i niewielką klapę przy podłodze, znajdowało się małe, gęsto okratowane okno.

Rozłożyłem pościel na macie i próbowałem usnąć. Po chwili usłyszałem podjeżdżające dżipy i stukot łańcucha na dziedzińcu. Tej nocy aresztowano jeszcze cztery osoby.

Pobudkę obwieścił elektryczny dzwonek, umieszczony przed drzwiami mojej celi. Nikt nie otworzył drzwi, ale po pewnym czasie uchylono klapę i wstawiono kubek gorącej herbaty. Kilka godzin później w drzwiach celi stanął Zuzhang Dhargjal. Kazał mi wyjść i przejść do innego pomieszczenia, gdzie zrobiono mi zdjęcia – portret i dwa profile. Pomyślałem o setkach fotografii, przekreślonych czarnym krzyżem, które widziałem w ciągu ostatnich lat. Przedstawiały więźniów skazanych na śmierć.

Następnego dnia zabrano mnie na przesłuchanie do kolejnej zimnej, ponurej celi o betonowych, pachnących świeżą farbą ścianach, tak różnej od tradycyjnych tybetańskich domów z żółtawych cegieł o kojącej woni ziemi.

Zuzhang Dhargjal pochylił się nade mną i wycedził:

– Dobrze się zastanów i do wszystkiego przyznaj.

Za stołami siedziało dwóch chińskich oficerów i tłumacz. Starszy miał w sobie coś, co sprawiło, iż pomyślałem, że nie uderzy mnie pierwszy. Zawsze trudno nam było doszukać się jakichś ludzkich cech w chińskich oficerach. Uosabiali władzę i represje, nigdy nie nawiązywaliśmy z nimi kontaktu, gdyż rozdzielał nas tłumacz. Jego obecność zdawała się blokować wszelkie szanse na nawiązanie nici zrozumienia między więźniem a urzędnikiem. Jeżeli w ogóle nawiązywaliśmy jakiś kontakt, to właśnie z tłumaczem, a nie ze śledczym.

Usiadłem na drewnianym krześle, a jeden z Chińczyków przez tłumacza, uprzejmie zaproponował mi przyznanie się do winy. Milczałem. Przez dłuższy czas panowała cisza.

– Dlaczego, twoim zdaniem, zostałeś aresztowany?

– Nie wiem, dlaczego mnie aresztowano.

Po dwudziestu latach przesłuchań mogłem uważać się za eksperta. Nie zamierzałem udzielać żadnych informacji, dopóki nie dowiem się, o co konkretnie zostałem oskarżony. Kazano mi więc opowiedzieć moją historię od ósmego roku życia.

– Od 1975 roku byłem więźniem w obozie pracy Njethang Żuanła Czang, przedtem siedziałem w Sangjip – urwałem. – Nie ma powodu, żebym opowiadał wam o moim życiu. Od 1960 roku bez końca powtarzałem swój życiorys. Jeżeli was rzeczywiście interesuje, możecie przeczytać moje akta.

Śledczy nie zareagowali, ale czułem, że w każdej chwili może zacząć się bicie. Kazano mi jednak wyjść i „dobrze się zastanowić”. Niemniej miałem swoje powody, by milczeć. Musiałem się przekonać, ile naprawdę wiedzą. Czy wiedzieli o raporcie o sytuacji w Tybecie, który napisałem w Njethangu i dałem Samtenowi, by go przemycił do Nepalu i przekazał Dalajlamie? Wszyscy się pod nim podpisaliśmy. Musiałem wiedzieć, czy przyczyną mojego aresztowania był właśnie ów raport.

Przesłuchanie wlokło się przez kilka dni. Nadal odmawiałem złożenia zeznań. Chińczycy nie tracili jednak spokoju i nie uciekali się do bicia. Pewnego ranka, choć spodziewałem się kolejnego przesłuchania, powiedziano mi, że czekają na mnie goście.

– Czy masz krewnych imieniem Lobsang i Dolma? – zapytał Dhargjal.

Przytaknąłem. Zaprowadzono mnie do pomieszczenia, w którym siedział syn mego starszego brata, Lobsang, i jego siostra Dolma. To właśnie Lobsang odwiedził mnie w Njethangu w 1981 roku. Teraz miał na sobie najlepsze ubranie i twarz natłuszczoną oliwą. Na stole stał termos, koszyk ciasteczek i kawałek twardego tybetańskiego sera. Dolma nalała herbaty i podała mi filiżankę.

Lobsang powiedział, że mieszkają teraz w Lhasie, a on dobrze zarabia jako krawiec. Przyjechała też z nimi żona mojego ojca, ale była bardzo chora. Lobsang chciał, żebym wiedział, że przesłuchiwała ich policja.

Ponpo-la powiedział, że zwolnią cię, jeśli złożysz zeznania.

Milczałem.

– Prosimy, Paldenie – wykrztusił. – Zeznawaj dla własnego dobra.

Potem oboje zaczęli płakać. Powiedziałem im, żeby się nie martwili i dobrze opiekowali moją macochą. Po chwili Dhargjal odprowadził mnie do celi.

Kiedy zaprowadzono mnie na następne przesłuchanie, nadal miałem przed oczami zapłakanego Lobsanga i Dolmę. Powiedziałem, że będę zeznawać. Młodszy Chińczyk nalał mi herbaty z termosu i podał ciastko. Zacząłem opowiadać swoją historię od ósmego roku życia. Nikt mi nie przerywał.

Kiedy skończyłem, starszy oficer pochylił się ku mnie i zapytał:

– Jak myślisz, dlaczego jesteś w więzieniu?

– Aresztowano mnie z powodu dowodów, znalezionych w moim pokoju w Drepungu? – odpowiedziałem pytaniem.

Mówiłem tylko to, o czym i tak wiedzieli.

– Rozumiesz więc swoje przestępstwo? – zapytał starszy oficer.

Odetchnąłem z ulgą. Wiedzieli oczywiście o plakacie, ale nic nie wskazywało na to, by mieli informacje o raporcie przesłanym przez Samtena Dalajlamie. Przyznałem się do nalepienia plakatu, co wywołało grad kolejnych pytań: Kto dał mi papier, ołówek, klej? Chcieli się dowiedzieć, czy działałem sam, czy miałem wspólników. Powtarzałem, że nikt nie wiedział o tym, co robię.

Moje odpowiedzi nie zadowoliły oficerów. Następnego dnia kazano mi wymienić wszystkie osoby, z którymi kontaktowałem się w ciągu ostatniego roku. Jak miałem teraz uniknąć obciążania przyjaciół? Zamiast listy postanowiłem dać władzom nazwisko mego „wspólnika”. Powiedziałem im, że flagę i papiery znalezione w termosie dostałem od sędziwego mnicha imieniem Lobsang Gelek, który, jak wiedziałem, zmarł dzień przed moim aresztowaniem.

– Gdzie jest Lobsang Gelek? – zapytał śledczy.

– W Njethangu – odparłem.

Zapisali imię i wszystkie szczegóły. Tym razem wyglądali na usatysfakcjonowanych. Przesłuchanie trwało już jedenaście dni.

Moja strategia okazała się skuteczna. Kilka dni później chiński oficer powiedział mi, że aresztowano Lobsanga Gelka, który przyznał się do wszystkiego i złożył wyczerpujące zeznanie. Śmiałem się w duchu do rozpuku. Wiedziałem, że Chińczycy nie mogą sobie pozwolić na utratę twarzy. Nadal jednak nie mogłem zrozumieć, w jaki sposób uniknąłem bicia. Czyżby moi śledczy mieli wyjątkowo miękkie serca? Później dowiedziałem się, że kilka dni po moim aresztowaniu ogłoszono, że zabrani z Drepungu mnisi zostaną straceni. Moi krewni poszli ofiarować w naszej intencji lampki w Dżokhangu, głównej świątyni Lhasy. Znacznie później miałem się dowiedzieć, że Tybetańczycy zorganizowali demonstrację przed ambasadą Chin w New Delhi, domagając się mojego uwolnienia. To właśnie uratowało nam życie.

* * *

Przesłuchania skończyły się na początku 1984 roku. Czterech oficerów w ciemnoniebieskich mundurach władzy sądowniczej odczytało mi listę zarzutów, pytając, czy wszystko się zgadza. Skinąłem głową i odcisnąłem kciuk pod dokumentem. Przedtem dawano nam tylko świstki wyroków. W czasie rewolucji kulturalnej wtrącano nas do więzień, nie bawiąc się nawet w przesłuchania. Teraz jednak, w „nowej epoce”, władze najwyraźniej dopracowały się czegoś na kształt sądownictwa.

Pewnego ranka wepchnięto mnie do dżipa i przewieziono do sądu w Lhasie. Spędziłem w więzieniu ponad dwadzieścia lat, ale ten rytuał miałem zaszczyt przeżyć po raz pierwszy. Nie wiedziałem, czego się spodziewać. Sędzia, pulchny Tybetańczyk imieniem Dordże szybko przedstawił mi skład sądu. Wystąpił starszy mężczyzna, Phurbu, który, jak mnie poinformowano, był moim obrońcą. Sędzia zapytał, czy mam coś do powiedzenia. Spojrzałem na Phurbu, licząc na jakąś sugestię, ale on bez słowa wpatrywał się w sąd.

– Czy masz coś do powiedzenia? – powtórzył Dordże.

– Nie znam obrońcy ani nikogo, kto by złożył obciążające mnie zaznania – odparłem.

Nie zrobiło to wrażenia na Dordże, który zarządził rozpoczęcie przewodu. Wstał młody tybetański oficer i przeczytał akt oskarżenia. Wyliczył przedmioty znalezione w moim pokoju i dodał, że przyznałem się do rozlepiania plakatów. Sędzia znów pozwolił mi mówić, powiedziałem więc, że wszystkie twierdzenia chińskiej propagandy o postępie, którego dokonano w Tybecie, są z gruntu fałszywe. Lud Tybetu – wbrew chełpliwym zapewnieniom Chińczyków – nie został wyzwolony z feudalnych zależności. Opowiedziałem o warunkach, w jakich żyją wieśniacy w Njethangu, i o ich problemach z żywnością.

Sędzia pozwolił mi skończyć, a potem z pełnym dezaprobaty uśmieszkiem skwitował:

– Ślepiec widzi tylko ciemność. Reakcjonista widzi tylko czerń w wielkiej socjalistycznej macierzy.

29 kwietnia 1984 roku skazano mnie na osiem lat więzienia. Miałem pięćdziesiąt jeden lat i niemal całe dorosłe życie spędziłem w chińskich więzieniach w moim własnym kraju.

Moim nowym domem miało być więzienie Orithridu. Dostałem letnie i zimowe ubrania, które, jak mi powiedziano, musiały wystarczyć na trzy lata. Przydzielono mnie do brygady, w której byli głównie starcy. Zlecano nam nieco lżejsze prace, takie jak uprawa warzywnego ogrodu czy pomoc w kuchni. Zebrania nie miały dawnego rygoru, nie musieliśmy też już udawać, że kochamy partię i jej przywódcę. Nadal jednak trzeba było uczestniczyć w sesjach edukacyjnych, poświęconych lekturze i dyskusjom na temat wstępniaków Dziennika Tybetańskiego.

Pamiętam dziwne spotkanie z września tego roku. Wezwano mnie do głównego biura i kazano usiąść za nakrytym stołem. Przede mną stał termos, dwa drogie kubki i talerz ciastek, na ścianie wisiał błyszczący kalendarz ze zdjęciem nowoczesnych chińskich budynków. Po chwili wszedł młody Chińczyk z krawatem i elegancką skórzaną teczką.

– Jak was tu traktują? – zapytał.

Powiedział, że przyjechał z Pekinu, żeby dowiedzieć się, czy jestem dobrze traktowany przez władze więzienia i czy nie potrzebuję badań lekarskich. Jego zainteresowanie moim losem wydawało się autentyczne.

Byłem zupełnie zdezorientowany. Dziś wiem, że „adoptował” mnie włoski oddział Amnesty International i że ta wizyta była rezultatem listów, jakie wysyłali do chińskiego rządu i władz w Lhasie.

Wkrótce jednak strażnicy przypomnieli nam o swoim okrucieństwie. Pewnego dnia poskarżyłem się kucharzowi imieniem Dała, że dostaję ciągle zimną herbatę. Po kilku godzinach Dała przyszedł do mojej celi ze strażnikiem Dziampą, którego wszyscy nazywaliśmy „dziadkiem”, bo miał siwe włosy. Wstałem, gdy Dziampa zapytał, kto się skarżył. Powiedział, że chce sprawdzić, czy herbata jest nadal zimna, i wylał mi na ramię wrzącą wodę z termosa.

Kiedy sięgnął po elektryczną pałkę, inni więźniowie przypadli do ścian. Strażnik zaczął mnie bić, rażąc prądem ramiona i klatkę piersiową. Kucharz wziął się pod boki, napawając się swoją władzą. Dziampa patrzył na moich towarzyszy tak, jakby chciał spytać: „Kto następny?”.

Ból był tak nieznośny, że zacząłem krzyczeć. Kiedy do celi przybiegli inni strażnicy, krzyknąłem:

Go-treng tang gji-mi se-gji du! – „Partia zabija więźnia!”

Wyższy oficer kazał się wszystkim rozejść, a następnie zbeształ Dziampę i kucharza. Zabrano mnie na izbę chorych, gdzie pielęgniarka opatrzyła mi poparzoną rękę.

Partia komunistyczna zmieniła taktykę. Przedtem wiece i sesje krytyki miały nas „reformować” i nawracać na socjalizm. Teraz partia doszła do wniosku, że więzień polityczny nie zmieni się tylko dlatego, że dostał takie polecenie od władz. Uznano nas za „niereformowalnych” i traktowano zgodnie z tą diagnozą. Jedynym sposobem na zmuszenie nas do posłuszeństwa były izolacja i ból.

W Orithridu bicie było na porządku dziennym. Strażnicy wyglądali tak, jakby szli na wojnę. Każdy miał pistolet, dwa noże przy pasie i często dwie elektryczne pałki: krótką, trzydziestocentymetrową, z lśniącym plastikowym uchwytem, i długą, która wyglądała jak miecz. Nosili też ochraniacze, czasem niemal pancerze, w których trudno im się było poruszać. Nie wahali się korzystać z nowego ekwipunku – byliśmy przecież „niereformowalni”.

