TIN News Update
21 czerwca 1999
 
 

Koczownicy giną w walce o pastwiska



W zeszłym miesiącu w kolejnej bitwie o pastwiska zginęło we wschodnim Tybecie pięciu koczowników. W ciągu ostatnich dwóch lat w podobnych starciach straciło życie co najmniej 29 osób. Konflikt zaostrza grodzenie tradycyjnych pastwisk – w ramach oficjalnej polityki rządu, której celem jest osiedlanie koczowników – oraz brak reakcji władz okręgów i prowincji.
 
 

Walki toczą się między plemionami Arig z okręgu Sogpo (chiń. Henan) Tybetańskiej Prefektury Autonomicznej (TPA) Malho (chiń. Huangnan) w prowincji Qinghai i Ngulra z okręgu Maczu (chiń. Maqu) TPA Gannan w prowincji Gansu. Do ostatniego incydentu doszło 20 maja, gdy koczownicy z Maczu, wędrujący do świętej góry w spornym regionie, zastrzelili pięcioosobowy patrol plemienia Arig.

Konflikt o dwadzieścia kilometrów kwadratowych pastwisk, przyznanych przez władze prowincji Sogpo miasteczku Bothung, w którym dominują Arigowie, rozpoczął się w sierpniu 1997 roku. Choć Arigowie pochodzą z Mongolii, zamieszkiwali te tereny od stuleci. Podział gruntów i grodzenie pastwisk nadało ich pobytowi charakter stały, prowokując Ngulra do postawienia własnych roszczeń.

Spór przerodził się w otwarty konflikt, gdy grupa Arigów pojechała sprzedać wełnę w Ngulra, gdzie uwięzili ich lokalni koczownicy. 3 sierpnia 1997 Ngulrowie zorganizowali zasadzkę i zastrzelili trzech Arigów. W odpowiedzi Arigowie sformowali uzbrojoną grupę, która stoczyła kilka potyczek na wzgórzach rozdzielających oba regiony. 16 października 1997 zginęło dwóch kolejnych Arigów, a jeden został ciężko ranny.

Według źródeł TIN sporadyczne walki toczyły się do grudnia 1997 roku, kiedy to interweniował Dziamjang Szepa, opat klasztoru Labrang, i inni wysocy lamowie z regionu, w tym Gungthang Rinpocze z okręgu Dzoge TPA Ngaba (chiń. Aba). Oba plemiona zgodziły się na poszukiwanie pokojowego rozwiązania, ale w połowie marca 1998 wybuchł kolejny konflikt, w którym stracili życie dwaj Ngulrowie. Znów interweniował Dziamjang Szepa, ale wkrótce potem doszło do kolejnych starć. Pod koniec sierpnia zginęło trzech Arigów. W połowie października 1998 stoczono prawdziwą bitwę, w której zginęło dwunastu nomadów.

Źródła zbliżone do obu stron konfliktu twierdzą, że kierowano liczne petycje do władz okręgów Sogpo i Maczu, a także rządów obu prefektur i prowincji, ale nie podjęły one żadnych kroków. Ponieważ region, w którym toczyły się walki, leży na granicy dwóch prowincji, sporne pastwiska podlegają jurysdykcji wielu szczebli administracji – miejskiego, okręgowego, prefekturalnego i prowincyjnego – po obu stronach granicy. Tybetańscy uchodźcy z regionu twierdzą, że wszystkie te organy uparcie odmawiały zajęcia się problemem, odsyłając strony do innych władz. Choć zginęło wiele osób, nikt nie został zatrzymany i nic nie wskazuje na to, by toczyło się jakieś śledztwo.

Wiele źródeł TIN utrzymuje, że władze obu zainteresowanych okręgów dostarczają broń zwaśnionym nomadom. Informacji tych nie można potwierdzić, niemniej broń, jaką posługują się walczący – automatyczne i półautomatyczne karabiny, rewolwery i granaty – uwiarygodnia te oskarżenia. Tybetańczyk, który przebywa obecnie w Indiach, powiedział TIN: “Możemy kupić każdą ilość broni i amunicji. Tu akurat nie ma żadnych restrykcji. Urzędnicy pokazywali nam, jak kopać okopy i posługiwać się granatami”.

Z informacji TIN wynika, że Arigowie są skłonni opuścić sporne pastwiska, ale okoliczne łąki należą do innych dystryktów, czekają ich więc podobne problemy. Koczownicy nie mogą, jak kiedyś, po prostu przenieść się na inne pastwiska w regionie. Co więcej, mediacje lamów klasztoru Labrang – z którym związane są plemiona Arig i Ngulra – nie mogą być skuteczne, gdyż duchowni nie mają żadnego wpływu na politykę władz i administracyjne podziały w regionie. Dziamjang Szepa miał zaproponować podział pastwisk między oba plemiona (12 km kw. dla Ngulra i 10 dla Arig), niemniej do tej pory nie został on zatwierdzony.