Rozdział XII

Nowe pokolenie „separatystów”

28 września 1987 roku Dziennik Tybetański doniósł o demonstracji w Lhasie. Dwudziestu jeden mnichów Drepungu domagało się wolności i niepodległości Tybetu. Zdumiałem się, bo po raz pierwszy mogliśmy przeczytać o takim wydarzeniu w oficjalnej prasie. Choć ukryty na czwartej stronie, zarezerwowanej zwykle dla wydarzeń zagranicznych, artykuł mówił przecież o czymś, co było nie w smak partii. Autorzy uznali demonstrację za dzieło „garstki separatystów”. Tybetańskich patriotów nazywano obecnie separatystami, gdyż w oczach Chińczyków wolność Tybetu godziła w „jedność macierzy”.

To była wspaniała wiadomość. Demonstracja stanowiła pierwszy poważny protest publiczny od 1959 roku. Gazeta podawała imiona i wiek dwudziestu jeden mnichów. Najbardziej zdumiał mnie właśnie ich wiek – wszyscy byli bardzo młodzi. Przyszli na świat, kiedy ja byłem już w więzieniu. Należeli do pokolenia, które chińscy komuniści lubili nazywać „wykarmionym na łonie partii”, a mimo to żądali niepodległości naszego kraju.

Nic tak nie podnosi na duchu więźnia politycznego, jak przekonanie, że ludzie za murami dzielą jego pragnienia i aspiracje. Wiedziałem już, że ci młodzi będą kontynuować naszą walkę.

Władze oczywiście zorganizowały natychmiast wiec, na którym mieliśmy potępić demonstrację. Czytaliśmy długie artykuły w Dzienniku Tybetańskim, w których nazywano demonstrantów „wykolejoną młodzieżą”.

W ciągu następnych tygodni wiele słyszeliśmy o masowych aresztowaniach w Lhasie. Dostawaliśmy grypsy zza murów, w których pytano o zaginionych, podając ich imiona. Ich bliscy próbowali sprawdzić, czy trafili do naszego więzienia. W tym okresie mieliśmy już siatkę, która pozwalała na przekazywanie wiadomości w obie strony.

Demonstracja z września 1987 roku zainspirowała do wyjścia na ulice wielu innych. Własną manifestację zorganizowali mnisi Gandenu, drugiego co do wielkości klasztoru Tybetu, który był niegdyś domem ponad pięciu tysięcy mnichów. Ganden stał się obiektem wyjątkowo zaciekłych ataków Czerwonej Gwardii. Dosłownie zrównano go z ziemią. Pamiętam, że gdy przejeżdżałem obok niego po zwolnieniu z Njethangu, nie stał tam żaden budynek.

Potem przyszły kolejne protesty mnichów i mniszek, i wreszcie lhaskiej młodzieży. W rezultacie więźniów politycznych – w Orithridu było nas tylko pięciu w morzu kryminalistów – wzięto pod specjalny nadzór. Bez przerwy przesłuchiwano nas na temat zamieszek. Ilekroć gdzieś w Tybecie dochodziło do niepokojów, wzywano nas na specjalne zebranie i kazano wypowiadać się o tych zajściach.

– Jestem więźniem i mam nic wspólnego z tym, co dzieje się za murami – odpowiadałem zawsze.

W zimie dowiedziałem się, że umarł Gesze Lobsang Łangczuk, który w chwili śmierci miał siedemdziesiąt pięć lat. Niemal pół życia spędził w chińskich więzieniach. Chińczycy twierdzą, że umarł ze starości, ja uważam jednak, że został zamordowany. Władze traktowały go ze szczególną brutalnością. Nawet kiedy miał siedemdziesiąt pięć lat, chodził w kajdanach na rękach i nogach i był zmuszany do ciężkiej pracy. Pewnego dnia Lobsanga oskarżono o lenistwo i symulowanie choroby. Przykuto go do kraty, a strażnik imieniem Paldzior – który miał potem torturować i mnie – pobił go do nieprzytomności. Lobsang musiał odnieść jakieś obrażenia wewnętrzne. Przewieziono go do szpitala, ale tam nikt już nie mógł mu pomóc. Władze wezwały wówczas któregoś z krewnych i „zwolniły” Lobsanga, który zmarł następnego dnia. Chińczycy umyli w ten sposób ręce od odpowiedzialności za śmierć jednego z najwspanialszych ludzi, jakich dane mi było poznać.

* * *

W ciągu następnych dwóch lat Tybetem wstrząsały kolejne demonstracje. Brało w nich udział coraz więcej osób. Pamiętam, że w marcu 1989 roku pracowałem w więziennym sadzie. Starsi więźniowie pielęgnowali jabłonie, które były głównym źródłem dochodów więzienia. W ogromnych, pokrytych plastikową folią cieplarniach było wilgotno i duszno. Przycinałem właśnie gałązki, gdy od głównej bramy dobiegł mnie jakiś hałas.

Wyszedłem z cieplarni i osłupiałem na widok długiej kolumny więźniów pędzonych do budynku. Było dopiero południe, dlaczego więc wracali tak wcześnie? Sprawiali wrażenie zadowolonych, a sposób, w jaki śpiewali, z pewnością nie wskazywał na niepokój i napięcie. Wróciłem do cieplarni, ale niemal natychmiast pojawiło się w niej dwóch strażników, którzy kazali nam biec do cel. Po drodze zauważyłem uzbrojonych wartowników na dachu i wieżach.

Zapytałem współwięźniów, co się stało.

– Coś się dzieje w Lhasie – odpowiedział jeden z nich.

To mogło oznaczać tylko kolejną demonstrację. Położyliśmy się spać, czekając na dalsze informacje.

Następnego ranka dziedziniec wypełnił się tłumem strażników. Ustawiali na murach karabiny maszynowe i skrzynki z amunicją. Cokolwiek działo się w Lhasie, musiało naprawdę wymykać się władzom spod kontroli.

Na apelu powiedziano nam, że nie pójdziemy dziś do pracy. Strażnicy przynieśli karty i gry planszowe. Zapanowała niemal świąteczna atmosfera, wszyscy szukali sobie wygodnego miejsca na dziedzińcu. Czuliśmy, że władze są przerażone i obawiają się naszej demonstracji.

Po południu zauważyłem na dziedzińcu młodą pielęgniarkę z izby chorych, która zawsze była dla mnie miła. Zawołałem ją po imieniu i poprosiłem, żeby obejrzała moje ramię. Zdjąłem kurtkę i wyciągając do niej rękę, wyszeptałem:

– Co się dzieje w Lhasie?

Udając, że ogląda moje ramię, odpowiedziała:

– Od trzech dni ludzie demonstrują na Barkorze. Policja straciła kontrolę nad tłumem.

Zauważyłem czarną chmurę dymu od strony miasta. Nagle ogłoszono, że cztery brygady – w tym moja – zostaną przeniesione do innego więzienia. Kazano nam się spakować i przygotować do drogi. Mieliśmy na to niecałą godzinę, ale zdążyłem się już przyzwyczaić do nagłych zmian. Jedna z naczelnych zasad więziennego życia mówi, że w każdej chwili wszystko może się zmienić.

Kiedy strażnicy wygnali nas z cel, zarzuciliśmy na plecy nasze tłumoki i pobiegli do ciężarówek, które wjechały właśnie na dziedziniec. Przepychając się i potrącając, wcisnęliśmy się jakoś na samochody. Nie mieliśmy pojęcia, dokąd nas wiozą.

A potem, tak nagle, jak powiadomiono nas o wyjeździe, ciężarówki zatrzymały się przed bramą i kazano nam wracać. Popędzono nas z powrotem do cel. W więzieniu panował zupełny chaos. Zmęczony całym tym szaleństwem wspiąłem się na pryczę, owinąłem starym kocem i zacząłem zastanawiać nad wydarzeniami kończącego się dnia. Jakże chciałem wiedzieć, co dzieje się za murami.

Następnego dnia nadal obowiązywała ścisła izolacja. Nie wyszliśmy do pracy. Może się to wydać niewiarygodne, ale władze postanowiły nas rozerwać! Na dziedziniec wyniesiono ogromny ekran i odtwarzacz wideo. Rozpoczęła się projekcja filmów z Hongkongu. Przed telewizorem zasiadł tłum więźniów, ale ja nigdy nie lubiłem takich filmów.

Wieczorem usłyszałem przytłumione dudnienie silników ciężarówek i wyjrzałem przez okno, żeby zobaczyć, co się dzieje. Dziedziniec oświetlały reflektory, wozy zatrzymały się przed budynkami brygad numer jeden i dwa. Między kołami dostrzegłem jedynie stopy nowych więźniów, prowadzonych powoli do budynków. Pomyślałem sobie, że to muszą być demonstranci z Lhasy.

Nowi wznosili prowokujące okrzyki. Kiedy ciężarówki stanęły przed budynkiem brygady kobiecej, również stamtąd dało się słyszeć niepodległościowe hasła. Przypadliśmy do okien, pełni niepokoju. Nagle okrzyki przerodziły się w wycie. Strażnicy musieli wpaść do cel i zacząć bić więźniów. Teraz zewsząd dobiegały już wrzaski i brzęk tłuczonego szkła. Kiedy rano szedłem do latryny, na dziedzińcu leżały jeszcze odłamki szyb. Nowi więźniowie musieli stawić opór.

Następnego dnia kazano nam pozostać w celach. Przez okno obserwowałem strażników, którzy wynosili na dziedziniec biurka i krzesła. Za stołami zasiedli śledczy z notatnikami i ołówkami. Potem z cel wyprowadzono chłopców, tak młodych, że – jak mawiamy w Tybecie – nie umieli jeszcze sami wytrzeć sobie nosa. Z kobiecych baraków wyszły piękne jak lalki dziewczęta z lśniącymi włosami i kolorowymi wstążkami. Jedna szła przez plac z rękoma w kieszeniach, beztrosko, jak gdyby wybierała się do herbaciarni. Nie było w nich cienia strachu i lęku.

Ten widok, świadectwo nowego ducha oporu ludu Tybetu, tchnął we mnie nadzieję. Młodzi demonstranci byli żywym dowodem na to, że nawet koszmar rewolucji kulturalnej i trzy dekady indoktrynacji nie zdołały przekonać tybetańskiej młodzieży do polityki partii. Wprost przeciwnie, niepodległościowe nastroje wydawały się dziś szczególnie silne.

Później pytałem młodych więźniów, czy uczyli się w szkole chińskiego. Jeden z chłopców spojrzał na mnie z niedowierzaniem i zapytał pogardliwie, dlaczego miałby się uczyć języka naszych oprawców. Młodzi mnisi i mniszki mówili, że wolą wstępować do klasztorów niż chodzić do szkół i uczyć się czegokolwiek od Chińczyków.

Komuniści uznali powstanie tych młodych ludzi za odrzucenie partii. Wierzyli, że młodzież nie wie nic o feudalnej tyranii obszarników i przejmującej nędzy wyzyskiwanych mas. Partia zorganizowała więc sesje edukacyjne, by ci młodzi buntownicy dowiedzieli się czegoś o historii swego kraju. Niemniej nie przynosiły one planowanych rezultatów. Kiedy partyjni funkcjonariusze wyjaśniali, że nowe pokolenie powinno być wdzięczne za „złotą epokę”, w której może żyć, Tybetańczycy odpowiadali historiami o głodzeniu i biciu ich rodziców w czasach rewolucji kulturalnej. Władze mogły tylko próbować zrzucić odpowiedzialność na Bandę Czworga.

Ci chłopcy i dziewczęta przypomnieli mi o pierwszych latach, jakie spędziłem w więzieniu. Mieli takie same problemy. Brakowało im kubków, pościeli, talerzy i łyżek. Starsi więźniowie dzielili się z nimi swoim dobytkiem.

Ich bunt tchnął w nas wszystkich nowego ducha. W więzieniu czuło się atmosferę wspólnoty i oporu. Nawet kryminaliści wydawali się poruszeni taką odwagą – zaczęli chronić nowych więźniów i radzić im, jak zachowywać się podczas przesłuchań. Żaden z nich nie miał dwudziestu lat, wszyscy urodzili się w okupowanym kraju. Wychowywali się w cieniu czerwonego sztandaru, niemniej odrzucali komunizm, krzycząc Bo Rangdzen!, „Wolny Tybet!”.

Wszyscy staraliśmy się wspierać nowych demonstrantów. Ich przybycie i poglądy polityczne miały zbawienny wpływ na wielu młodocianych kryminalistów. Jeden z nich, Pemba, był tak poruszony, że przyszedł do mnie i powiedział, że chce walczyć o niepodległość Tybetu. Wyglądał na jakieś szesnaście lat; był przeraźliwie blady i chudy. Z początku obawiałem się, że może być prowokatorem. Władze często posługiwały się kryminalistami, zastawiając pułapki na więźniów politycznych. Pemba wydał mi się jednak inny. Codziennie wieczorem czekał na mnie na dziedzińcu. Był analfabetą, powiedziałem mu więc, że najpierw powinien nauczyć się czytać i pisać. Zacząłem go nawet uczyć, choć wciąż nie chciałem poruszać żadnych tematów politycznych, by te spotkania nie obróciły się przeciwko mnie. Życie dawno nauczyło nas ostrożności.

Pewnego dnia strażnik znalazł w latrynie nagryzmolony napis: Bo Rangdzen. Zbrodniczy slogan sfotografowano, a komendant ogłosił, że w więzieniu dopuszczono się poważnego kontrrewolucyjnego przestępstwa. Władze były zaniepokojone zuchwalstwem nowych więźniów i zdecydowane położyć mu kres. Zarządzono badanie charakteru pisma wszystkich więźniów, by znaleźć winnego. Wszystkim kazano też podać imiona więźniów, których tego dnia widzieli w latrynie.

Ktoś doniósł, że widział wychodzącego z toalety Pembę i zauważył, że ten miał pobrudzone kredą palce. Pemba został natychmiast aresztowany, zakuty w kajdany i wrzucony do izolatki – specjalnej celi, tak małej, że bez trudu można było w niej dotknąć wszystkich ścian, nie ruszając się z miejsca. Nie miała okien, pryczy ani maty, siedziało się w niej w zupełnej ciemności. Kiedy zobaczyłem, jak strażnicy prowadzą Pembę, w pierwszej chwili przestraszyłem się, że chcą go stracić.

W Tybecie ogłoszono stan wojenny; za najdrobniejsze wykroczenia wymierzano najsurowsze kary. Zaciekłość, z jaką Chińczycy potępiali demonstrantów, świadczyła, jak zwykle, o międzynarodowym poparciu dla sprawy Tybetu i, paradoksalnie, napawała nas nadzieją. Ostatnia fala protestów, a zwłaszcza demonstracje w Lhasie, rzeczywiście wzbudziły zainteresowanie na całym świecie.

Tyle że nie była to dobra wiadomość dla kogoś takiego jak Pemba. Ponieważ skazano go za pospolite przestępstwo i nigdy nie wykazywał żadnego zainteresowania polityką, władze uznały, że został podjudzony lub wręcz opłacony przez jednego z więźniów politycznych. Wkrótce dowiedziano się, że często mnie odwiedzał i że dałem mu jakieś książki. Teraz byłem już głównym podejrzanym. Potem dowiedziałem się, że przez wiele dni bito go i torturowano, ale nie chciał mnie obciążyć. Do końca utrzymywał, że działał zupełnie sam. Nigdy więcej go nie widziałem.

Po aresztowaniu Pemby sytuacja w więzieniu zrobiła się bardzo napięta, nie byłem więc wcale zdziwiony, gdy wezwano mnie do komendanta Orithridu. Nigdy nie ukrywałem swojej radości z demonstracji i otwarcie gratulowałem odwagi młodym więźniom politycznym. Nic dziwnego, że władze podejrzewały mnie o „wywieranie złego wpływu”. Zaprowadzono mnie do głównego biura.

– Musisz jechać – oświadczył oficer.

– Dokąd? – zapytałem.

– Nic ci nie powiedziano? – zapytał drugi oficer.

– Nie.

– Zostaniesz przeniesiony do Drapczi.

* * *

Drapczi! Więzienie numer jeden i mój dom w latach 1964-1975. Znowu spakowałem tobołek i wsiadłem do czekającego już dżipa. Kierowcą była kobieta, Tybetanka, która kiedyś prosiła, żebym nauczył jej córkę czytać.

– Co się stało? – wyszeptała, gdy nikt nie patrzył, ale w tej samej chwili do samochodu wskoczył wartownik i tybetański oficer z grubą teczką pod pachą. Wiedziałem, że to moje akta, pęczniejące od 1960 roku. Dżip ruszył wyboistą szosą, wzniecając tumany kurzu.

Dojechaliśmy w milczeniu do Drapczi, gdzie po przeszukaniu mego bagażu skierowano mnie do celi numer siedem. Wszystko tu było znajome: nagie ściany, starannie zwinięte tobołki na posłaniach, wspólny podest, na którym każdy musiał znaleźć sobie miejsce do spania. Więźniowie byli nadal w pracy, gdy wszedłem, na podeście leżał tylko jeden człowiek.

Wstał i przedstawił się jako Jesze. Nalał mi herbaty z termosu i zamieniliśmy kilka słów. Był mnichem, pochodził z Lokha na południe od Lhasy i cierpiał na gruźlicę. Powiedział, że w celi jest nas siedmiu.

W tej samej chwili otworzyły się drzwi i tybetański strażnik zaprowadził mnie do celi przesłuchań. Czekał tu na mnie jeden ze starych strażników, którego natychmiast poznałem. To był Paldzior – człowiek odpowiedzialny za śmierć mego przyjaciela i mentora, Lobsanga Łangczuka. Nazywaliśmy go kiedyś „lekką ręką”, gdyż bił nas przy każdej okazji. Był wysoki i palił papierosa za papierosem, miał pożółkłe od nikotyny palce i wodniste oczy. Siedział za stołem. Dwaj Chińczycy, którzy przeszukiwali mój bagaż, stali przy drzwiach.

Paldzior udawał, że czyta moje akta, ale gdy tylko wszedłem, rzucił teczkę na biurko i rzucił się ku mnie, krzycząc:

– Ty łajdaku!

Potem posypały się kolejne zniewagi.

Czułem, że wszystko może się wydarzyć. Ten pokój przypominał mi klasztorne ołtarze poświęcone Gniewnym Bóstwom. Na ścianie wisiał rząd pałek, na haku dyndało kilka par lśniących stalowych kajdanek. Paldzior cofnął się nagle, sięgnął po długą pałkę i podszedł do mnie, lekko nią potrząsając.

– Zamykaliśmy cię trzy razy, a ty nadal nie poddajesz się reformie – powiedział.

Zaczął wypytywać o przestępstwa, za które mnie skazano, choć musiał znać je z akt.

– Ile masz lat? – zapytał.

– Sześćdziesiąt.

– Nie, pięćdziesiąt dziewięć! – najwyraźniej szukał jakiegoś pretekstu.

– Urodziłem się w roku małpy, mam więc sześćdziesiąt lat.

Paldzior wrócił do swojej kolekcji pałek i zamienił tę długą na krótszą, trzydziestocentymetrową. Podłączył ją do gniazdka, żeby się naładowała. Zatrzeszczało i posypały się iskry.

– Dlaczego tu jesteś? – zapytał.

– Bo rozwieszałem w Lhasie plakaty mówiące o niepodległości Tybetu.

– I nadal chcesz rangdzen? – zapytał, ale nie czekał na moją odpowiedź.

Wyjął z gniazdka pałkę i zaczął mnie stukać swoją nową zabawką. Każde uderzenie wywoływało paroksyzm bólu. Kiedy się tym znudził, wcisnął mi pałkę w usta, wykrzykując przy tym obelżywe słowa. I jeszcze raz. Jak przez mgłę widziałem, że ociera czoło, podchodzi do ściany i zdejmuje z niej długą pałkę. Czułem się tak, jakby moje ciało rozpadało się na kawałki. Chiński strażnik pochylił się nade mną, włożył mi palce w usta i przesunął język, żebym się nim nie udusił. Drugi wybiegł z celi z obrzydzeniem.

Do tej pory pamiętam każdy wibrujący spazm bólu, który zaciskał się na mnie i wciągał niczym dziki wir. Straciłem przytomność, a gdy się ocknąłem, leżałem w kałuży moczu i wymiocin. Straciłem poczucie czasu. Miałem obrzękłe usta i nie mogłem poruszać żuchwą. Poczułem, że mam coś w ustach i walcząc z bólem, wyplułem to na podłogę. To były trzy zęby. Dopiero po kilku tygodniach mogłem jeść normalne pożywienie. W tym czasie wypadły mi też pozostałe zęby.

Zabrano mnie do celi. Jesze spojrzał na mnie i zapytał cichym głosem:

– Kto ci to zrobił?

– Paldzior – wybełkotałem, gdy układał mnie na pryczy.

* * *

W ciągu kilku ostatnich lat los obchodził się ze mną w miarę łaskawie, oszczędzając mi wieców kar i thamzingów. Więzienny reżim był łagodniejszy niż przed laty. Brutalność Paldziora spadła więc na mnie jak grom z jasnego nieba, przypominając o koszmarze rewolucji kulturalnej. Podejrzewałem, że za tym biciem stały władze, które chciały dać mi dobrą lekcję, rozdrażnione moją ostentacyjną radością z powodu narodzin nowej opozycji wobec chińskich rządów.

Usłyszałem znajomy stukot łańcuchów i głosy więźniów wracających z pracy do cel. Jeden z nich, krzepki dwudziestolatek, podbiegł do mnie i zapytał:

Kuszo-la, czy bardzo boli?

Nie mogłem odpowiedzieć, podniosłem więc tylko ręce do twarzy.

Lobsang Tenzin, bo tak się nazywał, brał udział w demonstracji w Lhasie 5 marca 1988 roku, podczas której wypadł z okna i zginął młody chiński policjant. Choć nie było żadnych dowodów przeciwko Lobsangowi, Chińczycy oskarżyli go o morderstwo. Ścigani przez policję demonstranci wbiegli do położonego obok Dżokhangu budynku i w trakcie szarpaniny pechowy policjant wypadł z okna. Lobsanga aresztowano i skazano na karę śmierci, której wykonanie zawieszono na dwa lata. W październiku 1990 roku, kiedy przeniesiono mnie do Drapczi, te dwa lata miały się ku końcowi. Lobsang nie okazywał jednak cienia strachu. Przeciwnie, emanował pogodą i energią.

W Drapczi była specjalna brygada dla więźniów politycznych, dzieliłem więc celę z pokrewnymi duszami. Każdy z moich sześciu towarzyszy brał udział w demonstracji lub pisał i rozlepiał plakaty niepodległościowe. Miałem zatem coś na osłodę bólu. Poruszanie ustami sprawiało mi ogromne trudności. Kucharz naszej brygady, były mnich, przyniósł mi roztopione masło i kazał je wypić. Tybetańczycy przypisują masłu niemal cudowne właściwości lecznicze. Rozgrzało mnie i pomogło uspokoić żołądek.

Moją prośbę o kontakt z lekarzem odrzucono i następnego dnia wysłano mnie do pracy w kuchni. To był dobry przydział. Siedzieliśmy wokół sterty warzyw, oddzielając zgniłe liści i korzenie od części jadalnych, które wrzucaliśmy do kotła. Wszyscy pytali, kto mnie pobił, i słysząc imię Paldziora potrząsali tylko głowami.

Więźniowie polityczni należeli w Drapczi do brygady numer pięć, która dzieliła się na osiem cuków; ja znalazłem się w siódmym. Natychmiast polubiłem moich współtowarzyszy. Najstarszy miał siedemdziesiąt pięć lat, był mnichem i nazywał się Hor Lharken. Najmłodszy, Sonam Topgjal, utalentowany malarz, który rysował portrety więźniów, nie mógł mieć jeszcze osiemnastu lat. Dała, inny młody więzień, zawiesił w swojej wiosce plakat, w którym oskarżał Chińczyków o kolonializm. Lobsang Kalsang, młody mnich z Drepungu, należał do organizatorów pierwszej demonstracji z 27 września 1987 roku. Z Julu Dała Ceringiem, Lobsangiem Tenzinem i mną było nas, jak już wspominałem, siedmiu.

Towarzystwo tych dzielnych, podobnie myślących ludzi było dla mnie ogromnym przeżyciem. W celi panował radosny nastrój, jakiego nigdy przedtem nie doświadczyłem. Dawniej więźniowie żyli w ciągłym strachu przed denuncjacją i obawiali się swoich sąsiadów, nowe pokolenie więźniów politycznych nie dawało się zastraszyć i nie zamierzało potulnie milczeć.

Nasza cela była sercem brygady. Jeden z więźniów przemycił do Drapczi mały radioodbiornik i każdego wieczora Lobsang Dordże słuchał chińskojęzycznych audycji radia BBC, a Ngałang Lobsang, który znał trochę angielski, wiadomości „Serwisu Światowego”. W ten sposób docierały do nas informacje o zagranicznych podróżach Dalajlamy.

Mieliśmy też już swoje sposoby na przekazywanie wiadomości z więzienia. Pisaliśmy raporty o panujących tu warunkach i zbieraliśmy listy więźniów. Ponieważ z reguły ludzie nie wiedzieli, kto tak naprawdę został aresztowany, informacje tego rodzaju były niezwykle ważne, zwłaszcza dla rodzin zatrzymanych. Później listy te wywożono z Tybetu i przekazywano organizacjom zajmującym się prawami człowieka. Zdumieni turyści szybko chowali do kieszeni skrawki papieru, które zupełnie obcy ludzie podawali im na ulicach z prośbą o przekazanie Organizacji Narodów Zjednoczonych i rządowi ich kraju.

To w Drapczi poznałem Julu Dała Ceringa, łagodnego, rozważnego człowieka, który potrafił słuchać jak nikt inny. Julu, jeden z najbardziej znanych inkarnowanych lamów klasztoru Ganden, siedział w więzieniu od 1960 do 1979 roku. Drugi raz aresztowano go w 1987 roku. Pierwszy raz usłyszałem o nim w chińskich wiadomościach telewizyjnych, ale teraz – z pewnym zakłopotaniem – sam opowiedział mi swoją historię. Poszedł na kolację do znajomego i spotkał tam mnicha, który w 1959 roku uciekł z Tybetu, a następnie osiedlił się we Włoszech. Teraz przyjechał do Tybetu w towarzystwie pewnego Włocha. Julu usiadł z nimi do stołu i w trakcie rozmowy wspomniał, że problemy Tybetu może rozwiązać tylko odzyskanie niepodległości.

Wiadomość o tej konwersacji dotarła jakoś do Biura Bezpieczeństwa Publicznego, które natychmiast aresztowało Julu i jego gospodarza, Thuptena Ceringa, za „rozpowszechnianie kontrrewolucyjnej propagandy”. Zwykła rozmowa urosła do rozmiarów międzynarodowego spisku! Według bezpieki, celem owego „zgromadzenia” było „zyskanie pomocy państw trzecich”.

Wkrótce po skazaniu Julu mnisi Gandenu zorganizowali w Lhasie demonstrację, domagając się jego zwolnienia. To właśnie ich protest przerodził się w rozruchy, które zmusiły Chińczyków do ogłoszenia stanu wojennego w Tybecie.

Każdy więzień celi numer siedem przeszedł własną gehennę tortur i bólu, nie traciliśmy jednak ducha. Chińczycy dokonywali nadal masowych aresztowań i wkrótce w Drapczi zaroiło się od setek więźniów politycznych – głównie młodych mnichów. Chińczycy nazywali ich „psami Dalajlamy” i choć miało to być obraźliwe, nosili ten „tytuł” z dumą, gdyż dla nas Jego Świątobliwość był symbolem wolności.

Nie zważając na bicie, organizowaliśmy kolejne protesty w więzieniu. Powtarzaliśmy nowym więźniom, że nie mogą pozwolić, by strażnicy zobaczyli w ich oczach lęk, bo to właśnie strach daje im władzę i siłę. Trzydzieści lat więzienia nauczyło mnie nie błagać o litość, gdyż w zamian nigdy nie obdarzają łaską.

Zimą 1990 roku utarczki między władzami i więźniami politycznymi przerodziły się w otwarty konflikt. Pamiętam, że zima ta była wyjątkowo mroźna; na szczęście nie pracowałem na zewnątrz, lecz w wilgotnych, kalustrofobicznych cieplarniach. Sadzonki i drzewa spryskiwano środkami owadobójczymi, których nieznośny smród towarzyszył nam przez cały czas.