Konflikty o pastwiska towarzyszyły koczownikom od wieków, ale dziś przybierają ogromne rozmiary z uwagi na brak skutecznego arbitrażu. Rolę tę pełnili tradycyjnie lamowie, którzy byli rozjemcami w sporach o ziemię. Tradycyjną rolę wpływowych, cieszących się powszechnym autorytetem duchownych wzięło na siebie państwo, którego bierność podsyca konflikty, obniża produktywność i rozbija solidarność koczowników. Brak mediacji władz ma katastrofalne skutki zwłaszcza w przypadku długotrwałych konfliktów, których przyczyną jest polityka rządu.
 
 

Modernizacja i polityka grodzenia
 
 

Podział i grodzenie pastwisk koczowników jest elementem polityki władz końca lat 80. Służyć ma podniesieniu wydajności hodowli i pomagać w walce ze skutkami katastrof naturalnych. Władze podejmowały także inne kroki, takie jak sadzenie nowych gatunków traw, budowanie wiat dla stad i domów dla koczowników. Są też plany rozwoju infrastruktury: doprowadzenia dróg, elektryczności i wody do osad koczowników.

Grodzenie pastwisk i osiedlanie nomadów ma, zdaniem władz, podnieść stopę życiową tych społeczności, zniechęcając je do prymitywnych, tradycyjnych metod wypasu. “Przestarzały styl życia [nomadów] nie pozwala na pełne wykorzystanie pastwisk ani skuteczną walkę z katastrofami naturalnymi i utrudnia społeczną modernizację”, podała agencja Xinhua w maju 1996, informując jednocześnie o ogrodzeniu 600 tys. hektarów pastwisk w Qinghai, co pozwoliło na osiedlenie 56 ze 100 tys. rodzin w regionie. Tezy te odzwierciedlają poglądy chińskich uczonych, którzy uważają, że zacofanie nomadów i brak zrozumienia zasad gospodarki towarowej powoduje degradację pastwisk i utrudnia walkę ze skutkami katastrof naturalnych. Ich zdaniem czynniki te sprawiają, że dochody koczowników utrzymują się na minimalnym poziomie.

W tej chwili pastwiska grodzi się na ogromną skalę. W marcu 1998 roku agencja Xinhua cytowała Qi Jingfa, wiceministra rolnictwa ChRL, który powiedział, że koczownicy znikną z kraju przed końcem wieku. “Z praktyki wiemy, że osiedlenie lokalnych koczowników gwałtownie rozwija hodowlę oraz promuje inicjatywy kulturalne, technologiczne i edukacyjne na terenach pasterskich”. Qi powiedział również, że rząd centralny pomaga w osiedlaniu nomadów od 1986 roku. W 1997 roku osiedlono 97 proc. koczowników w Mongolii Wewnętrznej i 75,6 proc. w północno-zachodnim Gansu.

TIN otrzymuje liczne raporty od tybetańskich uchodźców, którzy obawiają się polityki grodzenia i osiedlania społeczności koczowniczych. Mówią o konfliktach wiążących się z podziałem ziemi, rozbijaniu tybetańskiej solidarności, braku wody na części wygrodzonych terenów, wysokich opłatach za płoty i wiaty, zmniejszaniu liczby dzieci w osiedlonych rodzinach. Tybetańczyk z TPA Ngaba w Sichuanie pisze:
 
 

“W naszym regionie chiński rząd zmusił wszystkich, co do jednego, koczowników do osiedlenia na przydzielonym terenie, który trzeba było ogrodzić. Ten przymus ma wiele złych skutków:

  1. każda rodzina musi płacić za materiał na płot i pracę;
  2. koczownicy płacą 4 RMB (około 50 centów) za metr drutu – dla wielu są to niewyobrażalne kwoty;
  3. rokrocznie koczownicy muszą płacić bardzo wysokie opłaty za wodę i wypas;
  4. nasze dzieci nie mogą się uczyć, gdyż szkoły położone są zbyt daleko od naszych domów;
  5. izolacja sprawia, że wielu z nas nie wie nic o świecie;
  6. tereny pasterskie są bardzo zacofane, nie ma tu elektryczności, poczty, transportu ani komunikacji;
  7. jeśli zniszczy się fundamenty naszego życia, następne pokolenia nie będą mogły zajmować się ani pasterstwem, ani rolnictwem. Rodzice muszą więc ograniczyć liczbę potomstwa, by populacja się nie rozrastała;
  8. różnice w jakości pastwisk, zwierząt i dostępie do wodny pitnej wywołują nie kończące się spory i konflikty między sąsiadami i krewnymi.
Najlepsze pastwiska i tak zabrał sobie chiński rząd, a następnie rozdzielił je między swoje urzędy i biura”.
 