15 grudnia zorganizowaliśmy pierwszą demonstrację w historii więzienia Drapczi. Popchnął nas do niej los najmłodszego chyba wówczas więźnia politycznego, chłopca imieniem Lhakpa Cering, który został skazany na trzy lata więzienia za utworzenie grupy proniepodległościowej „Singi Cogpa” (Śnieżny Lew) w lhaskiej szkole średniej numer jeden. Wszyscy bardzo lubili Lhakpę, a Lobsang Tenzin traktował go jak młodszego brata.

Lhakpa został ciężko pobity w areszcie Guca, gdzie przewieziono go po zatrzymaniu. Po przeniesieniu do Drapczi pobił go Pema Rigzin, strażnik, którego imię było dla nas synonimem okrucieństwa i bestialstwa. Wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że to bicie musiało spowodować jakieś obrażenia wewnętrzne. Lhakpa miał trudności z chodzeniem; nie mógł się też wyprostować, jakby był starcem, a nie dzieckiem. Pamiętam, że ciągle skarżył się na ból brzucha. Daliśmy mu tybetańskie lekarstwa, a Lobsang kazał zgłosić się na izbę chorych.

Lekarze odsyłali go jednak za każdym razem i wreszcie oskarżyli o symulowanie choroby. Pewnej nocy obudziły nas jęki z sąsiedniej celi. Ktoś zaczął krzyczeć:

– Lhakpa! Lhakpa!

Wołano coraz głośniej, ale nie pojawił się żaden strażnik. Już po chwili wszystkie cele skandowały jeden okrzyk:

Nga-co mi szi-gi-du! – „Nasi ludzie umierają!”.

Ktoś zawołał, że idą strażnicy, i okrzyki nagle się urwały. Poznałem głos duizhanga, brygadiera, wykrzykującego obelżywe groźby.

– Gdzie jest chory więzień? – zapytał wreszcie.

– Cela numer osiem! – odkrzyknęli więźniowie.

Lhakpę zabrano na izbę chorych. Brygadier straszył, że rozprawi się z nami następnego dnia. I rzeczywiście, rano wyprowadzono nas na dziedziniec. Otoczyli nas strażnicy z karabinami i długimi elektrycznymi pałkami. Duizhang chciał wiedzieć, co znaczył ten „nocny koncert”.

Nikt nie zwracał na niego uwagi, bo przez główną bramę wyjeżdżał właśnie trójkołowy więzienny ambulans. Domyślaliśmy się, że zabiera Lhakpę do szpitala.

Wieczorem dowiedzieliśmy się, że trafił do lhaskiego szpitala policyjnego. Informacji tej dostarczył nam sam Lhakpa, którego przywieziono z powrotem do więzienia. Lekarze nie stwierdzili żadnych poważnych obrażeń. W nocy stan chłopca pogorszył się i pod nasze cele znów podjechała trójkołówka. Lhakpa zmarł w drodze do szpitala.

Dowiedzieliśmy się o tym rano, po śniadaniu, od więźnia kryminalnego, który pracował w izbie chorych. Przyszedł do naszej brygady i powiedział, co się stało. Lobsang stał jak skamieniały, po policzkach płynęły mu łzy. Patrzyliśmy na siebie, zastanawiając się, co robić.

Po chwili wszyscy więźniowie polityczni wiedzieli już o śmierci Lhakpy. Nikt tego nie planował i ciągle nie jestem pewny, jak do tego doszło, ale w Drapczi miało zaraz wydarzyć się coś, czego nie widziały jeszcze Chiny i Tybet. Kiedy myślę o tym dzisiaj, nie mam pojęcia, jak się na to odważyliśmy.

Lobsang Tenzin zdjął z materaca swoje białe prześcieradło i przedarł je na pół. Na jednej części pięknie wykaligrafował „Oddajemy cześć pamięci Lhakpy Ceringa”, na drugiej: „Żądamy lepszych warunków dla więźniów politycznych”. A potem ponieśliśmy je jak sztandary na dziedziniec.

Wiadomość o demonstracji zorganizowanej przez cuk numer siedem rozchodziła się lotem błyskawicy. W celi było nas wówczas dziesięciu i nic nie mogło nas powstrzymać. Pochód otwierali Lobsang Tenzin i Pema z pierwszym transparentem. Za nimi szli Kalsang Cering i Gaden Gjathar z drugim. Kiedy wchodziliśmy na główny dziedziniec, w czterech kolumnach szła już za nami cała brygada. Przez wszystkie te lata, jakie przyszło mi spędzić w więzieniu, nigdy nie widziałem protestu na taką skalę. Upajaliśmy się własną śmiałością i odwagą.

W naszej brygadzie było ponad stu pięćdziesięciu więźniów i wszyscy, z wyjątkiem jednego, którego wyrok kończył się za kilka dni, przyłączyli się do demonstracji. Szliśmy jak żołnierze, w kolumnach tak równych, jakbyśmy ćwiczyli ich formowanie podczas tygodni musztry. Stanęliśmy przed budynkiem głównego biura, które dzieliło od naszych cel jakieś sto metrów. Te metry wydawały się nam teraz całymi kilometrami – takiej odwagi potrzebowaliśmy na ich pokonanie.

Półtorej godziny między śniadaniem a wyjściem do pracy pozostawiano z reguły więźniom i strażnicy nie zwracali na nas wówczas większej uwagi. Nikt więc nie zauważył naszych krótkich przygotowań, nikt też nie obserwował naszego przemarszu przez dziedziniec. Przed biurami stał tylko jeden młody chiński wartownik. Oblał się potem i sprawiał wrażenie śmiertelnie przerażonego. Zatrzymaliśmy się o kilka kroków od niego.

– Czy to prawda, że Lhakpa Cering nie żyje? – zapytał po chińsku Lobsang Tenzin.

Strażnik musiał przytaknąć, choć nie zrozumiałem całej rozmowy. Następnie odwrócił się na pięcie i wbiegł do budynku, zatrzaskując za sobą drzwi. Nadal nie było widać żadnych żołnierzy. Staliśmy na otwartym dziedzińcu, była połowa grudnia, ale nie czułem chłodu. Podniecenie dodawało nam skrzydeł. Nagle otworzyła się mała furtka i w jednej chwili zostaliśmy otoczeni przez oddział żołnierzy. Jedni mieli w rękach karabiny, inni długie pałki elektryczne. Na przeciwległym murze ustawiano pospiesznie karabin maszynowy.

Stałem obok młodego mnicha imieniem Bagdro, którego skazano na trzy lata więzienia za współudział w zabójstwie policjanta w marcu 1988 roku. Bagdro był w śledztwie okrutnie torturowany i nigdy nie doszedł do siebie. Teraz poderwał się nagle, krzycząc i grożąc pięścią strażnikom. Robiło się groźnie, władze mogły tylko czekać na taką prowokację. Starsi więźniowie chwycili jednak Bagdro i mocno przytrzymali.

Yuanzhang, komendant więzienia Drapczi, podszedł do nas powoli, zapinając guziki długiego wełnianego płaszcza. Towarzyszył mu chiński lekarz, który prowadził izbę chorych, i kezhang, dyrektor, jeden z najwyższych urzędników tybetańskich.

Gan szen ma?, „Co tu robicie?” – krzyknął komendant.

Lobsang Tenzin powiedział mu coś po chińsku.

– Zeszłej nocy zmarł więzień – powiedział kezhang. – Jak się nazywał?

– Lhakpa! Lhakpa! – odkrzyknęliśmy chórem.

– Kto jest waszym przywódcą? – zapytał kezhang.

Odpowiedzieliśmy, że nie mamy przywódcy.

Tybetański dyrektor podszedł do nas spokojnie i poprosił o przedstawienie naszych pretensji. Lobsang Tenzin opowiedział o losie Lhakpy, szczegółowo opisując pobicie przez niesławnego Pemę Rigzina. Następnie zażądał przeprowadzenia dochodzenia w sprawie śmierci Lhakpy i ukarania wszystkich strażników i lekarzy, którzy ponosili za nią odpowiedzialność. Inny więzień domagał się przeprowadzenia sekcji, przy której byłby obecny jeden z więźniów. Mówili wszyscy więźniowie z czoła kolumny. Bez przerwy wracało imię Pema Rigzina, na którego skarżył się niemal każdy.

Kiedy przyszła moja kolej, zauważyłem, że jeden ze strażników szepce coś kezhangowi. Starszych więźniów uważano za „uciążliwych” i traktowano z lekceważeniem. Mówiłem o Lhakpie, podkreślając, że udawanie, iż chłopiec zmarł z przyczyn naturalnych, nie ma żadnego sensu. Wszyscy bowiem wiedzieliśmy, że przyczyną zgonu było bicie i zaniedbanie. Dyrektor zaczął okazywać oznaki zniecierpliwienia, chiński lekarz wyglądał na przestraszonego. Potem opowiedziałem, jak powitał mnie w Drapczi Paldzior. Jego imię też pojawiało się niemal we wszystkich oskarżeniach.

Kezhang był sprytny. Wiedział, że może liczyć na rozładowanie sytuacji, jeśli pozwoli się nam wygadać. Więźniowie szybko się uspokoili. Gniew ustąpił poczuciu satysfakcji, że pierwszy raz pozwolono nam swobodnie mówić. Dyrektor obiecał, że sprawa Lhakpy zostanie dokładnie zbadana, a wszyscy winni zaniedbań – surowo ukarani. Podkreślił, że rozpatrzy również nasze skargi na bicie i tortury.

Poczuliśmy się znacznie lepiej, osiągnąwszy nasz cel. Tybetańscy strażnicy podeszli do starszych więźniów, prosząc o rozejście się do cel.

Słońce stało już wysoko na niebie, zrobiło się ciepło. Wróciliśmy do cel. Ponieważ to nasz cuk rozpoczął protest, chwilowe poczucie euforii szybko zniknęło pod naporem myśli o nieuchronnie zbliżających się konsekwencjach.

Lobsang Tenzin odpiął znaczek z podobizną Dalajlamy, który wyjął z ukrycia przed wyjściem na dziedziniec. Dwa lata zawieszenia wykonania wyroku właśnie się kończyły i po dzisiejszym incydencie mógł być już pewny, że zostanie stracony.

– Nie zostało mi wiele życia – powiedział, podając mi znaczek, który nosił z taką dumą.

Wszyscy spuściliśmy oczy. Głuchą ciszę zakłócał tylko stukot kajdan Lobsanga.

* * *

Przez kilka dni władze postępowały tak, jakby nic się nie stało. Byliśmy wściekli, że nikt nie wspomina nawet o autopsji czy ukaraniu Pema Rigzina i innych, niemniej zachowanie strażników i lekarzy uległo wyraźnej zmianie. Wydawało się nam, że zaczęli odnosić się do nas z szacunkiem.

Dzień, w którym zorganizowaliśmy demonstrację, był dniem odwiedzin dla więźniów kryminalnych. To właśnie ich goście sprawili, że wiadomość o naszym proteście przedostała się za mury. Reakcja miasta była cudowna. Przez cały tydzień krewni przynosili nam ogromne ilości jedzenia, które dawali im ludzie, by więźniowie polityczni „nie przymierali głodem”. Kiedy tylko zorientowały się w tym władze, nałożono limity i odtąd więźniowie polityczni mogli otrzymywać tylko ściśle określone ilości żywności.

Cztery czy pięć dni później wszystkich więźniów wezwano na dziedziniec. Urzędnik odczytał listę imion i podzielono nas na dziesięcio-piętnastoosobowe grupki. Znalazłem się w pierwszej, wraz z Lobsangiem Tenzinem i Julu. Kazano nam też zmienić cele – moja grupa trafiła do cuku numer jeden. Nie miało to wielkiego znaczenia, nadal byłem przecież z przyjaciółmi. Julu został mianowany zuzhangiem, starszym celi. Dawniej powierzano te funkcje tylko osobom o „czystej karcie politycznej”, teraz władze wolały wyznaczyć kogoś, kto rzeczywiście miał wpływ na innych więźniów.

Wkrótce zaczęto wzywać nas na przesłuchania. Wiedząc, że jesteśmy zdeterminowani, postanowiono przesłuchiwać nas pojedynczo. Przyszli po mnie, gdy drzemałem podczas południowej przerwy. Mój śledczy, Tybetańczyk imieniem Dziampa Kalsang, zadawał łatwe do przewidzenia pytania: Dlaczego demonstrowaliśmy i kto wpadł na ten pomysł?

Opowiedziałem więc ponownie o śmierci Lhakpy i moich własnych przeżyciach. Otworzyłem usta, żeby pokazać ciągle nabrzmiałe dziąsła i język.

– Jesteś wyszczekany jak na staruszka – skwitował Kalsang. – Znam ten typ.

Wiedziałem, co ma na myśli – uznał, że jestem „niereformowalny”, a więc mówić do mnie warto tylko siłą.

Wykorzystywałem każdą okazję do poskarżenia się na Paldziora. O moich publicznych oskarżeniach wiedzieli wszyscy więźniowie, strażnicy i urzędnicy – musiały więc one stanowić pewien problem dla tego podłego człowieka. Wieczorem, gdy potajemnie odprawiałem w celi rytuał buddyjski, drzwi uchyliły się cicho i kątem oka dostrzegłem głowę Paldziora. Obserwował mnie.

Władze nie spełniły żadnej z danych nam obietnic. Miesiąc po naszej demonstracji ogłoszono, że przyczyną śmierci Lhakpy było zapalenie wyrostka. Ani Pema Rigzin, ani Paldzior nie zostali ukarani za znęcanie się nad więźniami. Z tego, co wiem, obaj nadal pracują w Drapczi.

Dziś doskonale rozumiem, dlaczego większość strażników nie obawia się żadnej kary. Z reguły są spokrewnieni z wyższymi urzędnikami, nadzorującymi system penitencjarny. Żona Paldziora była córką shuji Pasanga, oficera politycznego Drapczi i najwyższego przedstawiciela partii w więzieniu. Jego szwagier, Phuncog, wysoki oficer, odpowiadał za sądownictwo. Paldzior nie musiał się więc niczego bać.

Następnie władze ogłosiły, że nasze wyroki zostaną podniesione o pięć lub sześć lat. Spowodowało to ogromne wzburzenie, w celach mówiono otwarcie o kolejnym proteście. Zdając sobie sprawę z rosnącego zagrożenia, władze szybko wycofały się z tego pomysłu.

* * *

Wiosną 1991 roku dowiedzieliśmy się, że więzienie Drapczi odwiedzi delegacja zagraniczna. Nagła poprawa warunków wskazywała, że ich przyjazd jest kwestią dni. W kwietniu w kuchni pojawiły się warzywa i owoce. W naszych miskach znajdowaliśmy nawet kawałki mięsa i tłuszczu. Kryminalni przez tydzień dekorowali budynki więzienia. Odmalowano wszystkie budynki i wydano nam nowe uniformy.

Nasza cela znów tętniła życiem. Lobsang Tenzin powiedział, że za wszelką cenę musimy nawiązać kontakt z delegatami. Postanowiliśmy napisać petycję, opisać warunki, w jakich żyjemy na co dzień, i narzędzia tortur. Chcieliśmy też opowiedzieć światu o śmierci Lhakpy. Lobsang miał napisać pierwszy szkic.

Największym problemem było ukrycie całego przedsięwzięcia przed jednym z więźniów naszej celi, Horem Lharkenem. Nie dlatego, że był informatorem – po prostu nie umiał nad sobą panować. Obawialiśmy się, że nie zdoła utrzymać języka za zębami. Ponieważ był analfabetą, zaczęliśmy porozumiewać się na piśmie. Wszyscy wypisaliśmy rzeczy, które naszym zdaniem powinny znaleźć się w petycji, i już wkrótce Lobsang przedstawił nam jej projekt. Nie znalazły się w nim skargi na wyżywienie i panujące w więzieniu warunki – liczyła się śmierć Lhakpy i sposób traktowania więźniów politycznych.

Sporządziliśmy listę więźniów, którzy byli torturowani. Opisaliśmy los grupy mniszek z więzienia Guca, które zgwałcono – jeśli można to tak nazwać – elektrycznymi pałkami. Petycję kończył apel do prezydenta Stanów Zjednoczonych. Teraz pojawiło się najważniejsze pytanie: Jak przekazać ten dokument zagranicznym gościom?

Sądziliśmy, że delegaci zostaną zaprowadzeni do części dla kryminalnych i, być może, na izbę chorych. Lobsang Tenzin powiedział, że znajdzie jakiś sposób. Dodał, że ma już wyrok śmierci, więc władze nie mogą zrobić mu nic więcej. Znając dobrze Lobsanga i jego pomysłowość, postanowiliśmy zgodzić się na tę propozycję.

Pewnego dnia, gdy wróciliśmy z pracy na obiad, jeden z kryminalnych powiedział nam, że delegaci są już w więzieniu. Później dowiedziałem się, że gościem władz był James Lilley, ambasador Stanów Zjednoczonych w Chinach. Tego dnia naszej brygady pilnował stary, spokojny Tybetańczyk. Lobsang poprosił go o zezwolenie na odwiedzenie izby chorych, mówiąc, że dwóch chińskich więźniów potrzebuje pomocy lekarza. Strażnik dał im zgodę. Kiedy mieli już wychodzić, o widzenie z lekarzem poprosił jeszcze Tenpa Łangdrak. Otworzono dla nich bramę, prowadzącą na główny dziedziniec.

Wszyscy szli przez dziedziniec w stronę izby chorych, gdy z głównego budynku wyszła grupa delegatów. Naszych towarzyszy natychmiast wepchnięto do pobliskiej kuchni. Goście i towarzyszący im chińscy dziennikarze spacerowali chwilę po placu, a potem przystanęli w pobliżu kuchni. James Lilley poprosił o spotkanie z Julu Dała Ceringiem, o którym wiele pisano w światowej prasie. Amnesty International „adoptowała” go jako więźnia sumienia. Strażnicy przyprowadzili Julu i przez chwilę rozmawiał on z Lilleyem przez tłumacza.

To przypadkowe spotkanie dawało Lobsangowi szansę na wręczenie petycji. Musiał tylko wyjść z kuchni i podejść do delegatów. Tenpa Łangdrak złapał go jednak za rękę, mówiąc, że to on chce przekazać dokument. Lobsang odmówił.

– Nie ufasz mi? – zapytał Tenpa.

Lobsang zaczął się wahać. Nie chciał urazić Tenpy. I tak Tenpa, dość niezdarny i porywczy człowiek, wypadł z kuchni, rzucił się ku Lilleyowi i wsunął mu w rękę petycję. Ambasador zamarł, zupełnie zaskoczony, i w tej samej chwili naszą kartkę wyrwała mu stojąca obok młoda Chinka.

Pracowałem w cieplarni, ale nie mogłem myśleć o niczym prócz petycji. Byłem przekonany, że Lobsang znajdzie sposób na jej wręczenie, kiedy jednak wróciłem do celi, zastałem go siedzącego ze zwieszoną głową na pryczy.

– Nie udało się – powiedział.

W pierwszej chwili byłem zrozpaczony, ale gdy opowiedział mi o wszystkim ze szczegółami, uspokoiłem się nieco. Ważny zagraniczny gość widział całe zajście i z pewnością będzie domagał się wyjaśnień. Byłem przekonany, że nie zrobiliśmy tego wszystkiego na darmo. Inni jednak bali się tego, że nasza petycja dostała się w ręce Chińczyków. Lobsang Tenzin stwierdził spokojnie, że władze zidentyfikują jego charakter pisma, a on powie im, że działał sam.

Tenpa Łangdrak był zrozpaczony. Staraliśmy się go pocieszać, ale bezskutecznie. Atmosfera w celi stała się jeszcze gorsza, kiedy Hor zorientował się, że zaplanowaliśmy wszystko bez niego. Pocieszaliśmy się myślą o spotkania Julu Dała Ceringa z Jamesem Lilleyem.

Chińczycy wpadli w furię. Skompromitowaliśmy ich na oczach ważnego gościa. Choć przez kilka dni nikt nie wspomniał o całym zajściu, byliśmy pewni, że zostaniemy ukarani z całą surowością. Podejrzewałem, że komendant czeka na instrukcje od przełożonych albo że Lilley jest nadal w Lhasie. Lobsang spodziewał się egzekucji, ale czekał na śmierć ze spokojem. Niczego nie żałował. My jednak nie mogliśmy pogodzić się z myślą o jego utracie.

Dziś wiem, że James Lilley poprosił władze chińskie o zawieszenie wyroku Lobsanga Tenzina, ale wówczas przeżywaliśmy bardzo ciężkie chwile.

Kiedy pracowałem z Tenpą Łangdrakiem przy małym kanałku nawadniającym cieplarnię, zapytałem, czy jest przygotowany na przesłuchanie. Odpowiedział, że nic się nie stanie. Jego pewność siebie zaskoczyła mnie, gdyż nie ulegało wątpliwości, że władze nie zapomną ot tak o całym zajściu. I rzeczywiście, wkrótce po naszej rozmowie przyszedł po niego strażnik.

W południe odłożyliśmy narzędzia i wróciliśmy do cel na posiłek. Po drodze umyłem na dziedzińcu ręce i twarz. W drzwiach stała grupka więźniów. Milczeli. Tam gdzie rano leżały posłania Lobsanga Tenzina i Tenpy Łangdraka, połyskiwał nagi beton. Ktoś podszedł do nas i powiedział, że drzwi do dzin bi, czyli izolatki, są zamknięte i że podobno wprowadzano tam jakichś więźniów.

Czuliśmy się bezradni. Jak mogliśmy ulżyć im w cierpieniu? Przekupiliśmy strażnika, by przynosił im dodatkowe racje żywności, a Julu i Ngałang Phulczung poszli do komendantury domagać się natychmiastowego zwolnienia naszych towarzyszy. Oczywiście, bez rezultatu. W więzieniu znów zapanował ponury nastrój. Wszystkie nasze wysiłki, których celem było zmuszenie władz do dokonania zmian, spełzły na niczym. Młodzi więźniowie polityczni zdawali się oczekiwać, że to my, starsi, powiemy im, co mają robić. Niektórzy mówili otwarcie o podjęciu strajku głodowego.

– Czy tak po prostu zostawimy naszych w dzin bi? – pytali mnie.

Nie wiedziałem, co mam im odpowiedzieć.

W naszej celi odpoczywało trzech najstarszych więźniów, wśród nich Julu, który jako inkarnowany lama otoczony był wyjątkowym szacunkiem. Powiedziałem im, że młodsi więźniowie czekają na ich radę. Wspomniałem o rozmowach o strajku głodowym, dodając, że jeśli starsi dadzą znak, młodzi z pewnością podejmą protest.

– Nie mogę wziąć na siebie takiej odpowiedzialności – powiedział Julu.

Wiedział, że jakiekolwiek wystąpienie więźniów będzie miało bardzo poważne konsekwencje.

Lobsang Tenzin i Tenpa Łangdrak spędzili w izolatce niemal trzy tygodnie. Tenpa ogłosił najpierw strajk głodowy, ale gdy osłabł, zgodził się przyjmować pożywienie. Byłem pewny, że Lobsang daje sobie radę. Mimo swego wieku był bardzo twardy, a że żył w cieniu śmierci, nic nie budziło w nim lęku.

Pewnego ranka pod koniec kwietnia 1991 roku ktoś szepnął mi, że drzwi do dzin bi są otwarte. W pierwszej chwili pomyślałem, że nasi towarzysze zostali zwolnieni, i po pracy biegłem do celi z nadzieją, iż zaraz ich zobaczę. Ale w celi nie było ani więźniów, ani ich posłań. Następnego ranka władze wezwały dwóch innych politycznych; ich pościel również zniknęła. Byliśmy zdezorientowani.

Przyłączyłem się do grupy młodych więźniów, stojących przed drzwiami biura naszej brygady. Rozgorączkowani i napięci, zasypywali strażników gradem pytań:

– Gdzie są nasi? Gdzie są nasi towarzysze?

Strażnicy kazali im się rozejść, ale nikt nie drgnął.

– To nie wasza sprawa! – odkrzyknął wreszcie któryś.

– Gdzie są nasi? – nie zamierzali ustąpić więźniowie.

Trwało to przez kilka minut; nasza grupka rosła w oczach – wszyscy wykrzykiwali to samo pytanie. Strażnicy wpadli w popłoch i schowali się w biurze, by wezwać pomoc.

Przed budnkiem stali już wszyscy więźniowie polityczni. Tłum czekał w milczeniu na odpowiedź. Nagle otworzyła się brama i na dziedziniec wbiegli chińscy żołnierze z karabinami w rękach. Po chwili podeszło do nas dwoje przedstawicieli partii w Drapczi, kobieta imieniem Pasang i wysoki chiński oficer. Osłaniali ich żołnierze.

– Co tu się dzieje? – zapytała Pasang.

– Gdzie są nasi ludzie?! – odkrzyknęliśmy.

Odpowiedziało nam milczenie. Dwóch oficerów wyjęło pistolety. Jeden skinął bronią, każąc nam usiąść w kurzu dziedzińca. Wysoki Chińczyk zaczął coś wykrzykiwać, grożąc nam pistoletem. Nie rozumiałem, co mówi, ale siedzący przed nami więźniowie zaczęli wstawać. Poderwałem się więc i ja. W tej samej chwili, bez żadnego ostrzeżenia, Chińczyk uderzył pistoletem w twarz młodego mnicha, Ngałanga Rigzina. Broń upadła na ziemię.

Dopiero później zrozumiałem, co się wydarzyło. Wszyscy zaczęliśmy wstawać w chwili, gdy Chińczyk wrzeszczał, że zastrzeli każdego, kto odważy się wstać i mówić. A my zrobiliśmy to jednocześnie – stanęliśmy wszyscy w tumanach kurzu, jakby łączyła nas jakaś niewidzialna więź.

W tej samej chwili ruszyli strażnicy; jedni mieli w rękach karabiny z bagnetami, inni długie pałki elektryczne. Mieliśmy wrażenie, że ich celem są młodzi więźniowie. Chłopiec imieniem Phurbu, który stał w pierwszym szeregu, zerwał się do ucieczki, ale żołnierz wbił mu bagnet w tył głowy. Phurbu upadł, trysnęła krew. Zrobiło mi się mdło. Ktoś uderzył mnie w plecy kolbą karabinu. Nie mogłem zaczerpnąć oddechu.

Więźniowie pierzchali przed chińskimi żołnierzami. Starsi tybetańscy strażnicy próbowali interweniować, stając między nami i żołnierzami. Jeden błagał, żebyśmy wracali do cel i nie wychodzili.

– Proście o litość – szeptał rozpaczliwie. – Inaczej wszystkich was zabiją.

Większości więźniów udało się uciec do cel, ale na ziemi zostało wielu młodych, kopanych i bitych przez żołnierzy.

– Mordują! Mordują! – zaczęliśmy skandować, nikt jednak nie zwracał na to uwagi.

Żołnierze wpadali nawet do cel i wywlekali z nich młodszych więźniów. Byłem przerażony. Pomyślałem, że zaraz wszystkich nas zabiją. Potem zauważyłem nadjeżdżające dżipy. Padły jakieś komendy i żołnierze zaczęli się cofać.

Powlokłem się do celi. Plecy, ramiona i nogi bolały mnie od uderzeń kolb. Do bramy podjechał samochód, z którego wyrzucono worki pełne kajdanek i łańcuchów. Strażnicy zaczęli wyciągać z cel pojedynczych więźniów. Najwyraźniej chodziło im tylko o młodych.

Pierwszego wywleczono Ngałanga Phulczoga, który dostał dziewiętnaście lat za zorganizowanie pierwszej demonstracji w 1987 roku. Sprawiał wrażenie wycieńczonego, ubranie wisiało na nim w strzępach. To właśnie on najgłośniej domagał się wyjaśnień w sprawie Lobsanga i Tenpy. Strażnicy skuli mu ręce i nogi i zaprowadzili na przesłuchanie. Przed drzwiami celi przesłuchań, w której zniknął Ngałang, pojawiły się dwie lekarki z apteczką i metalową tacą ze strzykawkami. Zamknąłem oczy i zacząłem powtarzać Om mani padme hum, mantrę Buddy Współczucia.

Dwadzieścia minut później wyprowadzono czy raczej wyniesiono Ngałanga. Wyglądał jak zepsuta lalka, miał straszliwie opuchniętą, obcą twarz. Wrzucono go do dzin bi. Młodszych więźniów wyprowadzano jednego po drugim, zakuwano w kajdany, zabierano na przesłuchanie, bito i zamykano w izolatce. Wkrótce zabrakło cel. Część zostawiono więc po prostu na dworze.