 

W innych raportach pełno jest skarg na przydziały, brak wody itd. oraz oskarżeń o korupcję. Koczownik z TPA Golog w Qinghai powiedział TIN: “Pastwiska przydzielano po znajomości. Urzędnicy dawali lepsze kolegom, no i tym, od których wzięli łapówki. Podziały były naprawdę strasznie niesprawiedliwe. Nawet przy wodzie obowiązuje granica płotu. Na moim pastwisku wody nie ma. Każdego wieczora i ranka musimy prowadzić stado do oddalonego o dwa kilometry wodopoju. Nie mamy nawet trawy. Przydzielili nam pastwisko z czerwoną glebą, na której trawa źle rośnie. Ale podatki naliczają od powierzchni. Trudno mi żyć, naprawdę”.

Brak wody był już przyczyną wielu konfliktów między koczownikami. Niektórzy dostawali dobre pastwiska, ale bez wody; inni mają wodę, ale brakuje im trawy. Problem próbowano rozwiązać, wydzielając ścieżki, prowadzące do brzegu strumienia lub rzeki, by każdy miał do nich dostęp. To z kolei, jak powiedział TIN uchodźca z Ngaba, wywołuje inne problemy. “U nas jest wielka równina i tylko jeden strumień. Wszyscy muszą z niego korzystać, więc stada wydeptują ścieżki i niszczą trawę, by dojść do wodopoju”. Z czasem zmieniają się one w błotniste koleiny, potęgując erozję i tak zniszczonych już pastwisk.

Wielu uciekinierów mówi o wpływie grodzenia na politykę kontroli urodzeń. Choć w niektórych regionach pozwala się nomadom na posiadanie trójki dzieci, nowa sytuacja zmusza ich do dalszych ograniczeń. Na ogrodzonych pastwiskach można hodować określoną liczbę zwierząt. Ponieważ nie można już utrzymać większej rodziny powiększając stado, koczownicy muszą się zastanawiać, czy stać ich na kolejne dziecko. Młode pokolenie musi czekać na śmierć rodziców, by wejść w posiadanie ziemi.
 
 

Chińska polityka jest “niedobra” dla Tybetańczyków
 
 

Choć władze mogą starać się o podniesienie stopy życiowej koczowników, narzucane przez nie rozwiązania tworzą nowe problemy. Wielu zachodnich badaczy przypisuje to uprzedzeniom chińskich uczonych, którzy nie rozumieją tradycyjnych struktur tybetańskiego pasterstwa. Ich zdaniem polityka chińskich władz opiera się na błędnych założeniach i nie rozwiązuje prawdziwych problemów nomadów.

Daniel Miller, który przez dziesięć lat prowadził badania w Tybecie, uważa, że koczownicy z płaskowyżu Qinghai wypracowali przez wieki bardzo efektywną strukturę, dostosowaną do ekstremalnych warunków geograficznych. Miller stwierdza (Tibetan Studies Internet Newsletter, vol. 1, październik 1998), że sam fakt istnienia społeczności koczowniczych najlepiej świadczy o ich głębokiej wiedzy na temat hodowli. Skład stad (jaki, owce, kozy, konie) dostosowany jest do roślinności i zasobów regionu. W przemieszczaniu stad nie ma nic przypadkowego. Miller twierdzi, że władze nie zwracają wystarczającej uwagi na czynniki ekologiczne, bez których nie da się zapobiec dalszej degradacji pastwisk. Wypas jest zbyt intensywny, gdyż idzie przede wszystkim o rozwój gospodarczy.

Poglądy Millera podziela Gabriel Lafitte z Melbourne Institute of Asian Languages and Studies, który uważa, że główna przyczyna degradacji tybetańskich pastwisk leży w polityce państwa. W latach 60., gdy wprowadzono system komun, podwojono wielkość stad. Gdy w latach 80. koczownikom zwrócono prawa do ziemi, nie zmniejszyli oni stad z uwagi na podatki. Lafitte twierdzi, że na tybetańskich pastwiskach jest po prostu zbyt wiele zwierząt. Ponieważ państwo nie chce przyznać się do błędu, produkuje kolejne, równie błędne diagnozy, które mogą mieć fatalne skutki dla tybetańskich nomadów.

Dee Mack Williams, który prowadził badania w Mongolii Wewnętrznej w latach 1993-4, uważa, że prowadzona przez władze polityka nie rozwiązuje problemów lokalnych. “Grodzenie terenów otwartych leży w mentalności i kulturze Hanów” – ściśle kontrolowanej cywilizacji rolniczej. Narzucana przez nich polityka kłóci się z interesami koczowników, stwierdza Williams, i sprawia, że poświęcają coraz mniej troski swym stadom i niezbędnym do ich utrzymania zasobom.

Williams opisuje stepy Mongolii Wewnętrznej jako “produkt historyczny, czynnik determinujący w gospodarce, środek wyrazu wielu grup społecznych”. Skutki działalności chińskich władz – tak jak doświadczają ich tybetańscy koczownicy – świadczą, że pastwiska Tybetu są dla nich wyłącznie “czynnikiem gospodarczym”. Historyczne struktury, organizacja i więzy między społecznościami, jakie budowano tu przez stulecia, wydają się nie mieć żadnego znaczenia.


[powrót]