Władze uznały, że jedynym lekarstwem na nasze bunty jest brutalna przemoc. Strażnicy zaczęli bić za najdrobniejsze wykroczenia. Ale więźniowie nie zamierzali się ugiąć. Mówili teraz otwarcie, że wolą zginąć niż podporządkować się Chińczykom. Rozpoczęła się wojna woli i charakterów. Tych, którzy decydują się na użycie brutalnej siły, nic nie boli tak, jak lekceważenie ze strony ofiary. Ciało ludzkie może znieść niewyobrażalny ból i przetrwać. Goją się nawet najgorsze rany. Kiedy jednak złamią ci ducha, rozpada się wszystko. Nie pozwalaliśmy więc sobie na rozpacz i zniechęcenie. Czerpaliśmy siły z przekonania i wiary, że walczymy o sprawiedliwość i wolność naszej ojczyzny.

Rozdział XIII

Konfrontacja z wrogiem

Następnego ranka, stając do apelu, obandażowani, z rękoma na temblakach, stanowiliśmy żałosny widok. Niektórzy podtrzymywali towarzyszy z celi. Wielu młodszych miało kajdany na rękach i nogach.

Po protestach znacznie zaostrzono środki bezpieczeństwa. Straże zostały wzmocnione i byliśmy ciągle obserwowani. Uzbrojeni żołdacy pilnowali nas nawet przy pracy. Nasz bunt napełnił jednak więzienie euforią. Po kryjomu wspierali nas nawet kryminalni, przynosząc do cel wiadomości i lekarstwa.

Władze ogłosiły, że odbiorą nam punkty z rocznej klasyfikacji, co oznaczało podniesienie większości wyroków o kilka lat. Spodziewano się, że będziemy prosić o zmniejszenie wyroków, ale my podjęliśmy inną decyzję. Nie sprzeciwialiśmy się dalszym karom. Chcieliśmy pokazać, że nie boimy się już więzienia i jesteśmy gotowi ponieść wszelkie konsekwencje naszych czynów. Musieliśmy jakoś pokazać władzom, że nie damy się dalej zastraszać.

Nie podejmowaliśmy żadnych nowych działań. Chińczycy planowali uroczyste obchody czterdziestej rocznicy podpisania tak zwanej „Siedemnastopunktowej ugody”, narzuconej rządowi Tybetu po inwazji w 1950 roku. Ogłoszono przyjazd wielu ważnych oficjeli z Pekinu i wyraźnie starano się nie prowokować nas do kolejnych protestów w tak drażliwym okresie.

Wróciliśmy więc do pracy w jabłoniowym sadzie i ogrodzie warzywnym. Praca nie była ciężka, ale cieplarnie i ogrody stały się dla Chińczyków ważnym źródłem dochodów. Władze planowały rozbudowę i wzniesienie kolejnych pięćdziesięciu pięciu cieplarni w Drapczi. Narzucono system norm – każda cieplarnia została zobowiązana do dostarczenia określonej ilości owoców i warzyw w ciągu roku.

Kilka tygodni po naszej demonstracji dowiedzieliśmy się o przeniesieniu Lobsanga Tenzina, Tenpy i dwóch innych do więzienia Kongpo w południowym Tybecie. Lobsang był dla nas prawdziwym źródłem natchnienia i odwagi; brakowało go całej brygadzie. Po miesiącu dostaliśmy od niego wiadomość. Dotarł bezpiecznie do Kongpo i prosił, żebyśmy się o niego nie martwili.

Tego lata pozwolono nam oglądać transmisje sportowe w telewizji. Nie miałem pojęcia o sporcie, ale młodsi więźniowie powiedzieli mi, że chińska drużyna piłkarska gra w eliminacjach do Igrzysk Azjatyckich, które mają się odbyć jesienią w Pekinie. Młodzi uwielbiali piłkę nożną. Znali wszystkie drużyny i mogli godzinami rozprawiać o poszczególnych piłkarzach.

Chińczycy chcieli, żebyśmy oglądali mecze, które miały chyba świadczyć o postępie i dostatku w Chinach. Postanowiliśmy to wykorzystać, by ponownie zademonstrować nasz sprzeciw. Mój początkowy brak zainteresowania sportem przerodził się rychło w prawdziwy entuzjazm. Wszyscy zasiadaliśmy w hallu, z całych sił wiwatując i klaszcząc przy każdej porażce Chińczyków. Strzelonego Chinom gola witaliśmy szaleńczym aplauzem. Przyłączyli się w tym do nas nawet kryminalni.

Wieczorem okazało się, że władze są poruszone naszymi drwinami i obawiają się kolejnych rozruchów. Hall otoczyło wojsko. Przy drzwiach tłoczyli się strażnicy z elektrycznymi pałkami w rękach. Rano dostaliśmy upomnienie od rozwścieczonego oficera. Dowiedzieliśmy się później, że strażnicy obeszli się brutalnie z więźniami kryminalnymi, którzy przyłączyli się do naszych żartów z chińskiego zespołu. Potem ostrzeżono ich, by nie popełniali już żadnych błędów, wykazali się patriotyzmem i popierali jedność macierzy. Nie chcieliśmy konfliktów między nami i kryminalnymi, przestaliśmy więc szydzić z meczów. Swary między więźniami były ostatnią rzeczą, jakiej moglibyśmy sobie życzyć.

Więź między politycznymi nigdy chyba nie była tak silna. Nie istniała żadna podziemna organizacja, nie odbywały się tajne spotkania, podczas których omawiano by protesty i sprzeciwy, ale potrafiliśmy działać jak jeden mąż. Nasze małe, prywatne problemy ustępowały miejsca najważniejszemu – walce o wolność kraju. Tylko w więzieniu doświadczyłem tak pełnej solidarności.

Partia komunistyczna starała się zniszczyć tę solidarność, jedność i wspólnotę celu na wiele sposobów. Wymyśliła na przykład system punktów i nagród. Więźniowie, którzy wywiązywali się z obowiązków i „dobrze prowadzili”, otrzymywali za to określoną liczbę punktów. Miały być one sumowane podczas dorocznych „wieców oceniania”. Więźniów, którzy zdobyli najwięcej punktów, czekały nagrody – w tym ta pierwsza, zmniejszenie wyroku.

Brzmiało to nieźle, ale też nie pozostawiało złudzeń co do rzeczywistego celu całego przedsięwzięcia – skłócenia nas, zmuszenia do rywalizacji i przestrzegania regulaminu więziennego. Postanowiliśmy nie zwracać uwagi na owe punkty. Wyrzuciłem broszurkę z zasadami ich przyznawania, nawet jej nie otwierając. Nie chcieliśmy mieć z tym nic wspólnego. Nie trzeba dodawać, że żaden więzień polityczny nie zdobył chińskich punktów.

Staraliśmy się przeciwstawiać władzom przy każdej okazji. W grudniu 1991 roku Drapczi odwiedzili przedstawiciele rządu szwajcarskiego. Nagłe podniesienie jakości naszego pożywienia i rozpaczliwe próby upiększenia więzienia kazały nam, jak przed przyjazdem Jamesa Lilleya, spodziewać się jakiejś delegacji. Zamknięto nas w celach, gdy Szwajcarów oprowadzano po „kryminalnej” części kompleksu.

Nie wiem jak, ale więzień polityczny imieniem Tanak Dzigme Sangpo, sześćdziesięciosześcioletni mnich o charakterystycznej, pociągłej twarzy i długiej białej brodzie, zdołał wmieszać się między więźniów kryminalnych. Kiedy delegaci weszli na dziedziniec, Tanak zaczął krzyczeć po angielsku: „Free Tibet! Free Tibet!”. Nauczył się tego zdania specjalnie na tę okazję. Władze poinformowały Szwajcarów, że jest szaleńcem.

Wyrok Tanaka podniesiono natychmiast o osiem lat. Pierwszy raz aresztowano go w 1983 roku i skazano na piętnaście lat za „propagandę kontrrewolucyjną” i „krytykowanie przywódców państwa”. W 1988 roku podniesiono mu wyrok o pięć lat za wznoszenie okrzyków proniepodległościowych. Dostawszy teraz osiem nowych lat, Tanak powinien wyjść z więzienia 3 września 2011 roku. Będzie miał wtedy osiemdziesiąt pięć lat. Po wizycie Szwajcarów i nowym wyroku Tanak powiedział mi, że niczego nie żałuje i zrobi to ponownie przy najbliższej okazji.

W Drapczi siedziało około trzydziestu więźniarek politycznych – w tym dwadzieścia siedem mniszek. Większość brała udział w niepodległościowych demonstracjach w Lhasie. Jedną ze świeckich więźniarek, nauczycielkę Dała Dolmę, oskarżono o nauczanie „reakcyjnej pieśni”. Skazano ją na trzy lata więzienia za to, że uczyła dzieci hymnu Tybetu.

Podczas przesłuchań wiele mniszek rozbierano do naga i kazano stać im na baczność. Strażnicy znajdowali jakąś przyjemność w podchodzeniu do nich i, na przykład, robieniu sprośnych gestów elektrycznymi pałkami. Chce mi się płakać na myśl o straszliwych upokorzeniach i razach, które spadają na te dzielne kobiety.

Należały one – wraz z kobietami skazanymi za przestępstwa kryminalne – do brygady trzeciej. Z perspektywy czasu wydaje mi się, iż po zorganizowaniu przez nas serii protestów, doszły do wniosku, że teraz kolej na nie. Okazja nadarzyła się wiosną 1992 roku. Na tydzień przed Nowym Rokiem kalendarza tybetańskiego władze ogłosiły, że nie wolno nam ozdabiać cel ani nosić nowych ubrań. Stary zwyczaj każe nam wkładać nowe ubranie pierwszego dnia nowego roku; uważamy też, że niezrobienie tego przynosi pecha.

Rok wcześniej pozwolono nam świętować Nowy Rok w tradycyjny sposób i dano nam nawet trzy dni wolnego. Trzy dni wolne należały się nam i teraz, tyle że zakazano wszystkiego, co mogłoby się kojarzyć z tybetańskimi obyczajami. Nie bardzo rozumieliśmy, o co w tym chodzi.

Postanowiliśmy nie zwracać uwagi na żadne zakazy i święcić nowy rok, jak każe tradycja. Mniszki zrobiły to samo, ozdabiając swoje cele prezentami od krewnych. Pierwszego dnia nowego roku zmieniły też workowate, stare uniformy na nowe ubrania.

My również nosiliśmy nowe ubrania. Przez trzy dni nie odbywały się apele i nie goniono nas do pracy. Więźniowie siedzieli na placu, zabawiając się grą w karty i wstając tylko wtedy, gdy słońce przesunęło dalej cień budynków. Ponieważ nie przepadałem za kartami i, jako mnich, nie mogłem oddawać się hazardowi, większą część dnia spędziłem w celi, recytując modlitwy i teksty buddyjskie.

Drugiego dnia Julu Rinpocze wrócił zaniepokojony ze spaceru po dziedzińcu.

– Żołnierze wchodzą do brygady numer dwa – powiedział, nalewając mi herbaty.

– Pewnie znów się upili – odparłem po prostu.

Brygada numer dwa należała do części „kryminalnej”. Dopiero po kilku dniach dowiedzieliśmy się o rozruchach, do których doszło w części kobiecej.

Nadzorczyni brygady, zawzięta pięćdziesięcioletnia Tybetanka, słynąca z brutalności i czujna jak orzeł, weszła do cel pierwszego dnia nowego roku, każąc mniszkom usunąć dekoracje i zamienić nowe ubrania na stare więzienne uniformy. Kiedy odmówiły, brygadierka wezwała strażników, którzy brutalnie pobili więźniarki. Dwie młode mniszki i Dała Dolma uznane zostały za „prowodyrki” i zamknięte w izolatce.

Drugiego dnia mniszki zaczęły domagać się uwolnienia współtowarzyszek. Strażnicy zaatakowali je znowu swoją ulubioną bronią – elektrycznymi pałkami, i pobili do nieprzytomności. Więźniowie kryminalni z drugiej brygady zobaczyli przez okna, co się dzieje, i zaczęli krzyczeć: „Mordują! Mordują!” – czym, jestem przekonany, uratowali mniszkom życie.

Władze uznały, że za protestami stoją starsi więźniowie. Starając się walczyć z ich „zgubnymi wpływami”, Chińczycy zbudowali nowe baraki, do których przeniesiono wszystkich młodszych więźniów. Ja wraz z dziewięcioma innymi zostałem w starej części. Sądzę, że Chińczycy podejrzewali nas wszystkich o podburzanie do buntów.

Zostaliśmy więc odizolowani. Nie gnano nas na apele ani nie wysyłano do pracy. Szybko zaczęliśmy się nudzić i Julu poprosił o zezwolenie nam na pracę. Bez skutku. Władze postanowiły najwyraźniej zadręczyć nas bezczynnością. Praca dawała poczucie normalności i pomagała zabić czas. Tego lata dni wydawały się nam szczególnie gorące i długie. Słońce potrzebowało całych wieków, by skryć się wreszcie za dumną ścianą Himalajów.

* * *

Mój wyrok wkrótce się kończył, starałem się jednak w ogóle o tym nie myśleć. Doskonale wiedzieliśmy, jak łatwo władzom znaleźć pretekst, by zatrzymać więźnia na dłużej. Lato 1992 roku upłynęło mi na modlitwie i recytowaniu z pamięci tekstów buddyjskich, których uczyłem się jako nowicjusz w klasztorze. Nie wychodziłem z celi, by nie patrzeć na strażników i unikać ich podejrzliwych spojrzeń. Zacząłem też codziennie składać w celi pełne pokłony. Z początku nie mogłem zrobić pięćdziesięciu, a skończyłem na dwustu. Tybetańczycy wierzą, że pomagają one zachować psychiczną i fizyczną dyscyplinę. Miałem nadzieję, że po zwolnieniu będę się mógł całkowicie poświęcić praktyce duchowej. Pokłony wydawały się dobrym przygotowaniem do powrotu do duchowego życia w klasztorze.

Kiedy lato dobiegło końca, zaczęto mnie wzywać na przesłuchania. Władze chciały wiedzieć, gdzie zamierzam się udać po zwolnieniu.

– Jestem mnichem i moje miejsce jest w klasztorze – odpowiadałem.

Byłem pewny, że tym razem nie dostanę zgody na powrót do Drepungu. Wiedziałem, że Chińczycy zmuszają władze klasztoru do wydalenia mnichów, którzy kiedykolwiek brali udział w protestach politycznych. Gdy zapytano mnie, czy zamierzam nadal protestować i nalepiać plakaty, odpowiedziałem cytatem z „Czerwonej książeczki” Mao:

– „Gdzie jest opresja, zawsze będzie opór”.

To tak rozzłościło strażnika, że natychmiast wyszedł bez słowa.

Przesłuchania były dla mnie zupełnie niewiarygodne. Władze wciąż próbowały mnie przekonać, że chińskie rządy przyniosły ogromny pożytek Tybetańczykom. Nadal chciały, żebym był wdzięczny partii za to, że dała mi szansę na „reformę”. Ja zaś opowiadałem o cierpieniach narodu tybetańskiego. Przy jednym z tych przesłuchań obecny był Paldzior. Powiedziałem więc Chińczykowi, co mi zrobił, pokazując puste dziąsła. Po spotkaniu z Paldziorem zostały mi trzy zęby.

– To zdarzyło się tylko raz – odpowiedział spokojnie oficer.

* * *

Przyjaciele zza murów poinformowali mnie, że sytuacja w mieście jest napięta, a Drepung nie przyjmuje żadnych byłych więźniów politycznych. Towarzysze doradzali mi opuszczenie Tybetu. Powiedzieli mi, że jeśli zostanę w kraju, będę ciągle inwigilowany, i że każdy, kto będzie miał ze mną jakikolwiek kontakt, narazi się natychmiast na podejrzenia.

Zacząłem myśleć o ucieczce. Trudno mi opowiadać o tym, co się wydarzyło, gdyż wiele pomagających mi osób żyje nadal w zasięgu łap chińskiej armii i policji. Choć jestem dziś wolnym człowiekiem i mogę swobodnie pisać o moim życiu, nie wolno mi w żaden sposób narazić zaufanych przyjaciół, na których bezustannie poluje Biuro Bezpieczeństwa Publicznego.

Powiem więc tylko, że na miesiąc przed zwolnieniem skontaktowałem się z przyjaciółmi zza murów i powiedziałem im, że chcę uciec do Indii. Pragnąłem wykorzystać wolność do dalszej walki o niepodległość, pragnąłem poświęcić więcej czasu praktykowaniu religii i, nade wszystko, zobaczyć Jego Świątobliwość Dalajlamę, wcielenie Buddy Współczucia.

Uważałem, że muszę zrobić to jak najszybciej, gdyż w tym samym czasie rząd ChRL opublikował białą księgę, zatytułowaną „Prawa człowieka w Chinach”. Jej egzemplarze rozdawano w więzieniu. Ku naszemu osłupieniu autorzy stwierdzali, że w Tybecie nie ma więźniów politycznych i że żaden więzień nie jest torturowany. Drapczi opisywano jako „więzienie socjalistyczne nowego typu, w którym więźniów uważa się istoty ludzkie (…) i gdzie wszyscy traktowani są z pełnym humanitaryzmem”.

Nasunęło mi to pomysł na zebranie dowodów, które pokazałyby światu, co naprawdę dzieje się w Tybecie. Przyjaciele upewniali mnie, że nadaję się do tego zadania jak mało kto, gdyż spędziłem w więzieniach tyle lat. Skoro Chińczycy tak mało i tak niechętnie pokazywali zagranicznym delegacjom, żywy świadek, mogący bez przeszkód powiedzieć całą prawdę, wydawał się nam niezwykle ważny.

Nie było to jednak łatwe. Jak miałem uciec z Tybetu? Chińczycy nigdy nie daliby mi zezwolenia na wyjazd. Wiedziałem, że będę szpiegowany dniem i nocą, że każdy, kto się ze mną spotka, zostanie natychmiast wezwany na przesłuchanie. Musieliśmy przygotować ucieczkę w największej tajemnicy.

Ludzie zza murów obiecali zająć się wszystkim. Poprosiłem, żeby kupili kilka pałek elektrycznych, jakich używała chińska policja; prosiłem, by miały policyjne oznakowanie i żeby nie były nowe. Dałem im nazwisko starego chińskiego strażnika, który za odpowiednią cenę gotów był sprzedać własną matkę. Byłem pewny, że znajdzie sposób na „zorganizowanie” pałek, i nie pomyliłem się.

Kilka tygodni przed zwolnieniem wezwano mnie znów na przesłuchanie. W ciemnym od papierosowego dymu pokoju czekał na mnie Paldzior i jakiś oficer. Kazano mi usiąść.

– Wkrótce nas opuszczasz – zaczął Paldzior. – Czy masz coś do powiedzenia?

– Nie.

– Zawsze byłeś uparty. Jak osioł. Nie chcesz się poddać reformie.

Milczałem.

– Znasz Lhalu? – zapytał tybetański oficer, który siedział obok Paldziora.

Lhalu był tybetańskim dostojnikiem aresztowanym w 1959 roku za zorganizowanie „rebelii”. Później został zwolniony, a Chińczycy dali mu nawet jakieś symboliczne stanowisko w administracji.

– Przesłuchiwałem Lhalu – ciągnął dalej oficer. – Skoro ktoś taki jak on potrafił się zmienić, możesz i ty!

Po chwili milczenia powtórzył stary refren o dobroci partii komunistycznej i jej wyrozumiałości wobec tych, którzy poddają się reformie.

– Twój upór nie ma sensu. Twoje nadzieje na wolny Tybet są puste jak sen. Popatrz na Lhalu! On służy ojczyźnie! Zasiada nawet w parlamencie Chińskiej Republiki Ludowej – oficer zdawał się chyba sugerować, że i przede mną mogłaby się otworzyć taka świetlana przyszłość.

Znów więc opowiedziałem historię mego życia od chwili pierwszego aresztowania do pobicia przez Paldziora. Tym razem wspomniałem również o „Rolexie”, na który wciąż miałem kwit. W końcu Paldzior miał tego dość i zapytał mnie wprost, gdzie zamierzam mieszkać, a ja odparłem, że chcę wrócić do klasztoru.

Wiedziałem, że muszę przekonać władze, iż zamierzam wrócić do klasztoru i poświęcić resztę życia praktyce duchowej. Pomyślałem, że upierając się przy powrocie do Drepungu, rozwieję ewentualne podejrzenia co do mojej ucieczki z Tybetu.

– Jestem już stary i chcę poświęcić ostatnie lata życia religii – powtarzałem. – Jeżeli nie dostanę zgody na powrót do Drepungu, będę demonstrować przed Dżokhangiem!

Oficerowie wysłuchali tego z kamiennymi twarzami i kazali mi odejść.

O moim zwolnieniu wiedzieli wszyscy więźniowie polityczni. Na cztery czy pięć dni przed wypuszczeniem mnie z więzienia zwołano zebranie naszej brygady na głównym dziedzińcu. Nie pamiętam, o czym mówiono, zapamiętałem tylko twarze wszystkich więźniów, którzy na koniec podeszli do mnie, klepiąc mnie po plecach, ściskając dłonie i wręczając długie białe khata.

Gjen, ku-zug la thug-cza nang-ro, „Uważaj na siebie, nauczycielu” – powtarzali.

Na przemian ogarniał mnie smutek i radość. Smutek, bo żegnałem się z najwspanialszymi, najodważniejszymi ludźmi, jakich dane mi było poznać. Strażnicy, którzy najpierw przyglądali się wszystkiemu z boku, w końcu kazali się nam rozejść i pognali nas do cel. Byłem głęboko poruszony.

Zwyczaj kazał, by wychodzący więzień postawił herbatę całej brygadzie, zaniosłem więc do kuchni trzydzieści torebek mleka w proszku i całe masło, jakie udało mi się zdobyć, i poprosiłem kucharzy, żeby zrobili herbatę dla wszystkich więźniów, również kryminalnych. Mój wyrok naprawdę się kończył.

Rankiem 25 sierpnia 1992 roku powoli zwinąłem swoje posłanie. Jeden ze współtowarzyszy przyniósł mi z kuchni herbatę i obudził innych. Zdjąłem więzienne szmaty i ubrałem się w tradycyjną czubę, którą dostałem od krewnych. Była wielka i jeden z więźniów musiał mi pomóc owinąć się długim jedwabnym pasem.

Przez chwilę w milczeniu piliśmy herbatę. Julu wstał i założył mi na głowę swój pilśniowy kapelusz z szerokim rondem.

– Teraz wyglądasz o dziesięć lat młodziej – powiedział.

Drzwi otworzyły się nagle i do celi weszło dwóch strażników i dwóch urzędników: brygadier i Taszi Kezhang, który tak odpowiedział kiedyś na nasze skargi na bicie elektrycznymi pałkami:

– Rząd wydał na nie wiele pieniędzy, żebyśmy mogli was nimi bić, i to właśnie robimy.

Tym razem był jednak uprzejmy i ironicznie obwieścił:

– Szanowny panie, przyszliśmy pana odprowadzić.

Brygadier podniósł mój tobołek, a Taszi termos. Moi towarzysze zarzucali mi na szyję długie khata. Strażnicy zaczęli się niecierpliwić i wyprowadzili mnie na główny dziedziniec. Pracujące w pobliskiej cieplarni mniszki zauważyły to i zaczęły mi machać. Pożegnałem się z nimi takim samym gestem.

Zaprowadzono mnie do głównego biura, gdzie podpisałem stosowne papiery.

– Nie sprzeciwiamy się twojemu powrotowi do Drepungu – powiedział brygadier. – Musisz jednak uzyskać odpowiednie zezwolenia Biura do spraw Religii i władz klasztoru.

– Dziękuję – odparłem, wiedząc, że mając zezwolenie więzienia, bez kłopotów uzyskam zgodę klasztoru.

Nie zdejmując z szyi khata, powoli wyszedłem z biura i w eskorcie strażników ruszyłem ku głównej bramie, która stała już otworem. Zauważyłem czekającego na mnie Lobsanga i grupę starych przyjaciół.

Przeszedłem przez bramę, zostawiając za plecami więzienie. To było tylko kilka kroków. W tej samej chwili podbiegli do mnie bliscy, zarzucając mi na szyję nowe khata. Ktoś podał mi czarkę tybetańskiej herbaty. Poczęstowano nią również strażników, ale ci pokręcili tylko głowami i wrócili do więzienia. Brama się zatrzasnęła.

Lobsangowi towarzyszył Dała, były więzień, i Rinczen-la z żoną, który bardzo mi pomagał, gdy byłem w więzieniu. Sam spędził za kratami wiele lat i po wyjściu na wolność poświęcił się niesieniu pomocy więźniom i ich rodzinom. Rozłożyli na ziemi kolorowe dywany, a na nich koszyki pełne ciastek, suszonego mięsa i sera. Poprosili, żebym usiadł i zaczęli mnie karmić.

Tego dnia musiałem wypić z tuzin czarek herbaty, siedząc o krok od ściany więzienia. Potem przyjaciele zawieźli mnie do Szol, małej wioski położonej u stóp pałacu Potala. Lobsang mieszkał tam z żoną i moją macochą. Utrzymywał się z robienia tradycyjnych tybetańskich kapeluszy, które sprzedawano w centrum miasta.

Naszemu przyjazdowi przyglądali się sąsiedzi. Poszedłem prosto do domu przywitać się z żoną mego ojca, którą częściowy paraliż przykuł do łóżka. W izbie było zimno i ciemno, leżąca kobieta wydawała się ledwie cieniem. Kiedy moje oczy przyzwyczaiły się do mroku, dostrzegłem, że próbuje poruszyć głową. Pochyliłem się i dotknąłem czołem jej czoła.

– Tyle cierpienia – wyszeptała.

Po jej policzkach płynęły łzy.

* * *

Przez kilka następnych dni przez dom przewijał się tłum gości, głównie byłych więźniów. Dostałem wiadomość, że plan mojej ucieczki jest niemal gotowy. Kazano mi nie robić nic, co mogłoby wzbudzić podejrzliwość władz, i udawać, że szykuję się do powrotu do Drepungu.

Pojechałem autobusem do mego dawnego klasztoru. Było bardzo wcześnie, w powietrzu unosił się kojący zapach kadzideł. Odbudowano większość zrujnowanych budynków, świeżo pobielone ściany lśniły w promieniach słońca. Wielu młodych mnichów siedziało w więzieniu, a policja uważnie obserwowała klasztor. Na drodze do świątyni stanął posterunek; każdy wychodzący mnich musiał pokazać tu specjalne zezwolenie.

Zapytałem, gdzie znajdę zhurena, sekretarza klasztoru. Kazano mi iść do głównej świątyni. Mnisi skończyli właśnie poranne modlitwy. Jeden z nich pokazał mi zastępcę zhurena, krępego mężczyznę, którym okazał się Kunczok Taszi. Pamiętałem go sprzed lat, był świetnym stolarzem. Miałem na sobie czubę i kapelusz Julu, więc mnie nie poznał.

Kiedy podałem mu papiery, uśmiechnął się radośnie. I on nie zapomniał. Zapewnił mnie, że wszystkie papiery są w porządku, i zaprowadził do zhurena, mnicha imieniem Jeszi Thangtok.

– Kiedy chcesz wrócić do klasztoru? – zapytał Jeszi, rzucając okiem na dokumenty.

– Jak najszybciej.

Jeszi powiedział, żebym wrócił za parę dni, których, jak wiedziałem, potrzebował na skontaktowanie się z Biurem Bezpieczeństwa Publicznego. W kilka dni później przydzielono mi duży, czysty pokój z widokiem na dolinę. Poinformowałem władze, że przeniosę się do klasztoru po święcie szoton, które przypadało 29 sierpnia i wyznaczało koniec lata. Tego dnia wszyscy mieszkańcy Lhasy rozbijają w parkach namioty i bawią się na wspaniałych piknikach. Trwające trzy dni przedstawienia tybetańskiej opery ściągały do Norbulingki, letniej rezydencji Dalajlamy, setki rodzin.

Tradycyjnie w czasie tego święta rozwijano w Drepungu wielką thangkę przedstawiającą Dzie Congkapę, założyciela szkoły Gelugpa buddyzmu tybetańskiego, do której należał klasztor. Obraz miał ponad dwadzieścia metrów długości i zawsze niosła go na ramionach kolumna mnichów. Tego roku szoton wykorzystano jednak do kolejnych protestów. Nad częścią klasztoru, w której niegdyś zatrzymywał się Dalajlama, załopotały zakazane tybetańskie flagi. Na ścianach pojawiły się niepodległościowe plakaty.

Kiedy więc przywiozłem do klasztoru swoje rzeczy, znalazłem się w środku policyjnej obławy. Przesłuchiwano wszystkich mnichów.

– Były pewne problemy w trakcie szoton – wyjaśnił mi Jeszi Thangtok. – Wróć za kilka dni.

Coraz bardziej niepokoiłem się ucieczką. Czy rzeczywiście kiedykolwiek do niej dojdzie? Miałem po prostu czekać i wierzyć, że o wszystko zatroszczą się przyjaciele. Pocieszałem się myślą, że dopomogli już przecież w ucieczce do Indii i Nepalu wielu więźniom politycznym. Oczywiście, nie wolno mi było o niczym powiedzieć krewnym. W wypadku mojego zniknięcia ich pierwszych wezwano by na przesłuchanie.

Pewnej nocy rozległo się pukanie do naszych drzwi. Bratanek powiedział mi, że ktoś chce się ze mną widzieć. Za oknem, w świetle księżyca, zobaczyłem młodego mężczyznę z rowerem.

– Palden Gjaco? – wyszeptał.

– Tak.

– To dla ciebie – powiedział, podając mi torbę. W środku były narzędzia, którymi Chińczycy torturowali więźniów.

Następnego dnia ten sam człowiek wrócił z informacją, na którą czekałem. Powiedziałem rodzinie, że przenoszę się wreszcie do klasztoru. Żona mego ojca wyglądała na szczęśliwą. Ująłem jej dłonie i delikatnie oparłem czoło na jej czole. Potem pożegnałem się ze wszystkimi.

Młody mężczyzna zabrał mnie do bezpiecznego domu w Lhasie, gdzie spotkałem przyjaciół, którzy zorganizowali ucieczkę. Powiedzieli, że znaleźli kierowcę, który zawiezie mnie do granicy z Nepalem; zapewniali, iż można mu ufać. Dopiero teraz naprawdę ogarnęło mnie podniecenie. A więc rzeczywiście ruszałem w drogę! Ruszałem w drogę!

Obudzono mnie następnego ranka, prosząc o niewłączanie światła. Mały chłopiec przyniósł mi starannie złożone ubranie i pierwszy raz w życiu ubrałem się w garnitur! Był na mnie znacznie za duży i musiałem podwinąć spodnie. Przyjaciel przyniósł coś, co kojarzyło mi się tylko z pętlą, i założył mi to na szyję. A więc to był krawat! Po śmierci Mao krawaty zrobiły się modne i dziś, jak mi wyjaśniono, nosili je wszyscy funkcjonariusze, którzy chcieli być nowocześni.

– Teraz wyglądasz jak prawdziwy biznesmen – usłyszałem.

W pół godziny później siedziałem już za kierującym rowerem chłopcem i jechałem do Lhasy.

Spojrzałem na starych ludzi gromadzących się przed Dżokhangiem. Górskie szczyty rozświetlały pierwsze promienie słońca. Nad kadzielnicami Barkoru unosiły się smużki dymu. Minęliśmy centrum miasta.

Zatrzymaliśmy się na przedmieściu, w Bama ri, gdzie kazano mi czekać na ciężarówkę. Miałem tylko ubranie i torbę z elektrycznymi pałkami, pałką gumową, nożami i kajdankami. Dziwny bagaż.

Przyjaciel zostawił mnie drżącego z zimna na poboczu. Garnitur stanowił słabą ochronę przed porannym wiatrem. Minęło mnie kilka ciężarówek i wreszcie, koło siódmej, zatrzymał się obok mnie zielony wóz z szarą plandeką.

– Czy jesteś więźniem? – zapytał kierowca.

Skinąłem głową.

Był 7 września 1992 roku. Moja instrukcja mówiła, że mam nawiązać kontakt z kupcem w Dramie, ostatniej wiosce przed granicą Nepalu. Kierowca, młody mężczyzna, który wyglądał tak jakby przed chwilą wygrzebał się z łóżka, powiedział mi, że wozi towar dla nepalskiego kupca i że ciężarówka zapakowana jest paczkami z chińskim obuwiem i termosami.

Rodzina myślała, że przeprowadziłem się do Drepungu, w klasztorze sądzono, iż nadal jestem w Szolu, ale ja siedziałem w ciężarówce pędzącej ku granicy z Nepalem. Zakładałem, że przez parę dni nikt nie zorientuje się, że zniknąłem. Kilka godzin później mijaliśmy Panam i dostrzegłem zarys klasztoru Gadong na szczycie wzgórza. Mój młodszy brat był tu nadal mnichem. Ostatni raz widziałem go w Norbukhungce w 1962 roku.

Na dotarcie do Njalamu, ostatniego tybetańskiego miasta przed granicą z Nepalem, potrzebowaliśmy dwóch dni. Kierowca musiał zauważyć moje zdenerwowanie, bo gdy dojechaliśmy do posterunku, położył mi rękę na ramieniu, jak gdyby chciał mnie uspokoić. Zatrzymał ciężarówkę, wysiadł i zniknął w budynku. Po kilku minutach wrócił z chińskim urzędnikiem, a ja odetchnąłem z ulgą, widząc, że zanoszą się śmiechem. Urzędnik skinął na żołnierza, który podniósł szlaban, i ruszyliśmy powoli w kierunku Njalamu.

Zatrzymaliśmy się, żeby zjeść śniadanie i odpocząć. Kierowca musiał też oddać listy, które przywiózł z Lhasy. Późnym popołudniem znów ruszyliśmy w drogę. Szosa wiła się między porośniętymi lasem górami. Nigdy nie widziałem tyle zieleni. Zatrzymaliśmy się na zakręcie. Kierowca powiedział, że najlepiej przekraczać granicę nocą.

W oddali majaczyły światła Dramu. Wjechaliśmy do wioski wieczorem. Była to nowa osada, siedziba straży granicznej i celnej. Kierowca powiedział, żebym udawał, że śpię, i poszedł poszukać mojego kontaktu. Wkrótce wrócił z kędzierzawym mężczyzną, noszącym w uchu mały kolczyk z turkusem. Uznałem ten widok, jakby wyjęty ze starego Tybetu, za dobrą wróżbę. Zaproszono mnie do domu, gdzie dostałem herbatę i zupę.

Kędzierzawy musiał znaleźć przewodnika, który przeprowadzi mnie do Nepalu. Od granicy dzieliła nas tylko godzina drogi. Potem, by znaleźć się w Nepalu, wystarczyło przekroczyć tak zwany most Przyjaźni. Powiedziano mi jednak, że nie powinienem ryzykować jazdy. Bezpieczniej było iść pieszo.

Nie mogliśmy jednak wyruszyć w tej chwili. Musiałem czekać.

Ukrywałem się całymi dniami, wychodząc dopiero po zmierzchu. Trwało to dziesięć dni. Tyle trzeba było na znalezienie przewodnika, który zgodziłby się przeprowadzić mnie przez granicę. Pewnej nocy przyjaciel wrócił do domu ze starym Nepalczykiem i kazał mi za nim iść. Fakt, iż nie mówił po tybetańsku, a ja po nepalsku, nie wpływał dobrze na moje samopoczucie.

Szedłem o krok za nim i po chwili wyszliśmy z wioski, zagłębiając się w gęstym lesie. Wspinaliśmy się stromą ścieżką, zatrzymując dopiero o północy, by spojrzeć na migające w dole światła Dramu. Zaczęło padać i mój przewodnik okrył się plastikową płachtą. Przyjaciel dał mi na szczęście płaszcz przeciwdeszczowy.

Przewodnik szedł szybko, od czasu do czasu oglądając się przez ramię, czy nie zostaję w tyle. Wkrótce byłem zupełnie przemoczony i miałem w butach pełno wody. Przez cały czas milczeliśmy, ale o świcie, gdy przekroczyliśmy linowy most, mój przewodnik powiedział po prostu:

– Nepal.

Po kilku godzinach dotarliśmy do małej wioski, gdzie ku mej radości czekał już kędzierzawy mężczyzna z moją torbą, którą przemycił przez granicę. Spędziliśmy tu noc. Następnego ranka wsiadłem na motor i młody Szerpa zawiózł mnie do Kathmandu.

Do stolicy dotarliśmy dopiero wieczorem. Szerpa zatrzymał swój pojazd przed biurem dla uchodźców z Tybetu, powołanym przed kilku laty przez Dalajlamę. Podróż minęła mi jak sen.

Nadal się bałem. Wiedziałem, że policja nepalska przekazuje Tybetańczyków Chińczykom i byłem pewny, że zostanę deportowany, jeśli mnie złapią. W ośrodku roiło się od uchodźców, którzy uciekali przez Himalaje ze wszystkich regionów Tybetu. Wielu miało odmrożenia, niektórzy tak ciężkie, że trzeba im było amputować kończyny.

Zabrano mnie do Biura Wysokiego Komisarza ONZ do spraw Uchodźców, gdzie zostałem formalnie zarejestrowany jako uchodźca. Dostałem trochę pieniędzy i zezwolenie na wyjazd do Indii.

Ostrzegano mnie, żebym wyjechał tak szybko, jak to możliwe. Natychmiast po załatwieniu formalności wsiadłem więc do autobusu do Delhi. Kilka dni później wjeżdżałem do Dharamsali, miasteczka założonego przez Brytyjczyków w czasach kolonialnych, którego nazwa była źródłem odwagi i inspiracji dla wszystkich więźniów Tybetu. Tu bowiem mieszkał nasz przywódca, Dalajlama.

Padało. Czarne, ciężkie chmury przywodziły na myśl okrutny los naszej umęczonej ojczyzny. Nie mogłem nie porównywać lepkiej, wilgotnej mgły Dharamsali z kryształową wspaniałością prawowitego domu Dalajlamy, pałacu Potala i Norbulingki.

Pierwszy raz zobaczyłem Jego Świątobliwość w Gjance w 1951 roku. Wtedy, w starym Tybecie, otaczał go przepych i przestrzegano dworskiego ceremoniału, dziś wprowadzał mnie do prostego pokoju samotny asystent, jakbym szedł na spotkanie zwykłego, skromnego mnicha. Spojrzenie na Dalajlamę po tak długim, długim czasie było niezwykłym przeżyciem. Pokłoniłem się i ofiarowałem mu khata.

– Uczniu Gjen Rigzina Tenpy – powiedział Dalajlama. Byłem zbyt zdenerwowany, by podnieść oczy. – Przeszedłeś wiele trudów.

Usiadłem na podłodze. Jego Świątobliwość zaczął mnie pytać o więzienie, a ja zorientowałem się, że musiał o mnie słyszeć od innych więźniów. Kiedy zaczął wymieniać ich imiona, uprzytomniłem sobie, jak ważne miejsce zajmowaliśmy w jego sercu. Spotkanie trwało ponad dwie godziny. Udało mi się powiedzieć, jak niewzruszenie w niego wierzymy.

Wychodziłem, zanosząc się płaczem. To spotkanie było celem mego życia. Dostałem nowe mnisie szaty i założywszy je – po raz pierwszy od 1961 roku – poszedłem do stojącej przed rezydencją Dalajlamy świątyni pomodlić się o to, by wszystkie istoty zostały wyzwolone z cierpienia.

* * *

Kiedy o mojej ucieczce zaczęły informować media, dowiedziałem się, że byłem więźniem sumienia Amnesty International i że grupa z Włoch pisała w mojej sprawie do chińskich władz od 1983 roku. W 1995 roku zaproszono mnie do Włoch i przedstawiono ludziom, którzy przez dziewięć lat niepokoili się moim losem. Mimo wszystkich barier językowych, kulturowych i geograficznych, byłem do głębi poruszony ich współczuciem i szczodrością.

W tym samym roku pojechałem do Genewy zeznawać przed Komisją Praw Człowieka Organizacji Narodów Zjednoczonych. Wprowadzono mnie do ogromnej sali i posadzono obok dwóch młodych Tybetańczyków, którzy mieli być moimi tłumaczami. Wszyscy chodzili i rozmawiali. Zastanawiałem się, czy ktokolwiek usłyszy moje słowa. Wziąłem głęboki oddech i zacząłem czytać.

– Nazywam się Palden Gjaco. Zostałem mnichem, kiedy ukończyłem dziesięć lat.

Podniosłem głowę dopiero po odczytaniu całego dokumentu i zauważyłem chińską delegację. Oni mnie słuchali! Dało mi to tak przejmujące poczucie wolności, że zapragnąłem, by na tej sali siedzieli wszyscy więźniowie, gdyż łączyło nas jedno marzenie: usiąść twarzą w twarz z naszymi oprawcami i kazać im słuchać. Byłem pierwszym więźniem tybetańskim, któremu dane było przemawiać na forum agendy ONZ, wiedziałem więc, że mówię w imieniu wszystkich Tybetańczyków, którzy nadal cierpieli w chińskich więźniach bądź kiedyś przez nie przeszli. Delegaci słyszeli tylko mój głos, lecz za nim kryły się cierpienia tysięcy więźniów, którzy nie przeżyli, by dać świadectwo.

Delegacja chińska nie skomentowała mego wystąpienia, ale nieco później, w Londynie, pokazano mi list, który przesłał do redakcji krajowego dziennika ambasador ChRL w Wielkiej Brytanii. Pan Ma Yuzhen pisał: „Palden Gjaco był kryminalistą, który nie ustawał w działaniach antyrządowych. Wśród jego przestępstw jest próba obalenia rządu, ucieczka i kradzież. Opowieści Paldena Gjaco o torturach, zadawanych mu jakoby przez strażników w więzieniu, są nieprawdziwe. W chińskich więzieniach stosowanie tortur jest zakazane”.

Oprawca zawsze zaprzeczy, że jest oprawcą. Ja mogę dać tylko świadectwo – opowiedzieć o tym, co widziałem i słyszałem, podczas tej dziwnej podróży, którą było moje życie. Góry i doliny Tybetu napiętnowane są cierpieniem. Każda wieś, każda świątynia Krainy Śniegów ma własną historię okrutnego bólu, jaki zadano jej mieszkańcom. I cierpienie to będzie trwać do dnia, w którym Tybet odzyska wolność.